Haletha:
KLEJNOTOWIEŚĆ czyli Silmarillion po Łozińsku
Słońce, Księżyc i ukrycie Mocniewa
Paplają, jakoby po nawianiu Mocnowstawacza Mocniarze dłuuuugo siedzieli i ani drgnęli na swoich - za przeproszeniem - stolcach w Okręgu Zastosowania, rąbnął się jednakowoż Ognioduch, gdy oślepiony wariactwem pomawiał ich o lenistwo.
Mocniarze bowiem wiele mogą dokazać samym pomyślunkiem, niekoniecznie kalając swe białe rączęta pracą, a naradzają się między sobą jak brzuchomówcy.
Nadstawiali więc uszy pośród nocki Mocniewa, a myśli ich sprintowały poza strefę graniczną Wszechmatei i w przyszłość, aż do finalnych Dni, lecz ani szmoc, ani nieszmoc, ani nawet mądraliństwo nie koiło ich zgryzoty, nie zasłaniało niecnoty, która się w tych 60 minutach wyprawiała. Zejście śmiertelne Drzewek nie bolało ich bardziej namolnie niż zanieczyszczenie mięśnia sercowego Ognioducha; to był jeden z najpaskudniejszych wygłupów Mocnowstawacza, gdyż Ognioduch został wyniesiony ponad Erudziatki za pomocą bajeranckich zalet zarówno ciała, jak i konceptu: męstwem, twardzielstwem, ślicznością i zmyślnością, czy to wymagającą brutalnej chamskiej siły, czy cwaności, a w sercu jego hajcował się świetlisty ogieniek. Tylko i wyłącznie Starokról coś niecoś kumał, jak bajeranckich działań mógłby dokazać ów Pierwszak na cześć Siedliszcza Erudziatek, gdyby nie dał się zrobić w balona Mocnowstawaczowi. Toteż Starokról, gdy poganiacze dostarczyli mu respons rebelianta, ryknął płaczem i zwiesił swój królewski nos na kwintę, jak paplali Pięknoty, którzy wtedy nie mogli spać razem z Mocniarzami i na własne oczy widzieli jak Starokról beczał. Niestety, później nikt nie chciał uwierzyć w słowa tych cierpiących na samouwielbienie lalusiów...Lecz gdy poseł cytował ostatnie wyrazy Ognioducha prorokujące, że bądź co bądź uczynki Mądralów będą zakonserwowane w przyśpiewkach, Starokról uniósł na powrót swój królewski nos, jak gdyby obił mu się o uszy jakowyś głos ze znacznej odległości, i rzekł:
- Zaprawdę powiadam wam takoż będzie! Słono Mądrale za rozgłos w przyśpiewkach bulną, lecz zdobędą go na mur beton. Cena nie może podlegać targowaniu! W końcu Ojczulek paplał nam, że objawi się na świecie śliczność, jaka nam się w pałkach nie mieści nawet, a zło mimo wszystko zrodzi też dobre frukta.
Lecz Duchacz palnął:
- Niecnota jednakowoż pozostaje niecnotą, a Ognioduch lada moment przylezie do mnie.
Gdy wreszcie nadeszła plotka, że Mądrale na mur beton już nawiali z Rajnika i nawrócili do Centroglebu, Mocniarze zwlekli swe szlachetne siedzenia z - za przeproszeniem - stolców i wzięli się za wprowadzanie w życie wymysłu wymyślonego na brzuchomówczej naradzie, aby zreperować naknocone przez Mocnowstawacza uszkodzenia. Starokról zażyczył sobie, żeby Owocodajka i Płaksa wykorzystały swoją calusieńką posiadaną szmoc i zrobiły pobudkę marnym ochłapom życia w Drzewkach. Lecz fizjologiczne wydzieliny Płaksy nie wydoliły kurować ich zabójczych skaleczeń i przez dłuuuuu...gi czas Owocodajka sama jodłowała wśród cieni. W ostatniej chwili, gdy już straciła rezon i zdarła gardło zapadając na długotrwały nieżyt strun głosowych (jakże ją później kochał za tą zmysłową chrypkę jej luby - siermiężny i przaśny Ziemniak...ach...), rozsznurował się na bezwstydnie pozbawionym liści (nawet, o zgrozo, figowych...!!!...) badylu Telepka jeden krowiasty srebrny kwiatostan, a Złotdumek wydał w bólach na świat jedno jedyne złote fruktum.
