Tłum. Haletha
Ucieczka Mądrali
W jakiś
czas potem skrzyknięto znów ogromniastą naradę
w Okrągu Wyższego Celu; Mocniarze siedzieli w cieniu, gdyż panowała nocka.
Gwiazdy Gwiazdyni błyszczały się jednak nad nimi, a tlen był nieskażony, bo
Starokról powiedział wicherkom żeby pogoniły smrody śmierci i pospychały
cienie nad morza. Owocodajka dźwignęła się ze swojej miejscówki i wdrapała
się na zielony wzgórek Zielowzgórza, goły teraz i czarny: kładła łapki na
Drzewkach, lecz były szare i ukatrupione: badylki pod jej dotknięciem łamały
się i zwalały na glebę. Z wielu klatek piersiowych dobyło się mazgajenie,
a ci co opłakiwali ukatrupienie Drzewek, myśleli że
wyżłopali już do dna flachę goryczy upichconej im przez Mocnowstawacza. Mylili
się jednak. Owocodajka stanęła przed Mocniarzami i palnęła:
- Iluminacja
Drzewek zgasła i dycha już tylko w Błyskaczach Ognioducha. Jakże się okazał
cwany! Nawet ci, którzy od Wszechtatki dostali największą Szmoc, mogą pewnych
artyzmów dokazać raz i nigdy więcej. To ja skrzyknęłam do istnienia iluminację
Drzewek, lecz nie mogę tego dokazać po raz wtórny na terytorium Wszechmatei.
Gdybym pomimo wszystko była w posiadaniu kapki pierwotniackiej Iluminacji,
umiałabym przywrócić Drzewkom żywot, zanim ich korzonki przygniją. Tą metodą
odzyskalibyśmy to cośmy pogubili, i wredota Mocnowstawacza nie dosięgłaby
swojego środka tarczy
Wtedy capnął głos Starokról:
- Czy obiło
ci się o uszy Ognioduchu, synu Finosza, co gada Owocodajka? Czy zrobisz łaskę i
spełnisz jej prośbę?
Przydługawo
czatowano cichuteńko na respons, lecz Ognioduch się zaciął. Wreszcie Slnik
kaszlnął i zawarczał:
- Nawijaj
Mądralo. Tak czy nie tak? Czy umiałby ktokolwiek w świecie odmówić Owocodajce?
Czyż iluminacja Błyskaczy nie wzięła startu z jej iluminacji?
Lecz Ziemniak, miszczu różniastego łapkoartyzmu, palnął:
- Nie
poganiaj Ognioducha. Nie kumasz, jak wielkiej sieroty chcesz od niego.
Sprezentuj mu czas do rozlazłego pomyślunku. Ognioduch wszakże wydarł mordę z rozgoryczeniem:
- Są
artyzmy, których niemożni tak samo jak najmożniejsi umieją dokazać tylko jeden
jedyny raz! I w taki artyzm zrobiciel wpycha swoje serducho na wieki wieków,
amen. Może dokazałbym rozwalenia tych świecidełek, ale nigdy już nie dokazałbym
nic równie superowego. A spaprawszy je, rozwalę własne
serducho i będę najpiersiejszym Wędrowniczkeim ukatrupionym w Rajniku.
- Nie, nie najpiersiejszym – palnął Duchacz, lecz
słuchający go nie skumali tych wyrazów. I znowu
klapnęła cichość. Ognioduch zanurkował w czarnych mędrkowaniach.
Przywidziało mu się, że obtaczają go wrogowie i skojarzył sobie, co
Mocnowstawacz gadał mu ostrzegając, że Błyskacze są w Rajniku zagrożone, bo
Mocniarze zażyczą sobie je na 100% zarąbać. Czyż Moncnowstawacz nie jest
Mocniarzem, pomędrkował, któż lepiej niż on umie ich serducha? Wszakże
włamywacz najłacniej zgadywankuje pomysły innych włamywaczy. Na cały regulator
zaś rozdarł się jak stare gacie:
- Z własnej nieprzymuszonej
woli tego nie dokażę! A jeżeli Mocniarze przycisną mnie, wyjaśni się dowodowo,
że są autentycznymi braciszkami Mocnowstawacza!
Wtedy Duchacz palnął:
- A więc dotarł do naszych uszu twój respons!
Płaksa zaś dźwignęła się i potruchtała na zielony
wzgórek Zielowzgórze, strząsnęła z łepetyny szary
kapturek i rozpoczęła łzami prysznicować odciski zostawione przez Zaplataczkę
Ciemnoty, podśpiewując żałobniczą śpiewkę o niedoli świata i Zanieczyszczeniu
Ardziemi.
Lecz podczas gdy Płaksa tak ryczała, wyskoczyli kurierzy z
Obronnego Północnika, Mądrale z ploteczką o najświeższej niedoli. Wygadywali,
że cirrostratus nieprzezroczystych ciemnot
zasuwający na północ zrobił postój nad ich zameczkiem, a chowała się w niej
jakowaś krowiasta potwora, której imiona nie umieją, lecz która emitowała
promieniowanie ciemnoty. Był z nią Mocnowstawacz i to on zrobił włam się do chałupy Ognioducha, ukatrupiając w drzwiach Finosza,
monarchę Mądralów, i po raz najpiersiejszy rozchlapując posokę na glebie
Błogolestwa. Finosz w osamotnieniu bił się za chałupę,
gdyż wszyscy odmienni nawiali przed straszliwością Ciemnoty.
Kurierzy palnęli też, że Mocnowstawacz stłukł kasę
i podpierniczył wszyściuteńkie błyskotki nazbierane w Obronnym Północniku.
Błyskacze się straciły.
Usłyszawszy to Ognioduch dźwignął się, uniósł przed
tronem Starokróla łapkę i bluzgnął Mocnowstawacza, nazywając go
Nieprzyjaźnikiem – Smolistym Wieszczem Planety; od tego miejsca już zawsze pod
tą ksywą znany był Mocnowstawacz wśród Wędrowniczków. Ognioduch bluzgnął w
dodatku i wezwanie Starokróla i te 60 minut, gdy osamotnił Obronny Północnik,
aby się postawić na Wybiałoszczycie; zwariowany z wkurzenia i bolenia, a
zarazem nabzdyczony we własną krzepę, odrzucił myśl,
że gdyby siedział na pupie w chałupie, ukatrupiony by został z łapy napastnika,
który jego najsampierw chciał ukatrupić. Potem Ognioduch wystartował z Okręgu
Wyższego Celu i nawiał wśród nocy, miłował bowiem
swego tatkę bardziej niż Iluminację Mocniewa, bardziej nawet niż fajowe artyzmy
swoich łapek, i żaden w świecie synek – Pierwszak czy też Wtórniak – nie
uprawiał mocniej niż on bałwochwalstwa swojego rodziciela.
