Witaj na mojej stronce!

 

Pantera:

Isengard

IX. Palantír

Z wnętrza Orthanku dobiegały budzące niepokój hałasy. Wszystko wskazywało na to, że Saruman i Smoczy Język są w trakcie prowadzenia aktywnej dyskusji dotyczącej ostatnich wydarzeń. Aragorn i Gandalf taktownie postanowili im w tym nie przeszkadzać.
"Smoczy Język wpadł w niezłe tarapaty" - przemknęło przez myśl Obieżyświatowi. Musiał przyznać sam przed sobą, że trochę temu nieszczęśnikowi współczuje. Pobyt w wieży z rozwścieczonym czarodziejem, zwłaszcza jeżeli był nim Saruman, raczej nie należał do bezurazowych rozrywek.
Po wyjściu z Orthanku Gandalf ani słowem nie skomentował niefortunnego i dość niespodziewanego finału negocjacji. Zdawał się całkowicie zaabsorbowany dziwną kulą, którą go zaatakowano. Od razu zawinął ją starannie w połę płaszcza i przez całą drogę niósł ostrożnie przy boku.
- Czym jest właściwie ten... przedmiot? - zapytał Aragorn.
- To palantír - odparł zdawkowo Gandalf i umilkł.
Aragornowi niewiele to mówiło, bo nie wiedział czym jest palantír, a głupio mu było się o to zapytać; nie chciał wychodzić na ignoranta.
Na szczęście Gandalf sam podjął wątek:
- To jeden z siedmiu kryształów widzenia. Bardzo niezwykły przedmiot... Mając dwa takie można się komunikować na naprawdę duże obszary. Smoczy Język musiał nim rzucić, ale nie wycelował precyzyjnie.
- Mhm... mnie się wydawało, że to się stało raczej przez przypadek. Nawet jeżeli stał za tym Smoczy Język. Może ten palantír mu po prostu upadł?
- Cśśś, w kronikach zapisze się, że rzucił. To zrobi większe wrażenie. Wracając do tematu: palantír trzeba trzymać w ukryciu, gdyż jest to rzecz niebezpieczna. To, że Saruman go posiadał, rzuca nowe światło na pewne sprawy... Może rozjaśni ono chociaż część tajemnic. Prawdopodobnie Smoczy Język nie wiedział nawet, jak dużą szkodę wyrządzi swemu panu tym jednym czynem... Teraz Saruman nie może liczyć już na żadną pomoc z zewnątrz. Póki co wezmę palantír na przechowanie. Schowam go, gdy tylko znajdziemy się w obozie. Im mniej osób o nim wie, tym lepiej.

Szybko dotarli do bramy (a raczej jej szczątków). Wszyscy obecni w obozie oderwali się od swoich zajęć i wyszli im na spotkanie, nie starając się nawet ukrywać zainteresowania przebiegiem spotkania w wieży. Gandalf oględnie tylko wspomniał reszcie o wyniku rozmów z Sarumanem. Stwierdził, że dla Białego Czarodzieja żadnej nadziei nie ma; cień Mordoru padł mu na mózg zupełnie, urażona ambicja przysłoniła widok aż po horyzont i w ogóle; aż żal patrzeć. Aragorn przezornie wolał nie zabierać głosu. Na koniec Gandalf dodał, że decyzję dotyczącą sprawy Isengardu muszą podjąć niezwłocznie, bowiem zmarnowali tutaj już wystarczająco dużo czasu. Jako przeciwnik Saruman został unieszkodliwiony, ale istniał jeszcze przecież daleko groźniejszy Cień na Wschodzie... Najlepiej, gdyby mogli ustalić wszystko od razu, ale niestety, trzeba zaczekać na zdanie entów, a oni będą gotowi dopiero jutro o świcie. Tak więc narada również odbędzie się następnego dnia. Pozostawiając to wszystko do przedyskutowania audytorium, wzburzonemu niereformowalną postawą Sarumana, Gandalf dyskretnie wycofał się w okolice swojego namiotu i starannie ukrył palantír, dla niepoznaki owijając go w koc.
Ale kryształ widzenia był tylko pozornie bezpieczny. Dziwny, kulisty przedmiot, który znalazł się w posiadaniu Gandalfa, dostrzegł Pippin. I bardzo go on zainteresował...

