Witaj na mojej stronce!

 

Adiemus proudli pezents:

Sen Kapitana
czyli misatoistyczna opowiastka z Ithilien

Zgubiła ją nieznajomość orkowych zwyczajów.
Kiedy obudziła się w stercie zeszłorocznych liści, w które zagrzebała się dla ochrony przed chłodem nocy, z polanki dobiegały ochrypłe głosy. Orkowie palili ognisko, na którym piekli jakieś upolowane stworzenie. Gdyby po cichu wstała i ostrożnie oddaliła między drzewa, być może udałoby się uciec. Było jeszcze dość ciemno, na wschodzie pierwsze brzaski zapowiadały budzenie się nadchodzącego dnia. Ale strach zagłuszył głos rozsądku i tylko wkopała się głębiej w liście.
Orkowie grupowo załatwiali potrzeby fizjologiczne. Uważali bowiem, że skrywać się z tymi czynnościami zwykły tylko osobniki dwulicowe i donosiciele.
Tak było i tym razem. Dziewczyna skamieniała w liściach, bojąc się oddychać, kiedy grupa zaczęła stękać i szwargotać w Czarnej Mowie dookoła zgromadzonej między trzema krzaczkami sterty zeschłych liści. Ale kiedy na plecy i szyję polała się strużka gorącej cieczy, nie wytrzymała.
Zerwała się z krzykiem i na oślep pognała przed siebie. Już po kilku krokach dopadli ją. Jeden z nich chwycił za ramię i szarpnął, drugi uderzył pięścią w bok głowy. Oszołomioną zawlekli na polankę.
Postawili dziewczynę pod drzewem i przywiązali za ręce i nogi do pnia. Najwyższy z orków, niewątpliwie dowódca grupy, stał chwilę przed nią. Potem szarpnięciem rozerwał suknię, odsłaniając idealne piersi.
- A to nam się fajna dupka trafić - odezwał się łamaną Wspólną Mową. - Uruki zgłodniałe, dawno nie robić fiki-fik z ludzka samiczka, taka żywa i młoda jak ty. No, pofiglujemy. Ale najpierw zjeść, bo mięso przypalić się niedługo.
Uszczypnął ją boleśnie plugawą łapą, po czym warknął coś do kamratów w swojej mowie. Zarechotali obleśnie, obsiedli upieczone stworzenie. Długimi, krzywymi nożami ucinali kawały mięsa, pakowali do gęb i gryźli żółtawymi, krzywymi zębami. Od czasu do czasu rzucali w nią kawałkami tłuszczu, rechotem kwitując trafienie w odsłonięty dekolt. Czuła, jak tłuszcz spływa jej pomiędzy piersiami i po brzuchu.
Było ich ośmiu. Trzech, wyraźnie większych od pozostałych, uzbrojonych było w krzywe szable. Reszta miała łuki i długie noże. Na hełmach nosili godło w kształcie krzywego, sinego księżyca.
Do fiki-fik jednak nie doszło. Już kończyli ogryzać resztki mięsa, rzucając w nią dla odmiany główkami kości, kiedy zza drzew z bojowym okrzykiem wypadł wysoki rycerz. Zawyło powietrze rozcinane długą klingą. Trzech orków zginęło, zanim zdążyli zorientować się, co zaszło. Czwarty zerwał się i chwycił rękojeść szabli, ale ostrze miecza odrąbało mu rękę. Rycerz uderzył go tarczą i obalił w ognisko. Czterej pozostali, ci niżsi, chwycili za noże, jednak nie mieli żadnych szans.
Po krótkiej chwili było po walce.
Rycerz dobił bezrękiego orka tarzającego się z krzykiem w resztkach ogniska. Potem zdjął skrzydlaty hełm, pozwalając długim włosom rozwinąć się w puklach na ramiona. Otarł spocone czoło. Twarz miał piękną, dumną i władczą.
