Darth Kenobi presents:
Władca Pierścienic
Rozdział 2
Boromirowa podróż
- Już jadą, Boromirze. - rzekł
człowiek w rajtuzach
i kapelusiku z piórkiem, gładząc się po
szpiczastej bródce.
- Widzę, mój bracie Faramirze. - odparł stojący
obok wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna z białymi dredami, odziany
w biały płaszcz.
Do braci stojących na wielkiej łące Parth Galen
zbliżał się dziwny pojazd, zbudowany chyba z części znalezionych
na złomowisku. Po dłuższej chwili wehikuł zatrzymał się. Wyszła z niego
niska istota w brązowym płaszczu, szczelnie zasłaniającym całe ciało z wyjątkiem
świecących, różowych oczu.
- Chcemy kupić droida. - powiedział Boromir do przybysza.
Mały człowieczek (jeżeli był w ogóle człowieczkiem),
krzyknął coś do wnętrza pojazdu. Na ten znak z ładowni wyjechało kilka robotów.
Faramir przyglądał im się chwilę, po czym wskazał na niewielkiego, białego
astrodroida.
Boromir wyciągnął sakiewkę i wręczył ją handlarzowi.
Droid posłusznie podjechał do braci.
- R2-D2. - Faramir odczytał tengwar na obudowie
robota. - Ładnie. Rymuje się.
- Lepiej nazwijmy go Reksio. Będzie krócej.
Faramir skinął głową. Bracia poczekali, aż pojazd
handlarzy odjedzie, po czym ruszyli w drogę powrotną do obozu.
Reksio podreptał za nimi.
Godzinę później Faramir czyścił nowo zakupionego
droida szmatką do kurzu i płynem firmy "Orome". Nagle Reksio zapiszczał, coś
w środku zafurkotało i na podłodze pojawił się niewielki, świecący na niebiesko
człowiek.
- Znajdź miecz, co był złamany... Imladris kryją
go jary... - powiedział hologram. - Boromirze!
Starszy z braci wpadł do pokoju z nagim mieczem
w ręku.
- Imladris kryją go jary... - powtarzał w kółko
hologram.
Boromir bez słowa sięgnął do kieszeni i wyciągnął
telefon. Wybrał numer.
- Cześć, tato. To ja, Boromir. Słuchaj... co to
jest "Imladris"?... Rivendell?... Dzięki. Nie wrócę na obiad. Muszę tam jechać...
Pa...
- Wracasz do domu sam. Jadę do Rivendell. - poinformował
Boromir młodszego brata.
- Do Rivendell? Po co?!
- Dowiedzieć się, co ta za facet na hologramie.
- Ja pierwszy go odkryłem!
- Ale ja jestem starszy.
- Eech...
- Bywaj, Faramirze.
*
Po kilku dniach wędrówki Boromir zobaczył po prawej
ręce zniszczony las i jakąś małą postać chodzącą w kółko obok drzew. Postanowił
podjechać tam i sprawdzić, co się dzieje.
Ku swojemu zdumieniu zauważył małą dziewczynkę z
długimi, jasnymi włosami. Dziecko płakało.
- Kim jesteś? Co tu robisz?
- Ka-za-li mi grać ja-kąś Ci-ri to sto-ję i gram.
Czy ty jes-teś Ge-ralt? - wysylabizowała dziewuszka.
Całkowicie zaskoczony Boromir zdołał wydukać tylko
"Nie." Po chwili z lasu wyszedł mężczyzna w czarnej kurtce, wrzasnął do kogoś
"Cięcie!" i powiedział go Gondorczyka:
- Słuchaj, przeszkadzasz. Jestem reżyserem. Staram
się nakręcić film. Wiesz, co to jest film?
- Wiem.
- No właśnie. Ta dziewczynka gra cudem uratowaną
z płonącego miasta księżniczkę...
- Idril?
- Nie, Ciri. Tamci panowie to elfy.
Na te słowa z lasu wyszło kilku Indian z przepaskami
na uszach.
- Ale to są Ludzie Zza Morza... - poprawił Boromir.
- Cicho. Nie znasz się. Ten tutaj to krzat.
Zza drzew ukazał się brodaty człowiek z siekierą
w ręku.
- To nie krzat. To brodaty człowiek z siekierą w
ręku. - poprawił po raz kolejny książę.
- Zamknij się! Tego już za wiele! Ochrona!
Jak na zawołanie pojawił się wielki, łysy mężczyzna
w czarnej pelerynce. Położył dłoń na rękojeści miecza i rzekł
do Boromira:
- Wyciągaj żelazo z jaszczura. Jestem Iwo Mirce.