Owocodajka capnęła kwiatek i fruktum, a Drzewka jak na komendę natychmiast ostatecznie i nieodwołalnie szlag jasny trafił (no ja się nie dziwię - konać 2 razy podczas jednego przedstawienia?!...nawet doświadczonego aktora krew może zalać! Wiem coś o tym...eh...); ich struchlałe pniaki po dziś dzień sterczą w Mocniewie jak statuy minionej radochy. Lecz Owocodajka odstąpiła Ziemniakowi srebrnego kwiatka i złote fruktum, Starokról odprawił nad nimi egzorcyzmy, odtańczył taniec sam_nie_wiedział_czego, okadził, splunął przez lewe ramię i odpukał w niemalowane drewno (aż w końcu musieli mu przerwać, tak się w tym błogosławieniu zapamiętał niebożę...); Ziemniak zaś ze swoimi asystentami (i prywatnymi niewiadomo_po_co_sekretarkami, co jak zwykle nie mogło umknąć uwadze zawistnych i cierpiących na niezliczone kompleksy panien z plemienia Pięknot...) ulepił gary, w których miały być zachomikowane w całkowitym swoim promiennym połysku; obgadane jest to wsio w Naruszyllonie. Gwiazdosatelitnej Przyśpiewce. Mocniarze zwalili opiekę nad owymi garami (łącznie ze zmywaniem, a jakże!...obiboki!...) na Gwiazdynię, żeby je zaadaptowała na świetlówki nieboskłonne, dające po oczach nawet mocniej niźli podstarzałe gwiazdy, gdyż zawieszone bliżej Siedliszcza Erudziatek; Gwiazdynia nadała im szmoc szlajania się po niżnych poziomach Iluminomenu i kazała im szlajać się po oznakowanym szlaku nad równikiem Ziemi, z zachodu na wschód i nazad.
Mocniarze dokazali takowoż, bo w półpomroczności osobistej krainy wspominkowali o ciemnotach tyranizujących inne kraje Siedliszcza Erudziatek i wykoncypowali, że może trzebaby ziluminować Centrogleb, aby iluminacja uniemożliwiła Mocnowstawaczowi poszerzanie niecnoty. Skleroza nie dotknęła ich również w kwestii Oporników, którzy tkwili twardo nad wodami swej pobudki, a nie chcieli za Chiny wypiąć się na obecnie zabananowanych Mądralów. Starokról kumał też jeszcze, że nadciąga 60 minut, w których na świat przyszlajają się Wtórniacy.
Paplają, że Mocniarze, którzy kiedyś tam (...dawno i nieprawda jak - co do nich zresztą podobne - powiadają niektórzy niedouczeni - tak! SĄ tacy!, nawet najlepszym się zdarza - Mądrale...) dla bliżej niezidentyfikowanego dobra Gadatków sturlali mordobicie z Mocnowstawaczem, teraz ugryźli się w język, uszczypnęli w ucho, dźgnęli w bok i wzięli na - za przeproszeniem - wstrzymanie od zbrojnego naparzania dla dobra Wtórniaków, Wtórnej Generacji, Smarkaczej Dziatwy Wszechtatki. Tamta wszak batalia, zakończona rozwałką bastionu Utrumny, zapodała Centroglebowi bezlitosne kontuzje, a Mocniarze robili w gacie na myśl, że kolejna poskutkowałaby jeszce paskudniejszymi łupniami; Wtórniacy jako byty podatne na zejście śmiertelne i większe chucherka od Gadatków mogliby nie wydolić takiej zgrozy i takiego bajzlu. Przy tym Starokrólowi nie dane było doznać aż takiego oświecenia (o Nirvanie nie wspomniawszy, ale to i lepiej bo za grungem coś nie przepadał...), żeby wyczaić, gdzie u licha zerwą się z wyrek najranniejsze ptaszki spośród Wtórniaków, na północy, na południu czy na wschodzie (totalna dezorientacja, ściema stulecia, majstersztyk konspiracji, nie ze mną te numery Bruner i wogóle nikt nie wie o co chodzi...Mądrale zachwyceni, że w końcu nikt nie wie tego czego i oni nie wiedzą...). Dlatego Mocniarze wyleasingowali iluminację innym krajom, a swój osobisty ufortyfikowali anty_wszelko_napadowo (...no, może nie pomyśleli o napadach histerii nastolatek ze szczepu Pięknot, ale to i tak bezcelowe...).