Stanął przed dziewczyną. Przez chwilę przyglądał jej się z uwagą.
- Co robisz sama na tym pustkowiu, gdzie tylko orki grasują? -zapytał rozcinając krępujące ją sznury. Wstydliwie zakryła piersi rozerwaną suknią. Opuściła głowę.
- Nie umiesz mówić?
- Umiem, ale mi wstyd... Dzięki ci, szlachetny panie, za ocalenie z rąk tych... tych...
- Orków - uzupełnił. - Niewątpliwie zwiad z Minas Morgul. Skąd jesteś?
- Uciekłam z domu - zdecydowała się wyznać mu prawdę. - Ojczym chciał wydać mnie za Grubego Młynarza. Ale on jest obleśny, a mówiono, że bijał swoją poprzednią żonę... Matuś umarła, nie mam już nikogo bliskiego na świecie. Szłam do Minas Tirith...
- Ale to po drugiej stronie rzeki - zdziwił się.
- Zabrałam ojczymowi łódź. Przepłynęłam na drugą stronę i szłam, żeby znaleźć most w Osgiliath. Wiedziałam, że tutaj nie będzie mnie szukał...
- Osgiliath minęłaś już dawno. Jesteśmy w Północnym Ithilien. Nie zauważyłaś dróg?
- Zabłądziłam we mgle... - w jej oczach pokazały się łzy, kiedy zrozumiała. - Czy pokażesz mi drogę, szlachetny panie?
Rozważał coś przez chwilę, patrząc na nią uważnie.
- Nie mogę odwieźć cię do Gondoru - powiedział. - Śpieszę do oddziału z rozkazami. Ale zabiorę cię w bezpieczne miejsce, gdzie spędzisz jakiś czas. Do Minas Tirith pojedziesz pod opieką, kiedy nastąpi zmiana oddziałów. Nie zostawimy cię samej w tych lasach. Chodź za mną.
- Dzięki ci, szlachetny rycerzu - powiedziała do jego pleców, bo właśnie odwracał się ruszając w stronę, z której przybył. - Racz poczekać chwilę, zabiorę swoje rzeczy!
Przystanął i patrzył za nią, kiedy biegła do sterty liści, w której spędziła noc. Wydobyła z niej niewielki tobołek, po czym podbiegła do niego. Jej idealne piersi kołysały się w rozdarciu sukni.
Na ten widok rycerza przebiegł dreszcz. Odwrócił głowę.
- Pośpiesz się - powiedział nieco ochryple. - Orków może być tu więcej. Kilkaset kroków dalej, ukryty pomiędzy drzewami czekał bojowy, kary ogier. Powitał rycerza kiwaniem dostojnego łba i grzebaniem prawym kopytem. Nie zarżał.
- Masz jakieś odzienie na zmianę? - zapytał rycerz. Przecząco pokręciła głową, po czym zaczerwieniła się i dłonią zebrała rozdartą suknię. Mężczyzna otworzył juki i wydobył brunatnozielony płaszcz z kapturem. - Załóż więc na razie to. Na miejscu pomyślimy o czymś lepszym. A teraz w drogę, czas ucieka.
Dosiadł konia, po czym wyciągnął do niej rękę pomagając wspiąć się na grzbiet zwierzęcia. Objęła go mocno, przytulając się do barczystych, odzianych w skórzany pancerz pleców. Po raz pierwszy od wielu dni poczuła się bezpiecznie.
Poczuła też jego zapach, jakże inny od zapachu mężczyzn, których widywała dotychczas. Nie pachniał mąką, sianem ani owcami. Pachniał tak... podniecająco. Ruch konia też działał podniecająco. Zanim przejechali stajanie, poczuła, że jest wilgotna. Objęła go mocniej.
Wydawał się nie zwracać na to uwagi.