* * *

Wysokość komnat Sarumana osiągnęli w rekordowym tempie. Po przebiegnięciu dzikim galopem wysokości kilku kondygnacji Gríma stwierdził, że po prostu traci dech. Cóż, kondycja już nie ta co kiedyś. Czarodziej został nieco niżej, ale nie było wątpliwości, że prędzej czy później dopadnie Grimę. A wtedy zapewne, nim wypełni swoją groźbę, zrzuci go ze schodów na sam dół. Piękna perspektywa, nie ma co. Właściwie co za różnica, gdzie Saruman rozerwie go na strzępy? Równie dobrze mógł to uczynić tutaj, w tej pechowej sali reprezentacyjnej... Gríma schronił się w jej wnętrzu. Przez moment rozważał ucieczkę na balkon i skok w dół, raczej bez nadziei na przeżycie. I tak była to kusząca perspektywa - w porównaniu do tego, co miał zamiar zrobić z nim Saruman... Jednak Gríma nie zdążył zdecydować się na ten desperacki krok. Biały Czarodziej właśnie powoli wkraczał do komnaty. Przypominał rozwścieczonego Balroga (z tą jedną różnicą, że rozwścieczony Balrog wygląda jednak bardziej sympatycznie). Palce zaciskał na różdżce tak silnie, że aż mu pobielały kłykcie. Możliwe, że zgrzytał zębami; możliwe że wieża zadrżała w posadach, kiedy za Czarodziejem zatrzasnęły się drzwi prowadzące do komnaty, odcinając tym samym ostatnią drogę ucieczki; na te drobne szczegóły Gríma nie zwrócił uwagi, bowiem dostrzegł wzrok Sarumana. Przyszpilający w miejscu i równie lodowaty jak najzimniejszy z wiatrów wiejących nad Fornostem; tak spogląda drapieżny ptak na ofiarę, na którą ma zaraz spaść z nieba; mówiąc krótko: Grimę sparaliżował kompletnie.
- Zanim opuścisz ten padół, nędzny gadzie, wyjaśnij mi jedno - warknął Czarodziej. - Jaka złośliwość cię podkusiła, byś szedł na górę do sali palantíru i ciskał nim w Gandalfa? Czy w mnie może, sam już nie jestem pewien. Nie mogłeś rzucić moim okazem diorytu? Albo gabro? Albo CZYMKOLWIEK innym? Dlaczego palantír?!
- Ależ panie! Ja w żadnych komnatach na górze nie byłem! W ogóle się stąd nie ruszyłem! Przysięgam! - jęknął Gríma, czując jak kolana się pod nim uginają.
- Ty i przysięga! Uważaj, bo jeszcze uwierzę!
- Nie, naprawdę! - tłumaczył się gorączkowo Gríma, dostrzegając (nikłą co prawda) szansę przeżycia - niechcący przesunęły mi się księgi na biurku i...
- Co ty mówisz? - Saruman spojrzał na niego ze zdziwieniem, odrywając się od próby przypomnienia sobie zaklęcia, które pozwoliłoby mu udusić tego podłego gada na odległość.
- ...i wtedy palantír spadł. Nie chciałem!
- Z biurka? - zapytał Saruman sam siebie.
Ominął Grímę, niemalże rozpłaszczonego na podłodze, podszedł do swojego biurka i spojrzał uważnie na jego blat. Po czym wykonał coś w najwyższym stopniu niezrozumiałego: usiadł na krześle, schował twarz w dłoniach i zaczął się histerycznie śmiać.
- Na znak Białej Ręki, co za idiota...
Gríma poczuł, że rozumie z tego wszystko jeszcze mniej niż przed chwilą.
- Więc to nie był palantír? - ośmielił się zapytać po dłuższej chwili, ostrożnie podnosząc się do pozycji pionowej.
Saruman przestał się śmiać i spojrzał na niego.
- Gandalf... spuściłeś na niego mój przycisk do papieru, a ten głupiec wziął go za palantír...
Gríma przezornie milczał; chętnie czmychnąłby chyłkiem z komnaty, ale nie miał ku temu sposobności - drzwi ciągle były zamknięte. Zważywszy na zaistniałą sytuację droga przez balkon nie wydawała się już tak atrakcyjna. Chociaż z drugiej strony... Saruman, co prawda, chwilowo poniechał swoich morderczych zamiarów, ale dalej patrzył na niego dziwnie. Gríma czuł coraz większy niepokój; kto wie, może Czarodziej dumał na tym, czy profilaktycznie nie ukręcić mu łba? Nie była to zbyt miła świadomość.
Jednak, jak to bywa, nad wyraz napiętą sytuację rozładowało wydarzenie postronne. Ktoś zapukał do drzwi wieży.