Prawie wszystkim było żal Ognioducha, lecz
bankructwo, które poniósł, nie tylko jego pomacało. Owocodajka mazgaiła się na wzgórku mając pietra, że Ciemnota zeżre
najostatniejsze promyczki Iluminacji na wieki wieków, amen. Mocniarze nie
kumali jeszcze całościowo, co się porobiło, ale bawili się już w zgadywanki, że
Mocnowstawacz skrzyknął na wsparcie jakowąś niedobrą Szmoc nie z tego
Siedliszcza Erudziatek. Błyskacze się straciły i wolno by mędrkować, że w tej
sytuacji nie ma sensu, czy Ognioduch na poproszonko Owocodajki palnął „no
ba!”, czy „a figę!”.
Jednakże gdyby natychmiastowo, zanim przylazły
niedobre plotki z Obronnego Północnika, palnął „no ba!”, wszystkie
jego następujace dokazywania byłyby na 100% odmienne. Postawiło się jednakowoż
tak, nie odmiennie, i przysunęło się 60 minut, które miały
rosądzić o bilecikach z totolotka Mądrali.
W tak zwanym międzyczasie Nieprzyjaźnik nawiawszy
szczecińskiemu klubowi piłkarskiemu, dotarł na zadupie
Jałowiska. Kraj ten ścielił się na północy między murem gór Palisadnicy
a Wielkozachomorzem - kropka w kropkę jak na południu Bezsłonkowo
– lecz był od niego rozwleklejszy, a brzeg od gór separowały bezpłodne
płaszczyzny, tym lodowaciejsze, im bliższe lodziarni. Nieprzyjaźnik i
Zaplataczka Ciemnoty piorunem tę krainę i przez mgły
Mgłowiecza dotarli nad ciasnotę Kruszylodu, gdzie woda dzieląca Jałoziem od
Centroglebu pokryta była krą; przeleźli tutaj i tak wrócili wreszcie na
północne rozciągłości Zewnątrzkrajów. Szlajali się wciąż kupą,
bo Nieprzyjaźnik za Chiny nie mógł spławić Zaplataczki Ciemnoty, która
opatulała go swoim cirrostratusem i nie odrywała od niego swoich
nieprzerachowanych patrzałek; tak się znaleźli w kraju kładącym się na północ
od Długofiordu. Stąd Nieprzyjaźnik miał już rzut beretem do ruin Żelazistego
Piekielnika, niegdysiejszego swojego grodu na zachodzie. Zaplataczka Ciemnoty jednak zgadując jego rządzę i jasnowidząc, że
Nieprzyjaźnik chce dać nogę, zastopowała go i zażyczyła sobie przysięgniętego
bonusu.
- Nadstaw no uszu, Czarne Serducho! Wykonałam twoje
zamówienia, ale wciąż coś bym jeszcze na ruszt wrzuciła.
- Czego ci się jeszcze zachciewa? – palnął Nieprzyjaźnik. – Czy masz zamiar napchać sobie bebech całym światem? Nie, tego ci nie obiecankowałem.
Świata nie wtrząchniesz, bo ja mam klucz od lodówki – znaczy się ja tu rządzę.
- Nie zachciewa mi się tak wiele – odpaliła
Zaplataczka Ciemnoty. – Rąbnąłeś w końcu
z Obronnego Północnika kupę szmalcu. Nie bądź
szuja, daj trochę. Obiecywałeś że będziesz mi rozdawał
premie obiema łapkami.
Nieprzyjaźnik zmiękł i mimo braku ochoty serwował
jej błyskotki, które upchał po kieszeniach, jedne za drugimi, a zaplataczka Ciemnoty szamała je po kolei i tak ślicznota tych błyskotek
została przepadnięta dla Świata. Stawonóg się spasł i sczerniał, lecz ciągle
jej mało było.
- Jedną tylko łapką serwujesz – palnęła. Lewą.
Rozewrzyj prawą, komunisto! – Nieprzyjaźnik w prawej kisił Błyskacze, które,
mimo że zatrzaśnięte w kryształowym puzderku, zaczynały mu schajcowywać łapkę
tak, że ją ściskał z boleści. ani myślał jednak jej
otworzyć.
- A figę! – Palnął. – Zabuliłem
ci już tak, że masz po uszy. To ja wyleasingowałem ci Szmocy,
abyś umiała dokazać w Rajniku tę fuchę. Teraz możesz mi naskoczyć. Nie
dostaniesz, nawet nie zerkniesz na te błyskotki. Są teraz moje na wieki wieków,
amen.
Lecz Zaplataczka Ciemnoty
za sprawą wyleasingowanej jej przez Nieprzyjaźnika Szmocy zrobiła się
wielgachna, on za to, dzieląc się swoją Szmocą, skonusiał; cisnęła się na
niego, okółeczkowała go swoim cirrostratusem, zasupłała netem kleistych nitek,
gotowa udusić sierotę. Wtedy z japy Nieprzyjaźnika
wydostało się okropne darcie, które echo rozwłóczyło wśród gór. Dlatego to to
sąsiedztwo przezwano Wielgachnym Rezonansem, lub Nagłośnią, gdyż rezonans
darcia Nieprzyjaźnika przeegzystował stulecia i wszyscy, którzy się tu
zaplątali, mieli niepowtarzalną okazję obudzić je od nowa; całe zadupie między górami a morzem zawsze odtąd grzmiało czymś
na kształt wycia maltretowanych. Nigdy przedtem na północy świata nie obił się
nikomu o uszy dźwięk wielgachniejszy i obleśniejszy niźli owe darcie
Nieprzyjaźnika; góry zadygotały, ziemia się rostrzęsła, kamulce spękały od
niego. Wlazło ono do najspodniejszych zapomnianych cel, gdzie pod rumoszem
Żelazistego Piekielnika, w piwniczkach, nie spenetrowanych
przez Mocniarzy w gorączkowym naparzaniu, dychały jeszcze przyczajone
Podpłomyki i ukryte jaszczurasy czatujące Powrotu (swego) Króla w salach z
żelaznymi ekranami i prażoną orkorydzą w pazurkach. Teraz na jego darcie
wystartowali z piwniczek i mykając nad Mgielnikiem niczym burza ognia rymsnęli
na Nagłośnię. Pejczykami płomyków rozbebeszyli net
Zaplataczki Ciemnoty, ona za to spanikowana cisnęła się by dać nogę pod firaną
czarnych wyziewów, którymi spluwała ze swego wnętrza; nawiała z północy do
Balarowa, tam zajęła miejscówkę pod Strachowymi Wierchami i wypchała tę
miejscówkę taką strasznością, że ja później nazywano Strachośmierciodołem. Od dnia bowiem, gdy wydrążono piwniczki Żelazistego
Piekielnika, dychały tam różniste paskudztwa z gatunku przędziołkowych
stawonogów, a Zaplataczka Ciemnoty obcowała z nimi i szamała je; nawet wtedy,
gdy stamtąd poszła won, wynosząc się kajdziś na niebliskie, zapomniane południe
świata, zostawiła swoją progeniturę, która dalej nawijała paszkwilne czarne
weby. O dalszych kuponach totolotka Zaplataczki Ciemnoty
annały trzymają buzie na klucz, paplano jednakowoż, że napotkał ją okropniasty
un-happy end, gdyż w swej nienażartej pazerności w końcu sama siebie wszamała.