]

Jechali kilka godzin starą, zarośniętą drogą, zanim zatrzymał wierzchowca.
Nie czuła się już tak dobrze, jak na początku - pośladki i przyległości dawały się we znaki... Starała się nie okazać mu tego, ale zauważył.
- Nie jesteś przyzwyczajona do konnej jazdy - powiedział cicho, patrząc jak sztywno stawia nogi. Zarumieniła się znowu. - Nic się nie martw, jesteśmy już prawie na miejscu. Odpoczniemy trochę, potem pójdziemy już pieszo.
Rozłożył swój płaszcz na kępie trawy, gestem zaprosił, by usiadła. Z juków wydobył manierkę i podał dziewczynie.
- Jestem Boromir, syn Denethora - powiedział. - Kapitan wojsk Białej Wieży. A tobie jak na imię?
Zerwała się z płaszcza, zarumieniła ponownie i wykonała niezgrabny dyg. Nogi wciąż miała zdrętwiałe.
- Bigosiriel, szlachetny Boromirze. Córka Kapistrana z Pelargilu i Persil.
- Idziesz aż z Pelargilu? - zdumiał się.
- Nie, szlachetny panie. Kiedy zmarł mój ojciec, matkę pojął za żonę Baruch, hodowca owiec, przenieśliśmy się na północ, do Lebindonu...
- Ach, pamiętam, niewielka osada naprzeciw Emyl Arnen. Rybacy i pasterze - mruknął.
- Tak, panie. Rok temu matuś zmarła, pracowała zbyt ciężko. A Baruch postanowił wydać mnie za mąż...
- Ładny kawałek świata przeszłaś, uciekając - uśmiechnął się. - Masz dużo szczęścia, że orkowie nie wytropili cię wcześniej. Często patrolują okolice Rozstajnych Dróg.
- Mam szczęście, szlachetny panie, że pojawiłeś się, kiedy... kiedy mnie znaleźli... - znów rumieniec pojawił się na jej policzkach. - Do zgonu będę ci wdzięczna...
- Nie trzeba. To obowiązek rycerza, usłużyć kobiecie w potrzebie. Ale usiądź wreszcie i napij się. Potrzebujesz zebrać siły, przed nami godzina marszu do Henneth Anum. Jakiś czas będzie twoim domem. I nie musisz używać ciągle tego szlachetnego pana. Wystarczy krótko: kapitan. Tak zwracają się do mnie żołnierze.
- Tak, kapitanie - uśmiechnęła się. Patrzył na ten uśmiech. Z każdą chwilą podobała mu się coraz bardziej.
- Powiedz mi, kiedy będziesz gotowa iść - odchrząknął. Speszyły go własne myśli.
- Jestem gotowa, kapitanie Boromirze.
Szedł przodem, milcząc prowadził konia. Dreptała za nim, wciąż nie wierząc we własne szczęście. Spotkała syna Namiestnika Gondoru! A on, nie dość, że ocalił ją z plugawych łap orków, to jeszcze zabrał ze sobą. Z każdym krokiem czuła, jak rośnie w niej miłość do niego.
Czarny wierzchowiec przystanął na chwilę i zrobił kupę.

]