- Kto tam znów się dobija do drzwi? - zdziwił się Saruman. - Ruch jak na rohańskim jarmarku. Idź sprawdzić.
Gríma poszedł, zadowolony, że jeszcze żyje.
- Kto tam? - zapytał, gdy znalazł się już w holu wieży, pod drzwiami.
- Nazgul.
Gríma ostrożnie uchylił drzwi. Na progu stał jeden z Upiorów Pierścienia. Jego skrzydlaty wierzchowiec, pozostawiony na ścieżce, zajmował się aktywnym dobijaniem żelaznego słupa, który, w przeciwieństwie do reszty, jako jedyny ostał się po powodzi we właściwej (pionowej) pozycji. Aktualnie, dzięki usilnym staraniom bestii, przyjął już niemal pozycję horyzontalną; stworzonku to zajęcie sprawiało wyraźną uciechę. Gríma udał, że tego nie dostrzega i spojrzał pytająco na przybysza.
- Ja do Sssarumana...
- Znów z poleconym?
- Nie, tym razem z possselssstwem od Sssaurona.
- A to nie mógł napisać listu..?
- Nie w sssprawie wagi pańssstwowej.
- Mhm... w zasadzie nie jestem pewien czy Biały Czarodziej przyjmuje dzisiaj delegacje... - zaczął dyplomatycznie Gríma.
Nazgul syknął cicho coś niezrozumiałego i nieco odsunął połę płaszcza tak, by rękojeść miecza stała się dobrze widoczna.
- ...aczkolwiek sądzę, że dla... eee... szanownych współpracowników z Mordoru zrobi wyjątek. Proszę na górę.
Nazgul ochoczo skorzystał z wymuszonego zaproszenia i wszedł do środka. Rozejrzał się dookoła, niepewny dokąd powinien się udać.
- Schodami na górę, czwarte piętro - podpowiedział Gríma, zastanawiając się czy dobrze zrobił, wpuszczając Nazgula do środka. Chociaż, szczerze mówiąc, nie wyobrażał sobie, jak można by takiemu jak on odmówić wejścia, nie doznając przy tym uszczerbku dla zdrowia.
Nazgul rozpoczął wspinaczkę, sycząc coś do siebie pod nosem o "ssstrasssznie ssstromych ssschodach".
Gríma przezornie puścił go przodem.

- Wysłannik Saurona, no proszę - mruknął Saruman na widok Nazgula.
Przez chwilę mierzył Czarnego Jeźdźca wzrokiem, po czym zwrócił się do Grímy:
- Możesz odejść. Ale zaczekaj pod drzwiami, niebawem cię wezwę. Nasza rozmowa nie potrwa długo.
Nazgul nie skomentował tej ostatniej wypowiedzi. Stał nieruchomo niemal na środku komnaty, niczym czarny posąg, doskonale stapiając się z mrocznym wnętrzem wieży. Saruman usiadł na swoim tronie i bez śladu strachu spojrzał na Upiora Pierścienia. Fakt, że Nazgul wlepiał weń ponure, niewidzialne spojrzenie spod kaptura, zdawał się go w ogóle nie deprymować. Czarny Jeździec zaczekał, aż za Grímą zamkną się drzwi i rzekł:
- Sssauron zwiódł się na tobie, Czarodzieju...
- Ach tak?
- Poniosłeś klęskę.
- Skąd ten wniosek? - zapytał Saruman dość obojętnym tonem.
Nazgul odrobinę zwątpił.
- Zapewniam, że wszystko to tylko pogłoski, szerzone przez wrogą nam propagandę.
- Ale przecież... Helmowy Jar!
- Tak, tak, może takie zakończenie tego starcia nie było do końca przewidywane, ale ostatecznie okazało się, że to również można wykorzystać do naszych celów...
- A te wssszyssssstkie znissszczenia? Śśślepy nie jessssstem, widać wyraźnie... Toż to dessssstrukcja!
- No cóż, jest w końcu pretekst do remontu, prawda?
- Remontu?
- Tak jest, planuję gruntowne zmiany.
- Tak, tak, to zrozumiałe... - zgodził się Nazgul, po czym zreflektował się, nie do końca jeszcze ogłupiony subtelnie tkanym czarem Sarumana. - Jakie zmiany! Wróg ssstoi u twoich bram, Czarodzieju!
- Bramy już nie ma - stwierdził lodowatym tonem Saruman. - I ich również wkrótce tu nie będzie. Radzę pilnować własnych granic, bo tylko patrzeć, a zawitają pod Czarną Bramą. I to w licznej kompanii.
- Że co prossszę? - zaniepokoił się Nazgul.
- A tak, radziłbym uważać... Ambicje niektórych osób wzrastają. - Saruman podniósł się ze swego tronu i rzekł: - Przykro mi, ale godziny przyjęć zakończone. Mój sługa odprowadzi pana do drzwi.
Nazgul chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nim zdążył się namyślić, już znalazł się na schodach. Totalnie skołowany zupełnie już nie wiedział po co tutaj przybył i pod kapturem kołatała mu się tylko jedna myśl - ta o niebezpieczeństwie ze strony Gandalfa i pozostałych. Co tam Saruman, kiedy Mordor w zagrożeniu! Bez protestu dał się sprowadzić ze schodów, a potem wyprosić z wieży. Kiedy zmierzał ku swojemu skrzydlatemu wierzchowcowi, syczał coś do siebie o Czarnej Bramie.
Gríma, stojąc w drzwiach, śledził Nazgula wzrokiem, póki ten nie dosiadł latającego stwora.
"Tak, zdecydowanie" - pomyślał - "Siła głosu Czarodzieja nie osłabła."