Nie zweryfikowały się więc
strachy Owocodajki, że Błyskacze zostaną połknięte przez ciemnotę i
zneutralizowane; rymsnęły jednakowoż w łapki Nieprzyjaźnika, który wyzwolony
teraz, pozbierał ponownie swój roomservice, jaki wydolił pozbierać, i nawrócił
na rumowisko Żelazistego Piekielnika. Na nowo przeorał glebę, skołował
nowiuteńkie piwniczki i schrony. Nad portalami zmajstrował potrójny wierzchołek
Tyranogóru, zawinięty wieczyście stratocirrusami czarnego jadącego smogu.
Usługiwały Nieprzyjaźnikowi wiecznie niezrachowane
oddziały nietresowanych bestyjek i upiórów, a szczep orków, wychodowanych przed
stuleciami, wyrastał i multiplikował się w bebechach ziemi. Czarny cień rymsnął
na Balarowo, lecz o tym więcej naplotą kolejne arkusze tej gadanki.
Nieprzyjaźnik w Żelazistym Piekielniku wyklepał sobie krowiastą żelaźnikową
koronę, samozwąc się Królem Świata. Na sygnał swej godności wetknął w koronę
Błyskacze. Łapki jego przechajcowane od kontaktu ze świętoszkowatymi kamykami
pozostały już wieczyście czarne. Nigdy przenigdy też
Nieprzyjaźnik nie spławił boleści w przypalonych grabach, a boleść tym
mocniej rozniecała w nim wkurzenie. Dźwigał koronę non stop, chociaż męczyła go
okropnie jej waga. Raz jeden jedyny i tylko na momencik dał dyla
w konspiracji ze swojej północnej miejscówki, rzadko nawet wychylał nos z przepastnych
piwniczek grodziska, lecz stamtąd, ze swego północnego miasta stołecznego,
rozporządzał legionami roomservice`u. Przez calusieńki czas istnienia swego
królestwa jeden jedyny tylko raz wyciągnął swoją broń.
Teraz albowiem bardziej jeszcze niźli w dobach
rządów w Utrumnie, zanim nabzdyczenie jego doświadczyło kompromitacji,
konsumowała go nienawiść i upuszczał ją, rozkazując swemu roomservicowi i
wbijając mu do łbów gust do wszelkiego niedobra. Mimo to przewlekle zachował
magnificencję przyrodzoną Mocniarzom, chociaż ją
przeoblekł w terroryzm, a z wyłączeniem najogromniastszych, wszystkie stworki
na widok jego facjaty zapadały w czarną dziurę bojenia.
Kiedy się zwiedziano, że Nieprzyjaźnik nawiał z
Mocniewa i że szczeciński klub piłkarski go nie dorwał, Mocniarze przewlekle
zasiadali w ciemnocie w Okręgu Wyższego Celu, a Małomocniarze i Pięknoty
sterczeli przy nich i mazgaili się; lwia część Mądrali przyszlajała się jednak
z powrotem do Posiasnego Wieżostrażu skwaszona, że pomroczność ogarnęła ich śliczny
jasniuteńki gród.
Aż tu ni z gruszki, ni z pietruszki do aglomeracji
przypałętał się Ognioduch i skrzyknął wszystkich na królewskie podwórko, leżące
na czubku Zielopagóra. Nie zdjęto z niego (z
Ognioducha, nie z czubka, czubki były tam zdecydowanie persona non grata - „w
każdym razie teoretycznie” - jak mawiały co złośliwsze
Pierwszaki) banana, jednakowoż sam go olał (przeciwstawiając się regulaminowi
Mocniewa, czym – jak mawiali co złośliwsi Mocniarze – „głaskał pod włos”
niektóre Pierwszaki, szczególnie Pierwszaki w koronie) na złość Mocniarzom.
Piorunem skrzyknęła się na podwórku kupa Mądrali,
ciekawych okrutnie, co tym razem palnie Ognioduch. Wzgórze, wiodące doń stopnie
i ulice świeciły się od iluminacji niezrachowanych zniczy olimpijskich (lub
„nadmiaru wazeliny stosowanej przez Pięknoty” – jak zauważały
co złośliwsze Mądrale), które w ręku niósł każdy jeden szambonurek,
zasuwając na wiec. Ognioduch był mistrzem olimpijskim w paplaniu, jego narząd
mowy miał wielką dyktaturę nad serduchami („lub innymi częściami ciał
Mądralówien” – jak zauważały co złośliwsze Pięknotki),
jeśli chciał go do tej predestynacji zastosować. Tej nocy wyartykułował
paplaninę, której Mądrale nigdy nie zapomnieli („choć
bardzo chcieli” – jak zgodnie mawiali co złośliwsi Mocniarze, Pięknotki i Pięknoty
razem wzięci).
Roznamiętnione, niedogotowane wyrazy, zajeżdżające
nabzdyczeniem i wkurzeniem, zwaliły z nóg („nie tyle one, co wypity przez nich
w tzw. międzyczasie Mirbrowar” – jak mawiali co
złośliwsi..... kto tam jeszcze został?.....) fanów. Wkurzenie i niecierpienie Ognioducha odkręcone były
głównie naprzeciwko Nieprzyjaźnikowi, a jednakowoż kupa
z tego, co paplał, podpierała się bzdetami Nieprzyjaźnika. Załamanie po
ukatrupionym tatku i żałość po podpierniczonych Błyskaczach zamuliły mu mózgownicę. Ogłosił się monarchą wszystkich Mądrali jako
dziedzic Finosza, i publicznie olał zarządzenia Mocniarzy.
