Witaj na mojej stronce!

Haletha:

Mrok nad Mocniewem

Gdy Starokról zwiedział się, jaką ścieżkę obskubał Mocnowstawacz, wyszarpnął wnioskowanie, że Nieprzyjaźnik truchta do swojego byłego grodu na północy; zaraz więc Graróg z Silnikiem dali po gazie na północ, zamierzając, nawet na trzeciego, wyprzedzić pryskającego, nie wykombinowali jednakowoż ani śladów jego opon, ani plam oleju poza wybrzeżem Telemaruderów, na zadupiach wlokących się aż po kant Lodziarni. Odtąd pomnożono przez dwa czatowanie na północnych granicach Rajnika, jednakowoż na darmo, gdyż Mocnowstawacz, zanim jeszcze poleciał za nim szczeciński klub piłkarski, zrobił w tył zwrot i chyłkiem (swoją drogą, gdzie Mocnowstawacz ma ten chyłek?...) przemknął hen hen na południe. >Wówczas bowiem umiał jeszcze, kropka w kropkę jak inni Mocniarze, robić przebieranki i strugać kogo innego lub zrzucać z siebie wypatrzałkowalne szmatki; zaraz potem miał tę zdolność przepomnieć już na wieki wieków, amen.
Tak więc niewypatrzałkowalny przylazł w końcu do ciemniaczego kraju Bezsłonkowa. Ten cienki pas gleby słał się na południe od Zakola Pierwszorzędnego Domu u wschodnich podgiczy gór Palisadnicy; długaśne ponurackie wybrzeże ciągnęło się hen hen ku południowi, zamroczone i nieskontrolowane zdrowotnie. Tam między roznegliżowanymi ścianami gór a schłodzonym, ciemniaczym morzem cienie były przepastniejsze i bardziej zgęstniałe niźli atmosfera na angielskim dworze królewskim i tam zagadkowy, nie skumany przez innych lokatorów Siedliszcza Erudziatek byt, Zaplataczka Ciemnoty, miał swoją kawalerkę. Wędrowniczkowie nie jarzyli, skąd się toto wytrzasło, lecz niektórzy paplali, że zlazła z ciemnot odkładających się nad Siediszczem Erudziatek, przed setkolatkami, kiedy Mocnowstawacz najpiersiejszy raz gapnął się z zazdrością na monarchię Starokróla, i że najsampierw wchodziła w skład istot, które Mocnowstawacz udupił i zatargał do swojego roomsevice`u. Zaplataczka Ciemnoty wypięła się jednakowoż i na tego szefa, zachciankując sobie być anarchistyczną szefową osobistych chuci i szamać wszyściuteńko, cokolwiek wytrzaśnie, żeby napchać swoją próżnię. Dała więc przez zieloną granicę dyla na południe, pryskając przed Mocniarzami i snajperami Graroga, gdyż oni i inni strażnicy graniczni jak zwykle pilnowali przejść granicznych na północy, a północne (może z braku chętnych do dawania w łapę?...) bardzo długaśnie olewali. Stąd Zaplataczka Ciemnoty podczołgała się ku Iluminacjom Błogolestwa, gdyż niecierpiąc iluminacji, zarazem pożądała go pazernie.
Zrobiła sobie melinę w jarze, ubrała kształt obleśnego stawonoga i oplątała czarną szmatą pomroczności wyszukaną szparkę w kamulcu. Tak siorbała każdy promyczek iluminacji, jaki mogła ucapić, aby go zapleść w tę szmatę dusiołkowej ciemnoty, aż wreszcie ani krztyna iluminacji nie umiała się wkręcić do jej schowanka - i Zaplataczka Ciemnoty przeszła na dietę... bezkaloryczną. Tero do Bezsłonkowa przyszlajał się Mocnowstawacz i nadział się na stawonoga; przyoblekł znowu taki kształt, w jakim objawiał się królując w Utrumnie: czarnego, krowiastego i okropniastego Szefa. I takim już został na wieki wieków, amen. Wśród czarnych cieni, których nie dosięgął patrzałkami nawet Starokról ze swego najniebotyczniejszego siedziska, Mocnowstawacz łapka w łapkę z Zaplataczką Ciemnoty majstrował projekty rewanżu. Ale stawonoga, gdy jej objaśnił swój cel, gibała się zrazu, bo pazerność naparzała się w niej z okropniastą cykorią; bojała się groźności Rajnika i wielgachności jego zgrozowatych szefów, nie chciała wyściubiać nosa ze swojego schowanka. Mocnowstawacz więc palnął: - Jeśli zrobisz co paplam i po dokazaniu moich dyspozycji będzie ci jeszcze mało, sprezentuję ci wszysciuteńko, czego w swej pazerności ci się zachce. Tak, będę ci serwował prezenciki obu łapkami!