* * *

- O czym rozmawiają? - zapytał Pippin kuzyna, który zrezygnował z przysłuchiwania się rozmowie Gandalfa, Legolasa i Gimliego, odłączając się od towarzystwa, które zebrało się ukradkiem na uboczu i dyskutowało zawzięcie.
- O Pierścieniu.
- Znowu? Nie znudziło im się jeszcze?
- Jak widać nie. To chyba przez tego Nazgula, który zawitał do Sarumana...
- Nazgul?! Gdzie? Chciałem...
- Daj sobie spokój. Już poleciał.
- Szkoda...
- Jesteś stuknięty. Mało ci spotkań z Czarnymi Jeźdźcami?
- W zasadzie... Masz rację. To powiedz chociaż o czym oni rozmawiają.
- To mi nie przerywaj.
- To mów.
- No dobra. Po raz kolejny doszli do wniosku, że Sauron nie zrezygnuje... A Gandalf stwierdził, że Oko będzie się czepiać...
- Tak powiedział?! - zdziwił się Pippin, bo użyte określenia jakoś nie pasowały mu do wypowiedzi Istariego z długoletnim stażem, który zazwyczaj używał samych wyszukanych form i pokaźnej ilości niezrozumiałych wyrażeń połączonych z elfonizmami.
- Głupiś - rzekł z politowaniem Merry. - Przekładam tylko z gandalfowego na nasze. Wniosek jest dość jasny: Sauron nie zrezygnuje.
- Pewnie - powiedział Tuk beztrosko - gdyby zginęłaby mu na przykład ścierka do talerzy to by nie było takiego zamieszania.
- Że jak? - Merry obejrzał się na niego z zaskoczeniem, prawie upuszczając fajkę.
- Ścierka. Do talerzy - powtórzył Pippin.
- Skąd..?! U Saurona..?!
- A co? Każdy chyba ma w domu ścierkę do talerzy. To dość normalny i często spotykany element wyposażenia każdego gospodarstwa domowego.
- W zasadzie... - Merry wbrew woli zastanowił się nad tym. Po czym zwrócił się do Obieżyświata, który właśnie pojawił się w pobliżu. - Aragorn! Masz w domu ścierkę do talerzy?
- Czy co ja mam?! - zapytał ze zdziwieniem Strażnik, który początku dyskusji hobbitów nie słyszał i w związku z tym nie miał pojęcia o co w tej filozoficznej myśli chodzi.