- Towarzysze Mądrale! – rozdarł
się. Czemużbyśmy mieli w dalszym ciągu robić za Murzynów u zazdrosnych
Mocniarzy, skoro za Chiny nie umieją nam ani swojej monarchii zagwarantować
świętego spokoju od kombinatorstwa Nieprzyjaźnika? Owszem, jest teraz ich
nieprzyjacielem, lecz czyż nie należy do rodzinki tożsamej z ich własną? Lecę
dziś dokończyć rewanż, ale nawet jeślibym nie musiał, i tak nie siedziałbym w
tym państwie, z rodzinką ukatrupicieli mojego tatki i zaborcy moich
bezcenności. A nie jestem jak mniemam jedynym Pierwszakiem z jajami w naszym
jajcarskim szczepie. Czyż wy wszyscy nie straciliście swego monarchy? Czyż nie
ponieśliście wielu jeszcze innych uszczerbków, ściśnięci na tym cienkim
paseczku gleby pomiędzy górami a morzem? Kiedyś była tutaj iluminacja, której
Mocniarze posępili Centroglebowi, ale w tej chwili
ciemnota wyrównała wszystkie państwa. W Budzikowie rzeczki ciurkają subtelnie
pod gwiazdkami, a na rozwlekłych gruntach jest po uszy miejsca, by wyzwolony
lud mógł się poruszać samopas. Tamto państwo wyczekuje na nas, którzyśmy go
wystawili, zgłupiali wariactwem. Spadamy stąd! A bojący niech tkwią w tej aglomeracji.
Paplał przydługo, wołał Mądralów, żeby poszwędali
się za nim, własnym jajcarstwem zdobyli wyzwolenie i wielkie monarchie w
państwach wschodu, zanim obudzą się z ręką w nocniku; przynudzał bzdetami
Mocnowstawacza, że Wielkomocniarze znęcili ich sztuczkami i trzymają i
niepuszczają z paki, bo zachciewa im się sprezentować Centrogleb rodzajowi Wtórniaczemu. Wielu Wędrowniczkom po raz
najpiersiejszy wtedy obiło się o uszy, że ma przyszlajać się na świat ta Wtórna
Dziatwa.
- Naprzeciwko nas wystrzałowy
cel! – darł się. – Chociaż ścieżka do niego długaśna i
dużo ważąca! Powiedzcie „papa” kłopoczącym was sznurom, ale powiedzcie też
„papa” wygodnickiej egzystencji! Powiedzcie „papa” chucherkom! Powiedzcie też
„papa” swoim precjozom. Zmajstrujemy nowe i będziemy jeszcze bardziej dziani
niż dotychczas. Nie dźwigajcie po drodze bambetli, lecz weźcie ze sobą broń
białą. Zaszlajamy się bowiem dalej niż Graróg,
wytrzymamy dłuższy przebieg niż Silnik, nie zawrócimy, póki nie dosięgniemy
Nieprzyjaźnika. Dorwiemy go, choćby trzeba było się
szlajać za nim na koniec świata. Uroczyście obiecankujemy mu niekochanie i
batalię na wieki wieków, amen. Gdy go załatwimy i skonfiskujemy Błyskacze,
będziemy jednymi jedynymi paniskami niezanieczyszczonej Iluminacji, władykami
Siedliszcza Erudziatek wesołego i ślicznego. Nie damy się wyślizgać z naszych praw żadnemu innemu szczepowi.
Potem Ognioduch poskładał okropniaste
obiecankowanie. Siedmiu synów („Siedmiu Krasnoludków”, jak zwali ich co złośliwsi złośliwcy z przeróżnych ras) zasterczało u
jego boku i chórkiem na głosy i kanonem zmałpowało po nim słowa obiecanki, a
ich gołe miecze lśniły krwistą czerwienią w błyszczeniu zniczy olimpijskich.
Takiej obiecanki nikt nie ma śmiałości połamać ani też nie powinien poskładać,
nawet w imię Wszechtatki. Ognioduch bowiem i jego
synalkowie zawołali wieczyste Ciemnoty, aby ich ogarnęły, gdyby nie dotrzymali
obiecanki, a na świadków skrzyknęli Starokróla, Gwiazdynię i święconkową górę
Wybiałoszczyt, obiecankując ganiać rewanżem i niekochaniem aż do finiszu świata
Mocniarza, upióra, Pierwszaka czy też Wtórniaka z nie wydanego jeszcze na świat
Wtórnego szczepu, każdego stwora, ogromniastego czy tyciego, milutkiego czy
wrednego, jakiekolwiek dziwo, które się napatoczy aż po kres czasu, jeśli spróbuje
zwędzić dla siebie, capnąć lub chować po kątach Błyskacze, należne z prawa
Ognioduchowi i jego klanowi.
Tak obiecankowali Drągas, Drugas, Piekniś,
Przebieglak, Ciemniak, Dwojrad i Dwojas, księciuniowie Mądrali. Kupa świadków zadygotała, gdy obiły im się o uszy te szpetne
zaklęcia. Taką bowiem metodą poskładana obiecanka, we
wrednej czy miłej sprawie, sznurowała tak tego, kto się jej trzymał, i owego
kto się jej puszczał, aż do finiszu świata. Toteż Finfalin
i jego synalek Turgosz stanęli okoniem Ognioduchowi, rymsnęły wkurzone wyrazy i
o mały włos nie doszlajało się do rozstrzygania awantury ostrzami mieczów. Lecz
Finfinfin jak zwykle pogadał delikatnie, usiłując Mądrale namówić do spokoju i
rozwagi, aby bez pomyślunku nie dokazali czegoś, czego się już nigdy nie da
odpracować; spośród jego synalków tylko Strażak podparł Finfinfina. Wiernik poszlajał się za przykładem swego kumpla Turgosza,
lecz strzelista i brawurowa Światłolica, jeden jedyny niewieści byt wśród
Mądrali, która ośmielała się wyciągać łapkę po głos w awanturze księciuniów,
zajęła się ogniem do planów Ognioducha. Nie poskładała wprawdzie obiecanki,
lecz wyrazy Ognioducha o Centroglebie wydobyły rezonans w jej serduchu, gdyż marzyła, by pogapić się na rozwlekłe niepilnowane tereny i
rządzić jakąś monarchią według własnego widzimisie. Kropka w kropkę jak
Światłolica mędrkował synalek Finfalina Fingosz, rozklejony paplaniną
Ognioducha, mimo, że tamten go wkurzał. Synowie Finfinfina,
Ważelaźniak i Dzikogień, jak zawsze potakiwali Figoszowi, ale ci trzej („Ich
Troje”, jak zwali ich NAJzłośliwsi złośliwcy), siedzieli cicho i nie wydarli
się przeciwko swoim tatkom.
W końcu po przeciągłej paplaninie Ognioduch wygrał,
wielką kupę spędu Mądrali uprowadził nadzieją odmiany
i przygód w niewiedzianych krajach. Finfinfin znowu spróbował ich przekabacić
do odwleczenia decyzji i przemędrkowania sprawy powolutku, lecz respons dało mu
masowe darcie:
- A figę! Poruszamy się natychmiast!