Niegdysiejsi Pięknoty nadali Naturalnemu Satelicie, kwiatostanowi Telepka z Mocniewa, ksywkę Poświatek Iluminowany (czym pobili na łeb wszystkie inne szczepy biorące udział w konkursie na najbardziej dziadowskie określenie źródła światła, które już na wieki wieków amen będzie wisieć na niebie...), Słońcu zaś, fruktum Złotdumka - Płomienniezłocony Kanar (...1 miejsce ex equo...no comment...). Lecz Mądrale (niezadowoleni z wyników kompetycji, tym bardziej, że sami nie wpadli na tak idiotyczne nazwy) ukuli dla tych niebiańskich świetlówek inne ksywy: Szrama, Marudnik i Wasa (na pośmiewisko Pięknot, które swą sporną urodę zawdzięczały pieczywu chrupkiemu tej właśnie firmy, za co nieustannie katowały przedstawicieli innych szczepów jej kryptoreklamą...), Mięsień Sercowy Płomyka, który spać nie daje i demoluje (...pokoje hotelowe i wyrzuca przez okno telewizory - Beautyfools` version); Słonko bowiem było sygnałem wieszczącym pobudkę typu wtórniaczego i zachód szczepu Pierwszaków, których wspomnienie wszakże było cenne dla Naturalnego Satelity.
Z decyzji Mocniarzy żaglówką Słonka kierować miała Słonnica (dla wtajemniczonych Latawica - you know who you are... ...), zaliczana do (...a nawet przez - wersja panien Pięknot...) Małomocniarzy, wyspą Naturalnego Satelity - Rogacz (...patrz wyżej...). Za dób kwitnięcia Drzewek Słonnica chołubiła kwiatostany na rabatkach Młódki i opryskiwała je jasnymi kroplami kapanymi przez Złotdumek i innymi pestycydami (żeby żaden żyjący o Wasie i wodzie bulimik-Pięknota nie zeżarł...); Rogacz był jagrem z paczki Graroga. Posiadał on srebrny szybkostrzelny łuk maszynowy zdolny powalić Oliphanta i unicestwić jednym strzałem każdą stodołę i kochał się w srebrze, toteż ilekroć zachciało mu się przyciąć komara po kolejnej rzeźni stodół, olewał lasy swego kierownika i wlókł swe zwłoki do Sennikowa, aby tam kimać i śnić nad wodotryskami Orzeźwiajki, w migotającym promieniowaniu Telepka. Rogacz więc płaszczył się, żeby na niego zwalono kuratelę nad ostatnim Srebrnym Kwiatostanem. Słonnica komenderowała krowiastszą od Rogacza szmocą, dlatego jej dano przydział kierownicy Słonka. Nie trzęsła portkami na myśl o nieprzeciętnej temperaturze Złotdumka i nie mógł on jej zrobić ziazi ( ), gdyż Słonnica była pierwotnie jednym ze strachów napalonych; w przeciwieństwie jednakowoż do innych nie dała się Mocnowstawaczowi zbałamucić i nie poszła do niego robić w charakterze roomservice`u. Patrzałki tak się jej jarzyły, że nawet Wędrowniczkowie nie mogli w nie patrzeć (...według niepotwierdzonych źródeł chętnie cytowanych przez piękniejszą połowę szczepu Pięknot, najzwyczajniej w świecie wyglądała tak głupio, że zdezorientowane jej widokiem ryby uciekały na drzewa, tamtejsze ptaki zaczynały drążyć podziemne tunele, a bezdomne z tego powodu krety popełniały z rozpaczy masowe harakiri...), a porzucając Mocniewo, zwaliła postać i fatałaszki, które tam nosiła małpując styl po Mocniarzach, i przepoczwarzyła się w bezwstydnie goły płomień, potworniasty w pełni iluminacji.