Zwą mnie także Cykadą.
Boromir uznał, że czas na pieśń.
Cykady na Cykladach, Cykady na Cykladach,
W nocy gwiazdy spadają I dyskoteka gra...
Wściekły Iwo Mirce wyciągnął miecz i rzucił się
na Gondorczyka. Zaatakował go szerokim ciosem z góry, który Boromir łatwo
sparował. Niby-reżyser, niby-dziewczynka, niby-elfy, niby-krzat i Cykada wydali
z siebie okrzyk zdumienia.
- Odbił! Odbił klingę! - krzyczał reżyser.
- Jak on to zrobił?! - ryczał niby-krzat.
- Michał! Michał! - zawołał któryś z elfów.
Korzystając z zamieszania Boromir wsiadł na swój
motocykl
i odjechał.
Tymczasem z lasu, chwiejnym krokiem, wyszedł człowiek
z ciemną brodą i doczepionymi białymi włosami. Wzrok miał wredny.
- No? - zapytał.
- Odbił klingę! Chyba ty też powinieneś tak robić.
- rzekł mu reżyser.
- Nie. Jestem wiedźminem. - rzucił Michał i wrócił
do lasu.
*
Boromir zrobił sobie kolejny postój dopiero w północnej
części Rohanu. Zaparkował motocykl przed pierwszym z brzegu motelem i wszedł
do środka.
W zajeździe roiło się od wędrowców z Dale. Boromir
stwierdził to, słysząc nieprzyzwoite piosenki i widząc potężnych mężów w rogatych
hełmach i płaszczach obitych futrem.
- Witajcie. - Boromir zgodnie z obyczajem pokłonił
się nisko. Tamci całkowicie go zignorowali. - Chcę rozmawiać z waszym wodzem.
- dodał nieco podirytowany.
O dziwo tym razem otrzymał odpowiedź. Siedzący blisko
wejścia starzec zamlaskał i odparł:
- Nasz wódz, Bard, jest w namiocie. Ale nie porozmawiasz
z nim. Nie żyje.
- Bard? Ten sam Bard, który celnym strzałem z czterech
staj zabił Smauga the Hutta?
- Ten sam. Zmarł wczoraj na syfilis. To jego pogrzeb.
Boromir spuścił głowę.
- Chodź. Teraz się zacznie główna ceremonia. - dodał
dziadek.
Boromir wyszedł z karczmy wraz z pięćdziesiątką
nieogolonych, krzyczących Nortów. Cały ten tłumek skierował się nad Isenę,
na której kołysała się łódka. Trzech ludzi złożyło w niej ciało Barda i spuściło
łódź na rzekę. Ktoś zaintonował pieśń.
Oto widzę tatkę swego
Oto widzę mamcie moją
Oto widzę wujka swego
Oto widzę ciocię swoją
Oto widzę brata swego
Oto widzę żonę jego
Oto widzę trupa bossa
Oto widzę...
- Baba bosa... A w jej dłoni...
- Kurwa, kosa!
- Ludzieeeeeeee! Śmierć! Śmierć przylazła!
Boromir, zasłuchany w piękne strofy, zbyt późno
zorientował się, że kilka ostatnich wyrazów nie było częścią wiersza. Nim
się spostrzegł, został na brzegu rzeki sam. Poczuł lodowaty oddech na karku.
- Nie wołaj o pomoc. Nie nadejdzie. - usłyszał głos
starej kobiety. Odwrócił się powoli. Jego oczom ukazała się Śmierć. Kostucha
z kosą w ręku. Dokładnie taka, jaką opisywał tata Denethor małemu Borusiowi
w namiestnikowskiej bawialni Minas Tirith.
Boromir cofnął się o kilka kroków. Wyciągnął miecz.
- Nie pokonasz miłości! - zawrzasnął przeraźliwie,
dając Śmierci dowód popularności zespołu "Wargowie". Rozpoczęła się walka.
Boromir otworzył oczy.
- Leżeć spokojnie. Ty ranny.
Boromir zamknął oczy.
- Gdzie jestem? - zapytał.
- Tharbad. - padła krótka odpowiedź. Czy ten skrzeczący
głos był głosem orka? Jak się tu znalazł? Walczył ze Śmiercią. Była piekielnie
szybka. Wymienił z nią kilka ciosów... a potem upadł. Nic więcej nie pamiętał.
- Nareszcie! - rozmyślania Boromira przerwał drugi głos. - Już możesz wstać.
Gondorczyk otworzył oczy i usiadł na skraju łóżka.