Szli w milczeniu, wciąż między drzewami pod górę, aż usłyszeli szmer strumienia. Boromir zatrzymał się i zagwizdał melodyjnie. Spomiędzy drzew odpowiedział mu podobny gwizd. Po chwili pojawiło się przed nimi trzech łuczników w brunatnozielonych płaszczach. Powitali Boromira ukłonem.
- Witaj, kapitanie - powiedział z szacunkiem jeden z nich. - Wszystko w porządku, żadnych obcych patroli w okolicy. Melegnor odprowadzi konia i przyniesie twe rzeczy. A kim jest ta niewiasta?
- Dziewczyna z Lossarnach. Sierota. Wpadła w łapy patrolu orków - powiedział krótko Boromir. - Zostanie z nami aż do wymiany kompanii, potem odprowadzimy ją do Minas Tirith.
- Tak jest, Kapitanie. Opaska...?
- Tak. Posłuchaj, Bigosiriel. Zasłonimy ci teraz oczy i przeprowadzimy na miejsce. To dla bezpieczeństwa naszej kryjówki. Nikt niepowołany nie może znać drogi. Rozumiesz?
- Tak, panie. Jestem gotowa.
Szła niepewnie, ale cieszyła się, że Boromir osobiście ją prowadzi. W trudniejszych miejscach obejmował ją, podtrzymywał, kiedy się potykała, kilkakrotnie wziął nawet na ręce. Od jego dotyku robiło jej się gorąco.
Po pewnym czasie znaleźli się przed wejściem do jaskini. Poznała to po zapachu i uczuciu chłodu na rękach. Boromir zdjął jej opaskę z oczu.
- Witaj w Henneth Anum.
- Jak tu pięknie! - zdumiała się patrząc na spadający po skałach wodospad. - Wejdźmy do środka.
Zbliżał się wieczór. Zjedli wieczerzę, podczas której Boromir opowiadał jej o zwyczajach panujących w kryjówce Zielonej Kompanii. Co chwila dolewał jej i sobie wina ze skórzanego bukłaka. Wino było znakomite i szło do głowy.
- Jesteś jedyną kobietą w Henneth Anum. Pierwszą, jaka tu kiedykolwiek się znalazła... - odchrząknął w pewnym momencie, wyraźnie zmieszany. - Nie wypada, żebyś spała między żołnierzami... Poleciłem, żeby przygotowano ci posłanie w kapitańskiej komnatce... Będziesz dziś dzielić ją ze mną, jutro zastanowimy się, gdzie można będzie zrobić twoją sypialnię.
- Jak rozkażesz, kapitanie, mój kapitanie - uśmiechnęła się. Chciała dodać coś jeszcze, ale pomyślała, że nie wypada, więc tylko dziewiczy rumieniec okrył znów jej policzki.
Boromir przyglądał się jej przez moment.
- Tak... zatem więc udajmy się na spoczynek.
- Tak, kapitanie...
Jeden z żołnierzy zaprowadził ją do komnatki na końcu korytarza. Wejście zasłonięte było skórą wielkiego niedźwiedzia. Na środku stał stolik, na nim miednica wypełniona ciepłą wodą. Pod jedną ze ścian drewniana prycza. Pod drugą posłanie, które gestem pokazał jej żołnierz. Umocował kaganek w specjalnym uchwycie. Podał też czysty ręcznik i wyszedł. Umyła się szybko.
Posłanie przygotowano jej wygodne, na siennik rzucono kilka mięciutkich skór zwierzęcych. Leżała na wznak, oddychając cicho. Czekała na chwilę, kiedy wejdzie do komnatki - i bała się tej chwili.
Wszedł. Zdmuchnął kaganek. Usłyszała, jak zdejmuje z siebie elementy skórzanej zbroi. Potem położył się do łóżka. Tak jak ona leżał nieruchomo i oddychał cicho. Modliła się do Eru, żeby do niej przyszedł...
- Boromirze... - szepnęła cicho.
- Nie śpisz? - zapytał szeptem.
- Nie mogę...
Usłyszała, jak powoli wstaje z łóżka. Podszedł do jej posłania. Posunęła się, robiąc mu miejsce obok siebie. Wsunął się pod przykrywającą ją niedźwiedzią skórę.
- Cudownie pachną twoje włosy... - powiedział niepewnie.
Wpiła się ustami w jego usta.
Jego dłonie szybko znalazły drogę do jej idealnych piersi. Ledwo zaczął je pieścić, poczuła, że jest gotowa. Oddała mu się. Raz, drugi, trzeci...
Boromir był nienasycony. Tej nocy trzydzieści i siedem razy wyrwał z niej jęk rozkoszy.

Zasnęli prawie nad ranem, nasyceni sobą i zmęczeni. Nie słyszeli, jak Melegnor wszedł ze śniadaniem, ale widząc ich wycofał się cicho.

Bigosiriel obudziła się pierwsza. W komnatce było już jasno. Popatrzyła na leżącego obok nagiego Boromira. Spał z wyrazem dziwnego skupienia na twarzy.
- Mój cudowny mężczyzno - uśmiechnęła się do niego i delikatnie pocałowała go w usta.
Gwałtownie usiadł na łóżku.
- Miałem sen! - oświadczył patrząc przed siebie nieruchomo. - Jakiś nieziemski głos kazał mi udać się w daleką drogę w poszukiwaniu złamanego miecza! To znak, na który od dawna czekaliśmy!
Zerwał się z posłania i gorączkowo zaczął ubierać.
- A ja? - zapytała czując, jak zbiera się jej na płacz.
- Zostaniesz tutaj do zmiany kompanii, tak jak ci mówiłem. Możesz gotować, możesz prać... coś tam do roboty zawsze się znajdzie. Ja muszę jechać, Ojczyzna wzywa!

Nie mylicie się, to już jest

koniec






Powrót

Strona Główna      
Z Ostatniej Chwili      
Kącik Poezji      
Teatrzyk      
Opowiadania      
Galera      
Sklepik      
Forum Romanum      
Goście Adiemusa      
Linki      
Rozbrykany Balrog      
Lista mailingowa      






Książka Skarg i Wniosków      



Ta witrynka nie wysyla
cookies. Jeżeli lubisz je
kolekcjonować, kliknij
prawym klawiszem na
poniższe ciasteczka
i zapisz je sobie
gdzieś na dysku.

bardzo lekkostrawne, tylko 8kB

Podoba Ci się
na mojej stronce?
Klikaj śmiało!
TOLKIEN toplista