Poświatek, drzewiej ulepiony, najpiersiejszy się wzbił w strefę gwiazdek, był więc starszą z obojga nowych świetlówek, podobnie jak Telepek był starszym z Obojga Drzewek. Tak więc przez jakiś czas królowała powyżej świata iluminacja satelitna, a wiele bytów ongiś ululanych przez Owocodajkę zerwało się z wyrek w tym czasie. Roomservice Nieprzyjaźnika ocipiał ze zdumienia, lecz Pierwszacy z Zewnątrzkrajów odebrali to udziwnienie pozytywnie (zwłaszcza Pięknoty mieli już dosyć ciągłego wpadania na drzewa i skały, na których boleśnie i nieodwracalnie oszpecali swe piękne noski, a na temat potykania się o korzenie stworzyć już zdążyli osobną teorię Mądralo_spiskową); w tym właśnie mgnieniu patrzałka, gdy Naturalny Satelit zwlókł się nad ciemnotami wschodu, Finfalin zażyczył sobie, by zatrąbić w srebrne fujary i zapoczątkował maraton (trzeźwości, ku zgryzocie młodszych przedstawicieli brzydszej połowy szczepu Pięknot, jak twierdziła jego połowa piękniejsza...) przełajem przez Centrogleb, a cienie tachanych przez niego za fraki ociężałych ("również", jak mawiali Pięknoty...) fizycznie Mądrali walały się przed nimi długaśne i smoliste.
Siedem razy Rogacz bujał się w te i we wte po nieboskłonie i wylądował na najbardziej zadupnym jego wschodnim pograniczu, gdy wreszcie wypieszczona została żaglówka Słonnicy. Kanar wzleciał w chwale i najpiersiejszy wschód Słonka jawił się jako krowiasta pożoga nad czubkami Palisadnicy; cirrostratusy Centroglebu rozjarzyły się i gruchnął szum kupy wodogrzmotów. Wtedy dopiero Nieprzyjaźnik zaczął ze strachu robić po gaciach i dał nogę w najgłębsze głębie Żelazistego Piekielnika, dając wolne swojemu roomservice`ovi na wierzchu i otulając cirrostratusami smolistych smrodliwych smogów swoją domenę, żeby ją schować przed iluminacją Gwiazdki Dziennej.
Podług prymitywniejszych zamysłów Gwiazdyni, obie świetlówki miały stale lewitować w przestworach i bujać się po Iluminomenie, lecz bynajmnie nie rączka w rączkę, nie koedukacyjnie.
Obie miały kursować z Mocniewa na wschód i nazad, takowoż wszakże, aby jedna robiła w tył zwrot na zachodnim zadupiu swej trasy w chwili, gdy druga startowała ze wschodu. Początkowo więc rachowano nowe doby kubek w kubek jak za starych dobrych czasów Obydwu Drzewek: od zmiksowania iluminacji, czyli od chwili, gdy Słonnica i Rogacz mieli mijankę w swoim kursowaniu nad Centroglebem. Lecz Rogacz okazał się chimeryczny, krok miał nierówny, nogi mu się plątały, chodził zygzaczkiem i nie umiał przejść po prostej linii, a gdy mu kazali dmuchnąć w balonik to się stawiał; ogólnie nie wykazał się znajomością przepisów drogowych i stwarzał zagrożenie dla innych pojazdów na drodze, ścigając się ciągle z żaglówką Słonnicy tylko po to by pomachać jej w lusterku i zagrać na nosie przez boczną szybę, mimo, że płomyk Kanara piekł go w tyłek, a wyspa Naturalnego Satelita z nadmiaru iluminacji ociemniała i za chiny nie można jej było dopasować czarnych okularów w odpowiednim rozmiarze.