* * *

Gríma, wyjątkowo z własnej i nieprzymuszonej woli, wybrał się na przeszpiegi. Częściowo miał na celu zrehabilitowanie się w oczach Sarumana. Może gdyby dostarczył jakichś nowych, sensacyjnych wieści, gniew Czarodzieja na jego osobę nieco by zelżał; bo co do tego, że Saruman dalej patrzy na niego nieprzychylnym okiem, Gríma nie miał żadnych wątpliwości. Ostatecznie jego sługa, chcąc nie chcąc, przyczynił się do unicestwienia ostatniej szansy rozejmu. Doprawdy, Grimę ratowała już chyba tylko ta umiejętność parzenia herbaty... Aczkolwiek, jak ukazały ostatnie wydarzenia, i to niepewne...
Nowy plan Grímy miał spore szanse powodzenia. Póki trwała ta zimna wojna, nikt nie mógł mu zabronić spacerku po Isengardzie. Choćby dla zdrowia. Jednakże w to ostatnie nikt by nie uwierzył i tym samym ta wymówka jako główny argument, który w przypadku bliskiego spotkania z wrogami miałby ocalić jego skórę, wydawała się niewystarczająca. Aby jakoś neutralnie uzasadnić swoją przechadzkę, Gríma wprowadził pozory badań geologicznych. Do robienia odwiertów się nie posunął, ale całość terenu badał uważnie. To jakiś kamień podniósł, niekiedy nawet zabrał, to znów przyjrzał się odsłoniętej warstwie skalnej. W końcu kto wie, jakie dalekosiężne skutki mogła mieć ta transgresja jeziorna? Na powstanie osadów było zdecydowanie za krótko, ale rzeźba się mogła przemodelować i coś ciekawego odsłonić.
Rohirrimowie spoglądali na niego dość podejrzliwie, ale trzymali się z daleka. Najwidoczniej Théoden i Gandalf zabronili im kogokolwiek zabijać.
Przez chwilę zastanawiał się, czy zdołałby pojąć coś z narady entów. Dostrzegł ich w oddali, kiedy kręcił się przy wyjątkowo mocno zrujnowanym fragmencie murów. Jednak szybko doszedł do wniosku, że nie ma sensu się do nich podkradać. Raz, że musiałby wyjść poza krąg Isengardu, co z pewnością nie byłoby rozsądne, a dwa, że i tak nic by nie zrozumiał z ich języka; za nader wątpliwe należało uznać, czy ktoś zechciałby mu przetłumaczyć cokolwiek na wspólną mowę. Może jakieś wieści udałoby się wyciągnąć z hobbitów, ale jak na złość beztroskie niziołki nie pojawiły się nigdzie w pobliżu. Jedyne, co zdołał dostrzec Gríma, to pewne poruszenie w obozie wroga. Coś się tam szykowało, ale Gríma nie miał złudzeń co do tego, że ktoś udzieliłby mu informacji, gdyby po prostu podszedł i zapytał.
Plon tych przeszpiegów wyglądał dość nędznie.
"Chyba wyszedłem z wprawy" - pomyślał.
Gríma uznał, że najlepiej będzie wrócić do wieży. Przypomniał sobie, że gdzieś w pobliżu może się pojawić Éomer, który w przeciwieństwie do pozostałych Rohirrimów, rozkazy króla czasami lekceważył. Kto wie co może uczynić, spostrzegłszy wroga w bezpośrednim zasięgu? Istniało niebezpieczeństwo, że wykorzysta okazję, a tego Gríma wolałby, z oczywistych powodów, uniknąć.
Pomedytował jeszcze chwilę nad niezwykle ciekawym okazem skały pochodzenia żyłowego. Gigantyczna, ale o niespotykanej strukturze i naprawdę warta dołączenia do kolekcji. Jednak zdrowy rozsądek wziął górę i przyjemności targania tego kamulca przez pół Isengardu Gríma odmówił sobie zdecydowanie. Nie tylko ze względu na wagę (na oko około pięćdziesiąt funtów), ale też i dlatego, że nie miał zamiaru dostarczać rozrywki ewentualnym świadkom przepychania kamienia. Gríma nie potrafiłby również znaleźć dla niego zastosowania. Jako przycisk do papieru odpadał - za obszerny. Ewentualnie można by rozważać zrzucenie go ze szczytu Orthanku na wroga. Jednak w tym celu musiałby wnieść go na samą górę, co prezentowało się jako technicznie awykonalne. Nie, faktycznie lepiej było zostawić ten kamień na miejscu.