Koło siebie zobaczył dwie postacie. Jedną z nich był niski ork w lekarskim
fartuchu. Drugą wysoki mężczyzna w czarnej, skórzanej kurtce. Nie miał głowy.
Boromir zemdlał.
Obudziło go silne uderzenie w twarz. Pierwszą rzeczą,
jaką ujrzał był bezgłowy człowiek.
- Zaczynam się przyzwyczajać... - stwierdził Gondorczyk.
- Kim jesteście? Co ja tu robię?
- Jestem Darth Khamul. Adept Zakonu Sithów. A ten
tu to zwykły snaga. Nic nie znaczy.
Ork sięgnął po szablę, zamierzając zwrócić się do
Khamula
z oficjalnym protestem. Sith był szybszy. Snaga padł
ze sztyletem do rzucania między oczami.
- Jestem Boromir, syn Denethora. Książę Gondoru.
- Wiem. Widzę to w twoim mózgu.
Boromir założył na głowę hełm.
- Zmierzasz do Rivendell.
- Tak.
- Mam dla ciebie propozycję. Co powiesz na... sto
tysięcy mordorskich marek?
- Jestem za. Co muszę zrobić?
- Musisz zdobyć informacje na temat niejakiego ibn
Bagginsa. Według moich danych powinien być w Rivendell.
- Sto tysięcy marek, powiadasz? Gondor się przyłącza.
*
Boromir opuścił Tharbad w świetnym humorze. Jechał
tak szybko, jak tylko mógł jechać na swoim gondorskim motocyklu. Skręcił z
autostrady na polną drogę wiodącą do Przełęczy Krasnoludów. Boromir wiedział,
że gdzieś tam jest słynne Imladris.
*
- Jasna cholera. - rzekł Boromir sam do siebie.
Taka była jego reakcja na widok Rivendell. Myślał,
że Miasto w Chmurach to tylko poetycka nazwa, jak wszystkie nazwy nadane przez
elfy. Pomylił się.
Nad jego głową wisiał wielki dysk, mogący być tylko
latającą osadą.
- Czego te elfy nie wymyślą...
Otoczyli go w jednej sekundzie. Sześć wysokich,
szczupłych postaci w zielonych płaszczach. Wszyscy elfowie mieli skrzydła
i spiczaste uszy.
- Czyli jednak macie skrzydełka? - zażartował Boromir.
Tamtym nie było do śmiechu. Jeden z elfów, zapewne
dowódca, odpowiedział.
- To dla tępaków. Żeby osłupienie było niższe. I
tak jest nieliche, gdy dowiadują się, że nie mamy dwudziestu centymetrów długości.
- Sprytne... Jestem Boromir, syn Denethora...
- ...kniaź Gondoru. Pożeramy tu prasę, śmiertelniku.
Chodź
z nami.
Elf odwrócił się. Boromir ze zdumieniem ujrzał,
że jego przewodnik ma ogon. Z gardła Gondorczyka wyrwał się okrzyk zdumienia.
- Aliści tępak. - stwierdził pod nosem elf, machając
ogonem ze złością.
Elfowie zaprowadzili Boromira do pobliskiej jaskini.
Nacisnęli przycisk na ścianie. Otworzyły się ukryte drzwi. Weszli do niewielkiego
pomieszczenia. W środku stały trzy fotele. Kazali Boromirowi usiąść na jednym
siedzeniu i przypięli go pasem. Jeden z elfów zajął drugi fotel.
- Jesteśmy zmuszeni odczekać na ogół podróżnych.
- poinformował.
Po godzinie w pomieszczeniu zjawił się niski brodacz
o wyglądzie kulturysty.
- Yo. - powiedział.
- Witaj. Jesteś krzatem? - zagaił Boromir.
Tamten sięgnął za pas i wyciągnął bat�leth.
- Preferują epitet "krasnolud". - uświadomił Gondorczyka
elf.
- Witaj więc... krasnoludzie. - poprawił się Boromir.
- No, ja jestem Gimli, syn Glóina. - rzekł krasnolud,
chowając bat�leth.
- Boromir, książę Gondoru.
Krasnolud zajął trzeci fotel, przypiął się i krzyknął
"Jazda!". Elf powiedział coś pod nosem. Jaskinia zatrzęsła się
i odleciała.
*
- Niesamowicie, że był taki wątły zefirek. Zazwyczaj
rzuca bez porównania bardziej. - poinformował zielonych Boromira
i Gimlego elf pilotujący jaskinię. - A w tej chwili wybaczcie....