Tak więc z powodu chimer Rogacza, a bardziej jeszcze z powodu napływających całymi tonami podań (z "załącznikami", o których z przymrużeniem oka i niejaką lubością gderały liczne Pięknotki...) Pragnika i Orzeźwiajki, którzy biadolili, że kimanie i relaks na Ziemi diabli wzięli i że nie widać za chiny nad nią gwiazdek, Gwiazdynia skorygowała zamysł tak, by sprezentować światu porę cienia i półciemnoty. Kanar więc relaksował się przez czas jakiś w Mocniewie na oziębłym - za przeproszeniem - łonie Zewnątrzmorza; toteż wieczorki, gdy słonko zwlekało swoje zwłoki z nieboskłonu na relaks, były w Rajniku porą najzajebistszej iluminacji i ogromnej radochy. Jednakowoż trwały coś przykrótko, bo roomservice Wodnika ściągał Słonko szybciutko na ziemię, by tamtędy cichaczem w pełnej konspiracji bujało się na wschód, gdzie od nowa wzlatywało na nieboskłon. Inaczej noc byłaby zbyt rozwlekła i niecne stworki rozlazły by się po ziemi jak karaluchy przy odblasku Naturalnego Satelita.
Od gorącego promieniowania Kanara Zewnątrzmórz zaczynał bulgotać, jarzyć się farbkowym odblaskiem, na dnie wyrastały radioaktywne grzybki, a maruderom ryb, które widać były niedowidzące, skoro nie pouciekały na drzewa na widok Słonnicy, zaczęły wyrastać płetwy na czołach, dzięki czemu nieczuli na cierpienia zwierząt Mocniarze mogli się głupio cieszyć iluminacją jeszcze przez jakiś czas po zniknięciu Słonnicy. Lecz w miarę, jak zwiększała dystans na podziemnym szlaku ku wschodowi, popromienny odblask morza cosik przygasał, pomroczność zapadała (na co zapadała, tego nawet najmędrsi Mądrale nie byli w stanie wyczaić, więc pocieszali się myślą, że dobrze, że przynajmniej nikt inny też nie skumał...) w Mocniewie, a Mocniarze wówczas najbardziej pluli sobie w brody (...rosnące równierz Mocniarkom, na czym Pięknotki opierały całe swe przeświadczenie o swojej nad nimi przewadze pod względem urody...) z powodu zejścia śmiertelnego Złotdumka. O świtaniu cienie Palisadnicy uwalały się ciężko na areały Błogolestwa.
Gwiazdynia poleciła Naturalnemu Satelitowi bujać się tak samo, przeciskać się pod ziemią z zachodu na wschód i gramolić się stamtąd dopiero po wycofaniu się z nieboskłonu Słonka. Rogacz jednakowoż nigdy nie trzeźwiał i krok miał wciąż niepewny a chwiejny, przy czym żadne sensowne argumenty do niego nie trafiały - po dziś dzień się pod tym względem nic w jego postępowaniu nie zmieniło - i nie mógł powstrzymać działającej na niego niesamowicie szmocy Słonnicy, co także nigdy się nie zmieniło i w najbliższym czasie się na to nie zanosi. Dlatego nie raz, nie dwa można ich oboje nakryć razem nad ziemią, a czasami Rogacz tak się ze Słonnicą bezwstydnie spoufala, że cień Naturalnego Satelita zasłania odblask Słonka i w pełni dnia, przy ludziach, absolutnie bez zażenowania, oburzająco bezwstydnie i kompletnie nieprzyzwoicie zapada ciemnota.