Gríma nie zdążył na dobre podjąć decyzji o powrocie, gdy spostrzegł, że zbliża się do niego jeden z Rohirrimów. Nie pędził ku niemu galopem, miecza w dłoni nie trzymał, włóczni też nie, więc Gríma nie uznał za koniecznie uciekać od razu. Spokojnie zaczekał, aż ten podjedzie bliżej.
- Co tu robisz? - zapytał Rohańczyk, mierząc go podejrzliwym spojrzeniem. Gríma powstrzymał się od poinformowania go, że stoi na środku Isengardu. Rohirrim mógłby się zdenerwować taką odpowiedzią. Miast tego w milczeniu zaczął się zastanawiać czy znał tego tutaj. W końcu przypomniał sobie Éorna. W tym miejscu należy nadmienić, że zdecydowana większość rodaków, których znał Gríma, dzieliła się na dwie grupy: jedna darzyła go mniejszą niechęcią, druga większą. Éorn zdecydowanie należał do tej drugiej i w tej sytuacji było to nad wyraz niekorzystne. Gríma, nie zwlekając dłużej, udzielił odpowiedzi:
- Prowadzę badania geologiczne.
- Że co? - wyrwało się Rohańczykowi, który najwidoczniej nie tego się spodziewał. - Podłoże erozyjne, antyklinarnia, synklinaria... osuwiska się nawet zdarzają i takie tam... stożki. Napływowe oczywiście.
Rohirrim wyglądał na całkiem osłupiałego. Gríma, bez mrugnięcia okiem, kontynuował: - Tutaj teraz wszystko trzeba dokładnie sprawdzić. Czy wy macie w ogóle pojęcie jakie skutki mogły te wasze jeziora wywołać?
- To nie my... to entowie... - odparł Rohirrim, nieco niepewnym głosem.
- Właśnie... Entowie. Nic tylko chodzą tutaj i tupią, a każdy swoje waży. Jeszcze się tu jakiś uskok zrobi!
Uskok dobił Éorna ostatecznie; na to Rohirrim nie znalazł już żadnej sensownej odpowiedzi. Coś mu się kołatało po głowie, że taki uskok to niebezpieczne rzecz. Co będzie jak wypadnie akurat w miejscu, gdzie stał ich obóz..? Katastrofa gotowa. Niech sobie Smoczy Język robi te swoje badania...
Gríma wykorzystał oszołomienie Éorna i dyskretnie usunął się ze sceny. Rohańczyk, który w wyobraźni już widział te uskoki, nie uczynił nic by go zatrzymać. Niestety, przed Grímą stanęła jeszcze jedna przeszkoda. Drogę do wieży odcinał mu Éomer. Nic nie robił, po prostu stał sobie i nawet nie trzymał dłoni na rękojeści miecza. Jego wierzchowiec żuł ze znudzeniem wędzidło, a sam jeździec z wysokości siodła niby to podziwiał okolicę. - do czasu aż w jego polu widzenia pojawił się wróg.
Gríma zatrzymał się od niego w odległości kilkunastu kroków. Trzeci Marszałek Marchii zagradzał mu drogę. Gríma mógł go oczywiście ominąć - wszak miejsca miał pod dostatkiem. Ale zwrócenie się plecami do Éomera byłoby, delikatnie mówiąc, niebezpieczne. Sytuację należało uznać za patową, aczkolwiek z drobną przewagą na korzyść Éomera. Gríma w pierwszej chwili pożałował, że jednak nie zabrał ze sobą tego kamienia; gdyby Éomer rzucił się na niego, to mógłby chociaż podjąć próbę unieszkodliwienia go tym ciężarem.
- Kamyczki zbieram... - mruknął pod nosem Gríma.
- A ja głowy zdrajców - odparł Éomer.
- Przypominam, że mamy rozejm.
- Przypominam, że okres ochronny na podłe gady niebawem się kończy.
- Skąd ta pewność? - zapytał Gríma, niby to obojętnie.
- Chciałbyś widzieć? - Éomer ruszył stępem, podjeżdżając do Grímy. Ten ani drgnął. - Wiedz zatem, że wkrótce odbędzie się narada... Zapadnie decyzja co uczynić z tym diabelskim czarnoksiężnikiem, któremu służysz. Bądź pewien, że nie zapomnimy też o tobie...
Ominąwszy Grímę Éomer odjechał niespiesznie w kierunku bramy.
Ze swojej zaś strony Gríma uznał nowo uzyskane informacje za niezwykle cenne. O tym, że jego przyszłość rysuje się w bardzo ciemnych barwach, na wszelki wypadek starał nie myśleć. Po powrocie do Orthanku z miejsca pospieszył do Sarumana.