Zaraz też Ognioduch i jego synalkowie poczęli się
trudzić przygotowaniami do wyszlajania.
Nie łatwo się spodziewać pomyślunku od tych, którzy
mieli czelność wybrać się w tak groźną drogę w niewiedziane państwa.
Przygotowania zresztą odbywały się w za dużej bieganinie; Ognioduch
popędzał cykorując, by czas nie schłodził serduch ogrzanych jego słowami i by
odmienni paplacze nie przekabacili ich na swoje pole; przy tym mimo
nabzdyczonych stwierdzeń nie olewał Szmocy Mocniarzy. Jednak ani jeden jedyny
kurier nie przyszlajał się ze Świetlikowa, a Starokról zrobił buzię w ciup i siedział cicho. Nie chciał dawać Ognioduchowi
szlabanu, ani zawadzać mu w wykonaniu powziętych zamiarów. Boląco dźgnął
Mocniarzy zarzut, że trzymają Pierwszaków siłą i stosują wobec nich ściemy. Teraz więc gapili się, co się wyrabia, i czekali, wciąż
jeszcze niedowiarkując, że cała kupa Mądrali poszlaja się potulnie za kablem
Ognioducha.
No i faktycznie, gdy Ognioduch zaczął ustawiać Mądrale w
szyki do wyszlajania, eksplodowały niezgódki. Nie wszyscy
bowiem, którzy na wiecu dali się przekabacić jego artykulacji, mieli
zachciankę mieć go za monarchę. Finfalin razem ze swoimi synalkami radował się
większym kochaniem ludu, toteż jego dworaki i kupa obywateli Posiasnego
Wieżostrażu postanowili nie ruszać się od niego na krok, gdyby przystał na
wyszlajanie z Rajnika; ostatecznie Mądrale wyszlajali się w tę ciężką ścieżkę
podzieleni na dwie paczki: Ognioduch ze swoimi fanami lazł w przodkowej
gwardii, lecz większa paczka targała się za nim pod wodzą Finfalina, którzy
przyłączył się do wycieczki wbrew własnej zachciance, trochę
dlatego, że marudził jego synalek Fingosz, a trochę, bo nie chciał
rozstawać się ze swoim ludem, prującym się do czynu społecznego i nie chciał
też oddawać go na widzimisie cholerycznego Ognioducha.
Pozatym nie dopadła go skleroza, że przed tronem Starokróla obiecankował poleźć za kablem przyrodniego bracha. Z tych samych co Finfalin pobudek szlajał się z nim Finfinfin,
chociaż bardzo mu się nie chciało zostawiać państwa Mocniarzy. Z ogromniastego
ludu jakim się stali Mądrale w Mocniewie, jedynie 10 % wypięło się na udział w
migracji: jedni z kochania Mocniarzy (szczególnie Ziemniaka
...„i innych roślin bulwiastych” jak mawiali złośliwcy), inni z
przysznurowana do Posiasnego Wieżostrażu i wszystkich ślicznych rzeczy, jakie
tam zmajstrowali; nikt nie kierował się bojeniem przed groźnościami szlajania.
W momencie gdy trąbka
zatrąbiła hejnał do wyszlajania, a Ognioduch przełaził bramkę Posiastego
Wieżostrażu, objawił się w końcu kurier Starokróla i wypaplał jego wyrazy:
- Szajbie Ognioducha nie przeciwstawię
nic a nic poza moją podpowiedzią: Nie idźcie sobie! Wyruszacie nie w porę, a
ścieżka ta zawiedzie was ku zgryzotom, których nawet nie jasnowidzicie.
Mocniarze nie rzucą wam koła ratunkowego, chociaż nie będą też rzucać kłód. To bowiem musicie skumać: dobrowolnie przyszlajaliście się
tutaj i od waszej woli zależy, czy zostaniecie czy też nawiejecie. Ty
jednakowoż Ognioduchu, synalku Finosza, przez swoją obiecankę ściągnąłeś na
siebie banana. Słono zabulisz za to, żeś nabrał się na
bzdety Mocnowstawacza. Paplasz, ze on takowoż jest Mocniarzem. A więc na darmo
obiecankowałeś mu rewanż, bo nigdy przenigdy na terytoriach Wszechmatei nie uda
ci się rozłożyć żadnego z Mocniarzy, nawet gdyby Ojczulek, którego imienia
zawołałeś, zrobił z ciebie trzy razy lepszego chojraka, niż jesteś.
Lecz Ognioduch zaczął się brechtać i zamiast
odpowiedzieć kurierowi Starokróla, odkręcił się do Mądrali:
- Więc to tak? Jajcarski lud ma
pozwolić, aby sukcesor jego monarchy odszlajał się
tylko z synalkami na wygonkę, a sam ma wrócić w kajdanki podległości! Tym
jednakowoż, którzy tak czy owak chcą poszlajać się za mną paplam: jasnowidzą
wam przeciwności loterii. No i co z tego, posmakowaliście ich przecież w
Rajniku, gdzie egzystencja startowała w radości, a finiszowała w zgryzocie.
Pokosztujmy na odwyrtkę, przez zgryzotę do radości, a przynajmniej do
wyzwolenia! Potem wydarł się do kuriera: Powtórz Starokrólowi Dyszakowi,
najstrzelistszemu monarsze Siedliszcza Erudziatek, moje wyrazy: Może i
Ognioduch nie rozłoży Nieprzyjaźnika, lecz nie grzebie
się z wyartykułowaniem mu wojny, nie mazgai się z założonymi łapkami. Kto wie,
czy Ojczulek nie skrzesał we mnie ogromniastszego płomyka niż mędrkujesz. Tak czy owak wklepię nieprzyjacielowi Mocniarzy
takie bęcki, że ploty o nich zaszokują możnych siedzących w Okręgu
Wyższego Celu. Oni też w końcu poszlajają się za mną! A teraz papa! Głos
Ognioducha rezonował taką energią, że nawet kurier Starokróla, zgiął się, jakby
dostał prawidłową odpowiedź i paszoł won, Mądrale zaś,
od nowa rozgrzani artykulacją wodza, ruszyli w trasę.
Ognioduch ze swoimi kolarzami w ucieczce wyprzedzał
cały peleton, zasuwając wybrzeżem Pierwszorzędnego Domu i nie kręcąc głową na
boki ani w tył na zielony wzgórek Zielopagóra ani na Posiasny Wieżostraż.