Zostali sami w sali przylotów. Krasnolud opierał
się na swoim bat�lecie, z trudem łapiąc powietrze. Gondorczyk również odczuwał
dyskomfort, lecz obawiał się kary
za zbezczeszczenie podłogi w domu Elronda. Po chwili przyszedł po nich kolejny
elf.
- Witajcie! Zwę się Erestor. Mam was ustanowić w
waszych apartamentach.
*
Boromirowi przydzielono pokój z widokiem na południe.
Obok mieszkali Legolas z Puszczy Sępów i niziołek Bilbo. Gondorczyk nie miał
zamiaru spędzać dnia na rozmowach
z sąsiadami. Bardziej interesowało go sto tysięcy mordorskich marek i misja
do wykonania. Dlatego właśnie zaraz
po rozpakowaniu się wyruszył na poszukiwanie ibn Bagginsa.
Miasto w chmurach miało wiele przestronnych korytarzy
i setki pomieszczeń. Boromir zaczął wycieczkę od wizyty
w świątyni.
W środku siedziało na wysokich stołkach kilkunastu
elfów. Wszyscy wpatrywali się w jeden punkt na ścianie. Machali rytmicznie
ogonami. "Pogański kraj. Pogańskie zwyczaje" pomyślał Boromir i poszedł dalej.
Na korytarzu spotkał niewielką, jeżdżącą na gąsienicach
puszkę. Na widok człowieka puszka rzuciła się do ucieczki. Boromir pobiegł
za nią. Poczęstował metalowego stwora kopniakiem. Wywołało to śmiech u wszystkich
elfów
w okolicy.
- Nie wymierza się ciosów power-droidom, oprawco.
One dostarczają elektryczność!
- Jak optujesz za rewolucjami to maszeruj na holodek.
Boromir zgodnie z mądrą radą odnalazł drzwi z napisem
"Holodek". Wszedł do środka i stanął jak wryty. W środku znajdował się najprawdziwszy
las. Słyszał śpiew ptaków, wycie wilków i czyjeś wrzaski.
- Jest tam kto?
Z gęstwiny wyłonił się nieogolony człowiek z mieczem
w ręku.
- Komputer, zatrzymaj program.
Ptaki przestały śpiewać, wilki zamilkły. Nieznajomy
wsunął miecz do pochwy i wyciągnął dłoń na powitanie. - Jestem Lump. Strażnik
Północy.
- Boromir. Książę Gondoru.
- Właśnie trenowałem walkę z orkami. Poćwiczymy
razem?
- Zostawiłem miecz w kwaterze.
- Komputer, broń. Mnóstwo broni! - zakrzyknął Lump.
W dłoni Lumpa pojawiła się japońska katana. Podał
broń Boromirowi. Gondorczyk nieśmiało wziął ją do ręki.
- Komputer, załaduj program "Niecka Lodowego Huraganu".
- powiedział Lump. - to mój ulubiony. Sceneria natychmiast się zmieniła. Dwaj
ludzie stali na śnieżnym pustkowiu. Było ciepło. - Przygotuj się. - rzekł
Lump. - Komputer, start.
Ork z krzywą szablą wyrósł jak spod ziemi i rzucił
się
na Lumpa. Tamten wyszarpnął miecz i ciął z półobrotu. Przeciwnik padł z
odciętą głową i zniknął. Boromir poczekał aż pojawi się kolejny i skoczył
na niego z kataną. Wymienił
z wrogiem kilka ciosów, po czym powalił go na ziemię.
- 1:1. - poinformował komputer.
- Zaczyna mi się podobać. - rzekł Boromir
Po około pół godzinie przestało mu się podobać.
Powodem była zapewne śmierć z ręki holograficznego żukoniedźwiedzia.
- Gracz Lump wygrał. - powiedział beznamiętnie komputer.
- Walka z kukłami to jedno. Walka z żywym przeciwnikiem
jest trudniejsza. - rzekł dumnie Boromir.
Lump schował miecz. Chwilę patrzyli na siebie. Jeśli
o czymś myśleli, to rozważania te przerwał gong, a następnie kobiecy głos
mówiący:
- Obywatele, którzy twierdzą, iż należy, uplasują
się
w Tytanicznym Audytorium na konsylium u Elronda.
|
|
 |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Książka Skarg i Wniosków   |
|
|
|
Ta witrynka nie wysyla cookies. Jeżeli lubisz je kolekcjonować, kliknij prawym klawiszem na poniższe ciasteczka i zapisz je sobie gdzieś na dysku.
|
|
Podoba Ci się na mojej stronce? Klikaj śmiało!
|
|