- Że co? - zapytał Biały Czarodziej, po wysłuchaniu wieści przyniesionych przez sługę. - Narada?
Gríma w milczeniu skinął głową.
- To znaczy, że oni chcą decydować o losie Isengardu, MOJEGO Isengardu, całkowicie pominąwszy mój udział? - zdenerwował się Saruman
- Na to wygląda, mój panie.
Saruman milczał przez chwilę.
- To jest poważna sprawa i ja się muszę napić herbaty. Idź zagotuj wodę.

* * *

- To czekanie mnie dobija - mruknął pod nosem Saruman. Siedział na swoim czarnym tronie o wysokim oparciu, w rękach trzymał filiżankę z herbatą i spoglądał w jakiś bliżej nieokreślony punkt.
- Jesteś pewien, że ta narada ma się odbyć jutro? - zapytał Grímy po raz dwudziesty siódmy w ciągu ostatniej półgodziny.
- Nie widzę powodów, dla których Éomer miałby kłamać - odrzekł bez wahania sługa Czarodzieja.
Saruman zamyślił się głęboko, medytując nad herbatą. Po chwili rzekł:
- A tak przy okazji, już dawno cię miałem o to zapytać... Co się właściwie stało z moim wiatromierzem?
Grímy nawet nie zdziwiło za bardzo to pytanie, zupełnie oderwane od bieżącego tematu - Saruman miewał czasami takie przeskoki myślowe. Ze swojej strony sługa Czarodzieja doskonale wiedział, co się stało z wiatromierzem i zastanawiał się jak to zakomunikować Sarumanowi. W końcu machnął ręką na dyplomację, stwierdzając, że teraz nie ma to już żadnego znaczenia i postanowił wyjątkowo powiedzieć prawdę.
- Unkhaz go urwał.
- Jak to Unkhaz go urwał?!
- No... Bo on tak wirował i...
- Unkhaz?!
- Wiatromierz. I Unkhaza to zaintrygowało.
- I z tego powodu musiał go urywać? - zapytał z dezaprobatą Czarodziej.
Gríma bezradnie rozłożył ręce.
Saruman pokręcił głową i spojrzał w sufit. Na szczęście nie zanosiło się na to, aby miał zamiar drążyć temat.
Gríma, wbrew własnej woli, również skierował spojrzenie na sklepienie komnaty. Nic tam takiego szczególnego nie było. Gríma westchnął w duchu. Stał przy oknie, opierając się o szeroki parapet. Gdy kilka minut wcześniej przybył z herbatą, nie uzyskał pozwolenia na odejście i tylko dlatego wciąż znajdował się w komnacie.
- Nikt nie czai się na zewnątrz? - zapytał z nagłym niepokojem Czarodziej. - Sprawdź.
Gríma sprawdził, zerkając przez okno.
- Nie, nikogo nie ma. Tylko...
- Tylko co?
- Urukowie grają w jedną z tych swoich gier...
- Którą?
- Tę z czaszką.
- A, z czaszką to mogą. Gorzej, gdyby grali w tę ze słomianą kukłą, bo Rohańczycy mogliby uznać to za prowokację... - Saruman westchnął. - Do czego to doszło, żebym ja się musiał takimi rzeczami przejmować... Gdzie ta cała potęga... - Pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
Przez chwilę w komnacie panowało milczenie. Saruman dopijał herbatę, a Gríma obserwował smugę światła, przesuwającą się po gładkiej posadzce komnaty. W końcu Czarodziej odstawił na poręcz tronu pustą filiżankę i rzekł:
- Ta bezczynność mnie męczy.
Gríma oderwał się od obliczania w myśli kąta godzinnego słońca i zerknął z niepokojem na Czarodzieja.
Przypadkowo wzrok Sarumana padł na biurko, znajdujący się w sąsiedniej komnacie, widoczne za otwartymi drzwiami. A ściśle mówiąc: na jego zagracony blat. Czarodziej gniewnie zmarszczył brwi.
- Straszny tu bałagan - stwierdził.
Gríma jęknął w duchu. Już wiedział do czego zmierzał Saruman.
Czarodziej wstał z tronu.
- Trzeba tutaj posprzątać.
Gríma pokręcił ze zniechęceniem głową. Czarodziej nie mógł sobie znaleźć lepszej pory na porządki.

Saruman nie lubił tracić czasu. Zawsze musiał coś robić i ten sposób egzystencji wymuszał też na otoczeniu. Otoczenie nie zawsze było tym zachwycone, ale przejawiało na tyle instynktu samozachowawczego, by głośno nie protestować.
Tym razem padło na Grímę.
- Chodź, pomożesz mi przy segregowaniu tych papierów. Strasznie dużo się tego tutaj nazbierało - rzekł Saruman, krytycznie patrzą na piętrzące się na blacie przedmioty. Gríma westchnął, oczywiście w duchu, myśląc o tym, że biurko, przy którym on sam zazwyczaj pracował, wyglądało nie lepiej. Zabrał się jednak do pracy.
Kilka pierwszych pergaminów było zapisanych w sposób kompletnie niezrozumiały dla Grímy. Na oko sindarin? A może quenia? Jakoś nigdy nie miał głowy do tych orientalnych języków. Bez słowa odłożył je na bok.
Grimę wyrwał z zamyślenia głos Sarumana.
- Nie do wiary - rzekł ze zdziwieniem Czarodziej. W rękach trzymał książkę. Na oko dość starą. Niewielkiego formatu, o postrzępionej na brzegach płóciennej okładce. Nie podobnym było odczytać tytuł. - Zastanawiałem się, gdzie ona się podziała, a przez cały czas znajdowała się tutaj... Musiałem ją chyba przełożyć na biurko podczas gruntownych porządków w 2953...
Grímie przemknęło przez myśl, że wtedy jeszcze nawet jego ojca na świecie nie było. - Co to za księga, panie? - zapytał z zaciekawieniem.
- Pierwsza, którą miałem sposobność czytać po moim przybyciu do tego świata - rzekł powoli Saruman. - Jeszcze w czasie mojej podróży.
- Podróży?
- Tak. Przez długi czas, nim osiadłem w Isengardzie, wędrowałem. Przebyłem w ten sposób spory kawałek Śródziemia - dodał, nie bez dumy w głosie. - Przeważnie samotnie, nieraz były to zupełne pustkowia. I całe szczęście... ludzie, elfowie i cała reszta są tacy... męczący. Niestety, czasami podróżowałem też w towarzystwie...
- To znaczy? - Z Radagastem.
- Aha - Gríma zaczynał rozumieć dlaczego Saruman nie darzył sympatią tego Czarodzieja. Jeżeli faktycznie razem z nim podróżował, to po jakimś czasie mógł go mieć zwyczajnie dosyć. Zwłaszcza, że obydwaj w dość znacznym stopniu różnili się zainteresowaniami i z pewnością nie stanowili dobranej kompanii.
Ponieważ Saruman nic już nie mówił, a tylko trwał w zamyśleniu, Gríma wrócił do przeglądania papierów.
A Biały Czarodziej usiadł na krześle, wciąż z książką w rękach, i wspominał czasy nie tak znów odległe.