Ale on, - jak to on - szafował rozrzutnie obiecankami i brechtał się w skrytości serducha. Tak oto ogromniasty kryminalista zawiesił lep na mniejszego kryminalistę - wielgachnego stawonoga... Nim wystartowali w trasę, Zaplataczka Ciemnoty opatuliła jedno i drugie pelerynką ciemnoty, Beziluminacją, w której każda jedna rzecz wyparowuje jak kamfora i której żadna patrzałka nie prześwidruje, gdyż jest ona pustotą. Potem zaczęła opieszale pleść swoje weby, link po linku, od jednej szparki do drugiej, od występu kamulkowego do kamulcowej iglicy, a wciąż podczołgiwała się dalej i wyżej, ślimacząc się i czepiając linka, aż w końcu zapełzła na sam czubek Południopatrzyka, wywyższąjącego się nad całą okoliczną strefą, odepchniętego hen hen na południe od wielgachnego Wybiałoszczytu. Mocniarze nie pilnowali dość pilnie tego kawałka Rajnika, gdyż na zachód od łańcuszka Palisadnicy targały się w półciemnocie zadupia, od wschodu zaś góry odkręcone były ku mgławicznym wertepom morza - jeśli olać padłe ofiarą zbiorowej sklerozy Bezsłonkowo.
A więc ponuracka Zaplataczka Ciemnoty zrobiła sobie przystanek na czubku i kopyrtnęła z niego drabinkę splecioną z czarnej przędzy, aby Mocnowstawacz zdzierżył się wdrapać na tę wyniosłą miejscówkę i stercząc obok swej kamratki przytulić wzrokiem Chołubioną Włość. U gicz góry targały się zagajniki Graroga, a na zachodzie błyskały pastwiska i pola Owocodajki porośnięte zbożem rozmaitem, wyzłacane pszenicą, posrebrzane żytem... Jednakowoż Mocnowstawacz gapił się na północ, gdzie w odległości świeciła się płaszczyzna i gdzie w zamiąchanej iluminacji Telepka i Złotdumka świeciły się srebrnikowe kopuły Świetlikowa. Mocnowstawacz zaczął się przeraźliwie brechtać i zbiegł w podskokach zachodnią pochylnią w dół, a Zaplataczka Ciemnoty zasuwała obok niego i jej ciemnoty zasłaniały obydwoje. Mocnowstawacz kumał doskonale, że w Rajniku tegoż dzionka rozkręca się impreza. Wprawdzie pory roku i aura są takie jak się Mocniarzom spodoba, a w Mocniewie zimy ani zgonu nie uświadczysz, lecz w tak zwanym międzyczasie Mocniarze byli zameldowani we Włości Siedliszcza, a to jest tylko tyci kawalątek areałów Wszechmatei i jej egzystencją jest Czas ciurkający non stop jak woda z dziurawej uszczelki, od najpiersiejszego rzępolnięcia aż po najostatniejsze brzdękniecie Ojczulka - Jedynaka. Mocniarze - jak papla Ainulindale. Święcone Karaoke - lubili zgrywać Erudziatki i kropka w kropkę jak one szamać, popijać i kolekcjonować zieleninę Owocodajki z Gleby, którą samiuteńcy zgodnie z instrukcją obsługi Ojczulka ulepili.
Takoż więc Owocodajka wymędrkowała pory kwiatkowania i owocnikowania dla zieleniny w Mocniewie, a kiedy kolekcjonowano najpiersiejsze zbiory z każdej z nich, Starokról majstrował wielgachne dożynki na cześć Ojczulka i wszyscy obywatele Mocniewa stłumieni na Wybiałoszczycie wywnętrzali swoją radochę w rzępoleniu i wyciu. Teraz właśnie nadlazł takowy dzionek i Starokról wymędrkował, że ma się dziać impreza jeszcze bardziej czadowa niż wszyściuteńkie poprzednie od doby przyszlajania się Wędrowniczków do Rajnika.