Wolniej i nie z taką motywacją szarpał się za nimi szczeciński klub futbolowy z
paczką Finfalina. W jego rządkach wysuwał się na czoło szczecińskiego klubu
piłkarskiego ubrany w żółtą koszulkę lidera Fingosz, lecz Finfinfin, Wiernik i
inni najznamienitsi i najcwańsi z Mądrali poszli na łatwiznę i ucapili za
siodełka ostatnich w peletonie i często kręcili głowami, by gapić się na
swoją piękną aglomerację, dopóki świetlówka na wieży Ingweniusza nie schowała
się przed ich patrzałkami wśród ciemnoty. Ci targali
ze sobą na bagażnikach więcej niż inni pogonieni wspominek o pozostawionej
radości, a niektórzy targali też różniste bambetle własnej robocizny –
pocieszankę i ciężar na trasie.
Ognioduch wodził Mądrale ku północy, bo głównym jego targetem było wygrzebanie
Nieprzyjaźnika. Przy tym Zielopagór sterczący obok
Wybiałoszczytu kładł się tuż tuż przy równiku Siedliszcza Erudziatek i
Wielkozachomórz był tam okropniaście szeroki, dalej zaś ku północy zwężało się
tak, że zadupia Jałoziemu od wybrzeża Centroglebu dzielił nie za wielki
dystans. Ostygnąwszy jednak z pierwszej podniety, Ognioduch pomędrkował i skumał, że wielgachna kupa nie wydoli zwyciężyć
nieporachowanych mil trasy na północ i przekaraskać się za morze bez
żaglówek; zmajstrowanie flotylli zajęłaby za dużo czasu, nawet gdyby Mądrale
mieli w swoich rządkach zmyślnych łódkorobów. Powziął więc
ideę, by przekabacić do kolektywnego czynu Telemaruderów, z dawna lubiących się
z Mądralami; w swym wywrotowym nabzdyczniu kalkulował, że tą metodą jeszcze
bardziej przytłamsi glorię Mocniewa, a wzmocni osobistą krzepę do bitki z
Nieprzyjaźnikiem. Posprintował więc
do Łabędzioportu i zaczął paplać do Telemaruderów kropka w kropkę tak jak
wcześniej w Posiasnym Wieżostrażu do swojego plemiena.
Nic a nic jednakowoż z tego, co paplał, nie
docierało do Telemaruderów. Wręcz przeciwnie, zatroskali się poczynaniami
brachów od niepamiętnych czasów z nimi skumplowanych i usiłowali ich
przekabacić do modyfikacji zamiarów, których ani im było w głowach wspierać;
odpalili, że nie pożyczą swoich żaglówek ani tez nie wesprą Mądralów przy
majstrowaniu osobistej flotylli wbrew zachciankom Mocniarzy. Nie pożądali dla
siebie innej krainy niż wybrzeża Pierwszorzędnego Domu ani innego pancia niż
Olek; księciunio Łabędzioportu; on bowiem nigdy nie
nasłuchiwał szeptanek Nieprzyjaźnika i nie przyjmował go dobrotliwie w swoim
państwie; wierzył, że Wodnik i inni Mocniarze zreperują niedobrość
wykombinowaną przez Nieprzyjaźnika i że nowy dzionek pogoni kota nocnym
Ciemnotom.
Ognioduch zagotował się wkurzeniem, gdyż miał cykora przed guzdraniem się w wyprawie, i odpalił Olkowi
zapalnikowo:
- Pokazujesz mi figę na prośbę o przyjacielstwo w
60 minut, kiedy to jest nam ona nieodzowna. A przecież z radością używałeś
sobie naszej pomocy, kiedy przyszlajaliście się w końcu na te wybrzeża,
cykorzaste marudy z gołymi łapkami. Aż do dzisiaj gnieździlibyście się
szałasach na piachu, gdyby Mądrale nie zmajstrowali wam portu, ciachając
kamulce i trzaskając murki.
- Nie pokazujemy wam figi na prośbę o przyjacielstwo
– odpalił Olek – ale niekiedy przyjacielstwo właśnie
każe powstrzymywać wariactwo kumpla. A gdy Mądrale powiedzieli nam milutko
„cześć” i wspomogli przed laty, inny był układ. Wszyściuteńcy mieliśmy na wieki
wieków, amen siedzieć w Rajniku, jak brachy i sąsiedzi. Ale nie wy
sprezentowaliście nam nasze białe żaglówki. Nie od Mądrali naumieliśmy
się artyzmu sklejania okręcików, lecz od Władyków Morza; osobistymi łapkami
krajaliśmy i głaskali białe dechy, nasze połowice i córy wydziergały białe szmatki
na żagle. Toteż żaglówek nie damy ani nie opchniemy
nawet w imię przyjacielstwa. Skumaj, Ognioduchu, synu
Finosza, że żaglówki są dla nas tym, czym dla Mądrali błyskotki,
artyzmem, w który nakładliśmy serducho a którego nigdy przenigdy nie
umielibyśmy zmajstrować wtórnie.
Ognioduch wygramolił się z domu Olka i klapnął za murami Łabędzioportu zatonięty w czarnych mędrkowaniach,
dopóki nie napatoczyły się tam jego paczki; gdy uznał, że szefuje już
dostatecznymi krzepami, pociągnął Mądrale do Łabędzioportu i kazał im gramolić
się na pokłady zakotwiczonych żaglówek, aby je przejąć brutalną siłą. Jedynie
Telemaruderzy postawili się i masę napastliwców wepchali do morza. Poszła w
ruch biała broń, wywiązało się zażarte mordobicie na
żaglówkach, na iluminowanym świetlówkami nabrzeżu, bulwarach, molach, w
portowych burdelach, a także w pasażach handlowych, oraz w centrach rozrywki i
w IMAXach, NAWET na wielgachnej sklepionej elektronicznej bramce Portu, gdyż
chętni do bitki pogubili karty magnetyczne i nikt nie mógł ani wejść, ani wyjść
z tej stacji kolejki morskiej. Trzy razy Mądrale pod kablem Ognioducha rzucali
się z pazurami i trzy razy dostawali po...uszach, a
kupa Pierwszaków po obu stronach została ukatrupiona; wreszcie z ratunkiem
przyszlajały się najpiersiejsze jednostki paczki Finfinfina ciągnięte przez
Fingosza; zoczywszy bowiem, że trwa mordobicie i ze ich kumowie cienko przędą,
cisnęli się w wirówkę mordobicia, nie wnikając o co poszło; masa z nich
mędrkowała, że Telemaruderzy na dyspozycję Mocniarzy chcą zablokować szlajanie
Mądrali. W końcu Telemaruderzy wywiesili białe
prześcieradło. Znaczna kupa łódkorobów
skoncentrowanych w Łabędzioporcie padła trupem pod ciachnięciami okropniastych
mieczy. Mądralów bowiem ogarnęła desperacka
wścieklizna, a Telemaruderzy byli od nich cherlawsi, uzbrojeni głównie tylko w
smukłe łuki. Mądrale opanowali więc białe żaglówki i
obsadziwszy jak się dało i ile wlazło miejscówki przy wiosłach, odpłynęli
wzdłuż brzegu na północ. Olek na darmo skrzykiwał Sztormnika; Mocniarze
postawili szlaban na przeszkadzanie wiejącym siłą. Jednakowoż Falka mazgaiła
się z powodu ukatrupionych marynarzy, a morze wsztormiło się gniewnie przeciw
ukatrupicielom, tak że kupa żaglówek rozleciała się i
kupa Mądrali poszła na dno. Więcej detali o tym Brachoukatrupicielstwie w
Łabędzioporcie można wygrzebać w pogrzebowej śpiewce Noldolante - Upadłość
Mądrali, którą Drugas poskładał, nim się zachachmęcił.