Poczęli więc Mocniarze rachować doby podług ruchliwości Kanara i tak już musi zostać do Metamorfozy Świata. Rogacz bowiem rzadko zabalowywał dłużej w Mocniewie, lecz nierzadko sprężał się i szlajał się żwawiej przez zachodni obszar, nad Bezsłonkowem, Jałoziemem czy Mocniewem, taplał się w głębi za Zewnątrzmorzem i sam jak ten palec przemieszczał się wśród jam (wytrącając z równowagi emocjonalnej jamochłony) i pieczar (budząc tym nieustanną irytację wśród lubujących święty spokój pieczarek) u korzeni Ardy (płosząc przy okazji wszystkie praworządne korniki i niepokojąc grzybnię maślaków). Tam nieraz biadolił i zasypiał na wyjście ponownie na nieboskłon.
Tak więc po Dłuuu...giej Nocce Mocniewo znowu było ślicznie ziluminowane i było błyskotliwsze niż Centrogleb, gdyż w Mocniewie Słonko przycięło sobie właśnie komara, a ponadto obydwie świetlówki nieboskłonu najbardziej się przysuwały do Ziemi ponad tym jej obszarem. Lecz Słonkowa czy Satelitna iluminacja do pięt, podeszw nawet nie dorasta dawnemu (jakże brzemiennemu w skutki wśród flory i fauny Centroglebu) promieniowaniu Obydwu Drzewek, zanim je Tkaczociemka struła na śmierć swoim truciem. To promieniowanie egzystuje teraz już tylko i wyłącznie w Błyskaczach.
Nieprzyjaźnik strasznie nie kochał nowych świetlówek i przez jakiś czas nie mógł wykombinować, co zmajstrować odnośnie tego niezapowiedzianego klapsa, jaki mu przyfasolili Mocniarze. Potem rzucił się z zębami na Rogacza, pchnąwszy przeciw niemu ciemniackie straszydła, i rozegrały się zapasy w Iluminomenie, poniżej promenad gwiazd, lecz Rogacz pozakładał straszydłom podwójne Nelsony i w try miga porozkładał je na łopatki wygrywając atrakcyjne trofeum. Nieprzyjaźnik czył przed Słonnicą wielki, zbudowany na strachu przed koszem respekt i nie miał niedorajda śmiałości się do niej przystawiać; ponieważ nie miał już niegdysiejszej szmocy; w miarę bowiem jak przybierała na wadze jego wywrotność, język mu się plątał i wygadywał takie głupoty, że aż uszy więdły od słuchania i tylko brzydkie stworki zbiegały się zewsząd by spijać mu z ust spływające z nich bzdety, chłonąc je razem z jego szmocą i rozrzedzając ją tym sposobem; coraz silniej też supłał się wokół ziemi i niemrawo wyściubiał nos z nieziluminowanych kazamat undergroundowej meliny. W strachu przed oczętami Słonnicy, od których gacie mu się trzęsły a mózg lasował, chował się ze swoim roomservicem po ciemku i biegał jak oszalały po swojej melinie wybijając sobie raz po raz zęby, zapewniając tym niezłe profity i jeszcze większą rozrywkę niejednemu dentyście-sadyście. Zawinął też całe sąsiedztwo swojej meliny czarczafem gęstych smogów i cirrostratusów.