Co prawda pryśnięcie Mocnowstawacza wieszczyło ciężkie znoje i nikt nie umiał wyniuchać, jakie skaleczenia zada Nieprzyjaźnik Siedliszczu Erudziatek, zanim znów dostanie wciry. Starokrólowi zachciało się jednakowoż wydłubać nasionka niedobrości powysiewane wśród Mądrali; skrzyknął więc wszyściuteńkich do swej chałupy na Wybiałoszczycie i zawołał, by wyrzucili w diabły szoki zanieczyszczające zgodę między księciuniami i okryli zbiorową sklerozą bzdety Mocnowstawacza. Przyszlajali się więc Pięknoty, przyleźli Mądrale z Posiasnego Wieżostrażu, zebrali się w kupie też Małomocniarze, a Mocniarze dali performance w całkowitej swojej pięknocie i wielgachności. Odstawiano dzikie wycia przed Starokrólem i Gwiazdynią w ich dworku na czubku, gibano się na zielonych zboczach Wybiałoszczytu, odkręconych na zachód, ku Drzewkom. Jezdnie Świetlikowa wyelfiły się w wyżej napomkniętych dobach i cichosza szarogęsiła się na stopniach Posiasnego Wieżostrażu, państwo całe przycięło komara w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Tylko Telemnaruderzy za górami wyli jak zwykle na nadmorskim piachu, gdyż to plemię miało w... nosie pory roku i nie zawracało sobie... gitary zmartwieniami monarchów Siedliszcza Erudziatek ani cieniem, który rymsnął na Mocniewo, lecz nie tknął jeszcze wówczas wybrzeża. Nie wszystko jednakowoż polazło po mędrkowaniu Starokróla. Ognioduch, jeden jedyny, któremu kazano przyleźć na imprezkę, objawił się, ale nie przylazł Finosz ani żaden z reszty Mądrali zaległych w Obronnym Północniku. Finosz bowiem wypalił co następuje:
- Dopóki na moim synalku, Ognioduchu, uwala się werdykt banana i ma szlaban na włażenie do Posiasnego Wieżostrażu, ja mam wrażenie, że mi podpierniczono monarchię i nie chce mi się randkować z moim ludem.
Ognioduch nie wrzucił na siebie imprezowych ciuszków, nie obwiesił się srebrem, złotem ani innymi błyskotkami; dał kosza Mocniarzom i Wędrowniczkom pod względem radochy gapienia się na Błyskacze, które porzucił zakluczone w żelaźniakowym pokoiku kasy w Obronnym Północniku. Jednakowoż zarandkował od frontu siedziska Starokróla z Finfalinem i księciuniowie podali sobie łapki na zgodę, w każdym razie ustnie, Finfalin wykorektorował wspomnienia o tamtej chwili, kiedy to Ognioduch postraszył go roznegliżowaną białą bronią. Wyciągnął do niego łapkę papląc:
- Dokazuję, co obiecankowałem. Już mi przeszło i okrywam sklerozą szoki. Ognioduch w milczeniu zgniótł mu prawicę, ale Finfalin dopaplał: - Jesteś moim 50% brachem, lecz serduchu ubzdurało się, żeś jest 100% brach. Ty będziesz kebelkował, a ja poszlajam się za Tobą. Oby nas nigdy przenigdy więcej nie odseparowała żadna pyskówka.
- Akceptuję twoją obiecankę - odpalił Ognioduch. - Niech się stanie, jak palnąłeś. Lecz obydwa nie kumali, jakiej wartości merytorycznej nagrabią ich wyrazy w przyszłości.
Podobnież w tej chwili, gdy Ognioduch i Finfalin sterczeli przed siedziskiem Starokróla, iluminacje Obydwu Drzewek zmiksowały się ze sobą, a złoty i srebrny błyszczyk oświetlił trzymającą buzię na kłódkę aglomerację Mocniewa. Lecz o tych samych 60 minutach Mocnowstawacz i Zaplataczka Ciemnoty objawili się nad zagonami Mocniewa jak cień czarnego cirrostratusa posuwającego nad ubzdryngoloną słonkiem glebą i przystopowali przed zielonym wzgórkiem Zielowzgórzem. Ciemnota Zaplataczki Ciemnoty wdrapała się aż do korzonków Drzewek, a Mocnowstawacz, kicnąwszy na wzgórek, przedziergał czarną dzidą pniaki aż do rdzenia, poharatał je tak głęboko, że zaczęły broczyć żywicą, która rozchlapała się po glebie. Stawonóg zsiorbał ją, a potem przełażąc od Drzewka do Drzewka przykładał czarną paszczękę do skaleczeń, siorbiąc długożytne soczki i w rewanżu robić dodrewnową transfuzję ze swojego morderczego jadu, rozwalając korzonki, badyle i listowie. Drzewka szlag trafił, lecz Zaplataczka Ciemnoty, wciąż jeszcze nienażarta, wychlała aż do denka Wodopoje Gwiazdyni, a chlejąc zwracała z siebie czarne smogi i baloniała, przyoblekając kontury tak krowiaste i obleśne, że nawet Mocnowstawacz spękał.