Większa wszakże kupa
Mądrali wykaraskała się, a gdy sztormienie się przymknąło, ruszyli się dalej w
swoją trasę, jedni morzem, drudzy glebą, jednakowoż trasa okazała się bardzo
przewlekła, a w miarę jak zasuwali, coraz skomplikowańsza. Przebrnęli ścier
nieporachowanej północy i wygrzebali się w końcu na północnych rubieżach
Pilnowanej Włości Siedliszcza, u granic górzystego, chłodnawego zadupia Jałoziemu. Tu raptem
zoczyli ciemniacką postać gapiącą się z wysokiego kamulca na wybrzeże.
Niektórzy paplają, że nie był to ordynarny kurier Starokróla, lecz sam Duchacz.
Do uszu ich dotruchtał głos donośny i groźny, obligujący ich przystopować i
nadstawić słuchy. Stanęli w miejscu i wśród cichości wszyscy, od
najpiersiejszego rządku aż do najostatniejszego, usłyszeli wróżbę i
przekleństwo, zwane Wróżonkiem po Północy i Zastosowaniem Mądrali. Wiele z
tego, co się chowało we Wróżonku, nie skumali od razu, dopokąd ich nie dźgnęły
późniejsze niedole. Wszystkie słuchy jednak odebrały przekleństwo, które
ściągną na siebie, jeśli nie zachce im się siedzieć w Mocniewie, skapitulować
przed orzeczeniem Mocniarzy i wyżebrać od nich łaskę.
- Nikt nie porachuje łez, które wychlapiecie.
Mocniarze postawią płot dookoła Mocniewa i zakluczą to państwo przed wami tak,
że nawet rezonans waszych biadoleń nie przesiąknie
przez ścianę gór. Wkurzenie Mocniarzy będzie was ganiało od wschodu aż po
najodleglejszy zachód klan Ognioducha, a także tych
wszyściuteńkich, którzy się za nim poszlajają. Poskładana obiecanka pyrgnie ich
na szlajanie, lecz ich wpuści w maliny, bo precjoza, które obiecankowali
wygrzebać, będą im na wieki wieków amen skonfiskowane. Marnie zafiniszuje to,
co gładko wystartowało, a dokaże to zdrada bracha przeciw brachowi i bojenie
przed zdradą. Wydziedziczeni są na wieki wieków, amen. Nieładnie
rozchlapaliście juchę współszczepiaków i
zapaskudziliście glebę Rajnika. Za juchę zabulicie
juchą i zajmiecie miejscówkę odległą od Rajnika w cieniu zgonu. Chociaż bowiem
Ojczulek sprezentował Pierwszakom ten przywilej, że szlag ich nie trafia na
terenach Wszechmatei i nie mają do nich dostępu żadne influence, każdy z was
może zostać ukatrupiony i wielu będzie ukatrupionych od broni, zmaltretowania i
zgryzot, a ich kloszardzkie fantomy staną wtedy przed
Duchaczem. Przewlekle będą musiały u niego zalegać, tęskniąc do zgubionych
powłok cielesnych, lecz nie dana im będzie litość, nawet gdyby ci co padli trupem z ich łapki, wysyłali na nich SMSy. Ci zaś którzy zdzierżą w Centroglebie i nie przyszlajają się do
Domostwa Umarlaka wynudzą się w końcu światem jak zbyt wiele ważącym tobołem,
zwiotczeją i zrobią się jak gdyby żałosnymi cieniami w porównaniu z bardziej
smarkackim szczepem później powitym. Oto wyrazy Mocniarzy!
Wielu zadygotało ze zgrozy, lecz Ognioduch zaciął
się w swym uporze i odpalił:
- Poskładaliśmy obiecankę i nie cisnęliśmy jej na
zefirek. Spełnimy obiecankowanie. Straszą nas różne straszydła, między innymi
także niewierność, lecz nikt nie paplał i nie napapla, że zapaskudzi nas
cykoria, że zdzierżymy w swoich rządkach cykorów i że
będziemy się ich bojać. Oświadczam tedy, że poszlajamy się dalej obraną trasą,
i do wróżonka dorzucę gratis jeszcze jedno: dopóki nie przeminie Siedliszcze
Erudziatek, śpiewki będą roztrambiać nasze dokazania.
Jednakowoż Finfinfin wtedy olał dalsze szlajanie i
zrobił w tył zwrot na trasie, pełen zgryzoty i gorzkiej żałości do klanu
Ognioducha, był bowiem skumplowany z Olkiem, rządzącym
w Łabędzioporcie. Wespół w zespół z Finfinfinem oddzieliła się od paczek
Ognioducha kupa Pierwszaków i szlajali się nazad
smutni, dopokąd nie zoczyli znów w oddali iluminacji z Wieżowyżu Szlajaka na
czubku Zielopagóra, świecącego się w środku nocy. I tak w końcu wynaleźli się
znowu w Mocniewie.
Wyżebrali sobie u Mocniarzy łaskę i Finfinfin
przytulił władzę nad ochłapem Mądrali w Błogolestwie.
Nie miał wszakże u boku synalków, którzy nie raczyli olać synalków Finfalina,
gdy cały lud tego księciunia poszlajał się dalej na północ, czując się do tego
zobligowany wobec współszczepników i ulegając chceniu Ognioducha, a zarazem
bojając się stawić czoło trybunałowi Mocniarzy, gdyż
niejeden, nie dwóch upaprał łapki braciszkową juchą w Łabędzioporcie. Przy tym
Fingosz i Turgosz, Mądrale o bezczelnych i wrzących serduchach, raz podjąwszy
zadanie gotowi byli wydolić aż do finiszu, choćby to miał być finisz bardzo
marny. Tak więc lwia część poszlajała się dalej za
Ognioduchem i wkrótce rozpoczęły funkcjonować w kupie niedobre Szmoce, tak jak
było ogłoszone we Wróżonku.