Ze zgrozą Mocniarze jopili się na zapasy Nieprzyjaźnika i Rogacza i mędrkowali intensywnie, co majstruje przeciw nim Wróg w swym powalającym na glebę i rozbijającym o podłoże kopary cwaniactwie. Byli zbyt rozbestwieni by zaczynać znowu rozgrywkę w Centroglebie, ale nazwa gruzowisko Almarencji coś niecoś im mówiła i byli zdeterminowani nie pozwolić, aby analogiczny los nadział się na Mocniewo. Zabarykadowali się i okopali w swoim kraju, majstrując nielegalnie nadbudówkę murów Palisadnicy do wysokości od wschodu, północy i południa. Zewnętrzne stromizny tych pagórków były ociemniałe i wyślizgane tyłkami komorników, policji i gości z urzędu gminy próbujących się wdrapać na górę w celu ukrócenia tej samowolki budowlanej, bez szparek ani uchwytów wspinaczkowych likwidowanych regularnie i z uporem maniaka z powodu szaleńców uprawiających wspinaczkę dla sportu; twarde jak szkło z zastawy babci Józi zbocza urywały się przepaściście (...o Eru, kto wymyślił takie głupie określenie?...), a wznosiły się jak stereo udekorowane bielą lodów Pingwin na patyku. Zadekretowano goryli nie śpiących (podobno, tylko jak?...ISOSTAR?! A może wystarczyło karaoke organizowane w najbliższym domostwie Pięknot?) dniem i nocą na górskiej grani i zablokowano wszelkie przełęcze tak, że owce z głodu wyzdychały, a bacowie i juhasi poszli na zasiłek z wyjątkiem tych pasących na Siodle Jasnowatości, które Mocniarze nie wiedzieć za jaką wziątkę pozostawili na rynku producentów oscypka i wełnianych serdaków specjalnie dla kochaniutkich Wędrowniczków, gdyż na trawiastym wzgórku w Posiasnym Wieżostrażu Finfinfin nieustannie gospodarował szczyptą Mądralów obozujących w głębokim jarze wśród wzgórków. Wszyściuteńcy bowiem bez wyjątku Pierwszacy, nawet Pięknoty i dyktator ich, Ingweniusz, potrzebowali od czasu do czasu poinchalować się tlenem zewnętrznego świata i bryzą jodonośną (...teraz już niestetyż radioaktywną, ale czego oczy nie widzą, tego sercu...yyy...płucom nie żal...do czasu przynajmniej...) od oceanu, zalatującymi do nich z ich ojczyzny. Przy tym Mocniarze nie mieli kaprysu robić apartheidu między Telemaruderami i resztą tałatajstwa. Posklejali jednakowoż na Sodle Jasnowatości potężne sterea, uziemili w nich nieporachowanych bramkarzy, a przy wylocie otwartym na płaskowyż Świetlikowa od ciągłego sterczenia zapuszczał korzenie uzbrojony po zęby wystające z gęby hufiec. Tak więc wszystko co się rusza i ucieka (albo i nie, wieloryb chyba raczej na pewno nie...) na drzewo fruwacz, stworek, Pierwszak ani Wtórniak nie mogło za chiny ruskie z Centroglebu przemycić się do Mocniewa przez tą pilnowaną obwódkę.
W tej też periodzie czasowej zwanej w przyśpiewkach "Nurtale Valinorewa, czyli Schowanko Mocniewa", zostały wykreowane Zaspy, a ocean dookoła nich napełnił się cieniami i powalającym seksapilem. Zaspy te tachały się z północy na południe, tarasując niby web trasę wiodącą regatowców przez Cieniomórz w kierunku Samowyspu. Prawie żadna żaglówka nie była w stanie za chiny ruskie się tamtędy prześlizgnąć, bo w nasrożonych przewężeniach bałwany tłukły non stop o skały zawinięte w smog.
We władającej tu półciemnocie nieswój marazm ogarniał regatowców i zrywała się w nich z wyrka awersja do wszystkiego co mokre (a więc to dlatego Pięknotom tak co jakiś czas więdły nosy! Po prostu jakiś brudny regatowiec był gdzieś w promieniu 100 km.!). Kto mimo to nadepnął na jakąś Zaspę, awansował na aresztanta i przycinał komara, aby nie zerwać się z wyrka aż do Przepoczwarzenia Świata. Sprawdziła się wróżba, którą w Jałoziemie wygłosił Duchacz: acces code do Błogolestwa został Mądralom skonfiskowany, a wielu z kurierów, którzy później kombinowali z regatami na w kierunku zachodnim, żaden nigdy przenigdy nie dowiosłował do Mocniewa. Żaden poza jednym jedynym, o którym śpiewa się po dziś dzień w każdym szanującym się karaoke barze.
To tyle, możesz już zamknąć to okno...
|
|
 |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Książka Skarg i Wniosków   |
|
|
|
Ta witrynka nie wysyla cookies. Jeżeli lubisz je kolekcjonować, kliknij prawym klawiszem na poniższe ciasteczka i zapisz je sobie gdzieś na dysku.
|
|
Podoba Ci się na mojej stronce? Klikaj śmiało!
|
|