Takoż więc ciemnoty opatuliły Mocniewo. O tymże happeningu dużo paple Ale Dydolenie. Mazgajenie po przepadku Obydwu Drzewek, które poskładał Klejnotniak z plemienia Pięknot i które kumają wszyściuteńcy Wędrowniczkowie. Lecz żadna śpiewka ani paplanina nie wydoli wyartykułować boleści i cykorii, jakie wtedy zaszarogęsiły się w Błogolestwie. Iluminacji poszły korki, a ciemnoty, które były później, nie były tylko beziluminacją. W tych 60 minutach zmajstrowane zostały Ciemnoty, które sprawiały wrażenie czegoś ponad przepadek Iluminacji, jakiegoś samorodnego stworka; i wywrotnie wyściubione z Iluminacji dzierżyły tę Szmoc, że robiły włam przez patrzałki do serduch i móżdżków, dusiołkując nawet chcenie.
Z wyżu Wybiałoszczytu Gwiazdynia gapiła się, jak Cień nawarstwia się ni z gruszki ni z pietruszki w słupy pomroczności. Nocka ubzdryngoliła Świetlikowo czarnym morzem. Za moment już tylko i wyłącznie Święconkowy Pagór wydźwigał się niczym najostatniejsza wysepka nad utopionym światem. Przymknęły się wycia. Cisza wyciągnęła się nad Mocniewem i nie zakłócało jej żadne brzdęknięcie, tylko z dystansu przez szparkę w górskim łańcuszku zefirek targał mazgajenia Telemaruderów, niby chłodnicze darcie się mew. W tych bowiem 60 minutach od Wschodu urwał się mrożonkowy wicherek, a wielgachne cienie znad odmętów turlały się do brzegu i waliły o mury portu.
Pogapił się też z niebosiężnego siedziska Starokról: on sam jeden miał patrzałki uzdolnione przedziurawiać pomroczność nocki, wygapił więc za nią cirrostratusa Ciemnoty, której nawet jego gapienie nie umiało przenicować, krowiastą, lecz zdystansowaną i zapierniczającą chybcikiem ku północy. Skumał, że to Mocnowstawacz zrobił sobie wycieczkę krajoznawczą do Rajnika i teraz znowu pryska.
Wystartował szczeciński klub piłkarski; gleba dygotała od łomotania koniowatych jednostek Graroga, a iskry rozniecane kopyściami Iii-hara były najpiersiejszą iluminacją, jaka migotnęła w Mocniewie po zejściu śmiertelnym Drzewek. Lecz kowbojom Mocniarzy zbliżającym się do cirrostratusa Zaplataczki Ciemnoty padło na oczy, skołowani rozłazili się jak karaluchy, zbici z pantałyku, tak że nie zgapiali, - tam czy siam – w którą stronę się obkręcić. Mocniaróga, roga Graroga, zatkało, a Silnik stanął jakby mu kto dał ostro po hamulcach i nadaremno usiłował dosięgnąć sprzęgła. A kiedy Ciemnoty posunęły się, było już po czasie: Mocnowstawacz nawiał, gdzie mu się podobało; rewanż został dokazany.




To tyle, możesz już zamknąć to okno...


Strona Główna      
Z Ostatniej Chwili      
Kącik Poezji      
Teatrzyk      
Opowiadania      
Galera      
Sklepik      
Forum Romanum      
Goście Adiemusa      
Linki      
Rozbrykany Balrog      
Lista mailingowa      






Książka Skarg i Wniosków      



Ta witrynka nie wysyla
cookies. Jeżeli lubisz je
kolekcjonować, kliknij
prawym klawiszem na
poniższe ciasteczka
i zapisz je sobie
gdzieś na dysku.

bardzo lekkostrawne, tylko 8kB

Podoba Ci się
na mojej stronce?
Klikaj śmiało!
TOLKIEN toplista