Mądrale zaszlajali się w końcu na niebliską
północ Siedliszcza Erudziatek, a gdy zobaczyli najpiersiejsze kry na
powierzchni morza, skumali, ze zbliżają się do Kruszylodu. Na północy bowiem gleba Siedliszcza Erudziatek przeginała się
ku wschodowi, tak że od wyeksponowanych ku zachodowi wschodnich brzegów
Endziemi – czyli Centroglebu – dzieliła ich wąziuteńka ciasnota, przez którą
płynęły razem zmrożone wody Ekki i fale Belgradu (Wielkozachomorza); fruwały
tam gęste jak atmosfera na angielskim dworze królewskim mgły i morderczo
zimniste opary, nurt szturchał trące się wzajemnie góry lodowe i zgrzytające,
głęboko zatopione kry. Taka była Ciasnota Kruszylodu, przez którą
prócz Mocniarzy nikt nie miał czelności się bujać, z wyjątkiem jednej
Zaplataczki Ciemnoty.
Ognioduch przystopował szlajanie i Mądrale
rozpoczęli mędrkować, co dokazywać dalej. Męczyli się już strasznie od zimnicy
i kleistej mgły, przez która nie przecisnął się ani jeden promyk gwiazd; kupa
marudziła teraz, że się w tę trasę poszlajali,
zwłaszcza Wędrowniczkowie z paczki Finfinfina mamrotali i bluzgali na
Ognioducha jako sprawcę ich nieszczęśliwości. Ognioduch kumał, co o nim
paplają, skrzyknął więc swoich synalków na naradę.
Żeby wykaraskać się z Jałoziemu do Endziemi były tylko dwie metody: ślizgiem
przez lodowisko, albo spławić się na żaglówkach. Żaglówki były jednak towarem
deficytowym; sporo ich szlag trafił podczas przewlekłych regatów, a tych, które
zostały nie wystarczyłoby, żeby wszyscy hurtem mogli się na nich spławić; nikt
jednak nie chciał czekać na zachodnim brzegu, aż pierwsze Mądralińskie
cargo zostanie spławione i żaglówki kopną się nazad po resztę towara; bo
cykoria przed niewiernością już nurtowała serducha Mądrali. Toteż Ognioduch i
jego synalkowie postanowili położyć łapska na całej flotylli i dać nogę
cichaczem; od dnia mordobicia w Łabędzioporcie
zatrzymali władzę nad żaglówkami, a ich załogi składały się wyłącznie z
Pierwszaków oddanych bezwolnie Ognioduchowi i tych, którzy brali bezpośredni
udział w mordobiciu z Telemaruderami. Jak na "trzy...cztery!"
zerwał się korzystny wiatr z północo-zachodu i
Ognioduch mógł dać nogę cichaczem z synalkami i tymi z Mądrali, których miał za
wiernych jak azorki fanów. Spławili się olewając
Finfalina z jego paczką w Jałoziemie. Morze było w tym miejscu wąskie, więc
lawirując ku wschodowi i kapkę na południe, bez ofiar dobujali się do drugiego
brzegu i stanęli znów na glebie Centroglebu. Wylądowali przy ujściu fiordu wołanego Długofiordem, wrzynającego się głęboko w krainę
Echokraj.
Kiedy wygramolili się na brzeg, Drągas, najstarszy
(„i najgłupszy”, jak mawiali złośliwe brachy) synalek Ognioducha, kumplujący
się z Fingoszem, dopokąd ich nie poróżniły bzdety Nieprzyjaźnika, zagiął tatkę:
- Które żaglówki i których żeglarków
rzucisz po resztę naszych współszczepników i kogo najsamprzód każesz capnąć na
pokład? Mędrkuję, że jajcarski Fingosz powinien mieć
pierwszeństwo przepływu.
Lecz Ognioduch począł się brechtać porąbanym rechotem i wydarł się:
- Nic i nikogo z nich nie capnę! Mam w...nosie utracenie tych, którzy zalegli po drugiej stronie
ciasnoty. Okazali się nadprogramowym balastem w naszym szlajaniu. Bluzgali
mnie, niech więc bluzgają dalej, wracając z
mazgajeniem do klatki Mocniarzy. A żaglówki sfajczę!
Drągas sterczał sam na boku, gdy Ognioduch rzucał
dyspozycje sfajczenia białych żaglówek Telemaruderów. Tamże, w miejscówce
wołanej Losgarniewo, w ujściu wąskiego fiordu Długofiordu, szlag trafił w
wielgachnym, jaskrawym i zgrozę budzącym ognisku najśliczniejsze żaglóweczki,
jakie kiedykolwiek spławiały się po morzach świata. Finfalin i jego lud zoczyli
z oddali czerwoną łunę pod cirrostratusami i skumali,
że padli ofiarą niewierności. Takie były najpiersiejsze żniwa
Brachumordobijstwa i przeklinanki rzuconej na Mądrale.
Zoczywszy, że Ognioduch olał go i że ma do wyboru:
- bramkę nr 1). paść trupem w
Jałoziemie,
- bramkę nr 2). z żażenowaniem nawrócić do Mocniarzy, Finfalin był rozczarowany, lecz jeszcze upalniej niźli przedtem zachciało mu się skombinować jakowąś ścieżkę do Centroglebu, aby sprawić bęcki niewiernemu.. Pod kablem Finfalina i jego synalków oraz Wiernika i Światłolicej paczka musiała odbyć przewlekłą, niesamowicie upierdliwą trasę, lecz w trudach wschodziło jajcarstwo i twardniała wytrwałość Mądrali; byli w końcu cudnym szczepem, najpiersiejszymi smarkaczami niezabijalnego Ojczulka Jedyniastego, a że dopiero co wygramolili się z Rajnika, nie nadążyli jeszcze z męczeniem się egzystencją na Lądzie. Serducha ich chajcowały się zapałką smarkactwa, a pod kablem Finfalina i jego synalków oraz Wiernika i Światłolicej mieli czelność wgramolić się do najstraszniejszej krainy północy; nie skombinowawszy innej trasy przed sobą, stawili w końcu czoło zgrozie ciasnoty Kruszylodu i okrutnych gór lodowych. Masy przecudownych uczynków dokazali potem Mądrale, jednakowoż żaden chyba nie przebił brawury tego straceńczego bujania się, podjętego wśród kłód pod nogami i przybicia. Wtedy to padła trupem Gwiazdółka, połowica Turgosza, i kupa innych Wędrowniczków. Ze znacznie okrojoną paczką stanął wreszcie Finfalin w Zewnątrzkrajach. Nie miłowali Ognioducha ani jego synalków ci, którzy jeszcze raz szlajali się jego śladem i w Centroglebie dmuchnęli w trąby o najpierwsiejszym wschodzie naturalnego satelity.