* * *

Nie nazywał się wtedy Saruman. Pod takim imieniem znany był znacznie później wśród ludzi, którzy zresztą mu je nadali. Do Śródziemia przybył jako Curumo. Radagast zaś zwał się Aiwendilem. Początkowo razem wędrowali po Śródziemiu. Właściwie do Curumo szedł w sobie tylko wiadomym kierunku, a Aiwendil się do niego przyczepił. Jego towarzystwo zostało niejako narzucone Curumo i doprawdy, Varda musiała chyba upaść na głowę, jeżeli sądziła, że Aiwendil będzie dla niego dobranym kompanem. A może zwyczajowo chciała mu zrobić na złość. Nigdy nie przepadała za Curumo.

Delikatnie mówiąc Aiwendil nie był najlepszym kompanem dla Curumo.
- Curumo!
- Czego tam? - zapytał Curumo bez entuzjazmu, nie podnosząc wzroku znad księgi (genialny wynalazek!).
- Spójrz, co znalazłem!
Curumo spojrzał. I poderwał się w panice z kamienia, na którym dotychczas siedział. - Na Valarów! Zabierz mi stąd tego beznogiego płaza!
- No wiesz! - rzekł z urazą Aiwendil. - To jest wąż. Bardzo sympatyczny.
- I pewnie jadowity? - zapytał Curumo, z niechęcią patrząc na gada, który z uwagą badał otoczenie wysuwając rozdwojony język.
- Nie, ten akurat nie jest - odparł Aiwendil.
- Co to znaczy "ten"? - zapytał z zaniepokojeniem Curumo. - A zresztą nieważne. Nie życzę sobie tutaj żadnych węży. Pozbądź się go.
- Ależ Curumo...
- Jeżeli chcesz iść razem ze mną dalej, to zostaw tego węża.
Biały Czarodziej zatrzasnął książkę i schował ją do swojej torby. Zarzucił ją sobie na ramię, zabrał swoją różdżkę i spojrzał znacząco na drugiego Istari. Aiwendil wyglądał na zdruzgotanego. Wąż mniej.
- No, na co czekasz? - zapytał Curumo. - Pożegnaj się ze swoim przyjacielem, zobacz będzie mu tutaj dobrze, dookoła jest zielono i miło... I zielono.
- Tak, tak - mruknął pod nosem Aiwendil, z żalem patrząc na węża.
- Poczekam na ciebie przy gościńcu, żeby wam nie przeszkadzać.

Incydent z wężem nie był jedynym tego typu.
Curumo spoczął na kłodzie (wiadomo, był zbyt dostojnym by usiąść na ziemi).
- Aiwendilu.
Aiwendil nie dosłyszał, zajęty oswajaniem wiewiórki. Curumo westchnął.
- Aiwendilu, naprawdę sądzisz, że to zwierzę cię zrozumie?
- Oczywiście! Jedno już oswoiłem.
- A jakież to? Może jeża?
- Nie. Wilka.
Curumo obejrzał się za siebie niespokojnie.
- I gdzie jest ten wilk?
- W lesie.
- A, to dobrze - odetchnął z ulgą Curumo. - Zaraz, wcale nie dobrze. My jesteśmy w lesie!
- Cśśś, w lesie się nie krzyczy.
- W lesie nie oswaja się też dzikich bestii - Curumo, wciąż rozglądając się dookoła, podniósł się z kłody. Podświadomie spodziewał się, że w prześwitach pomiędzy gęstwiną i drzewami dostrzeże szare futra wilków, podkradające się do ich skromnego obozu w jednoznacznym celu rzucenia się nań cała watahą. Uznał za słuszne, że lepiej się z tego miejsca jak najprędzej oddalić.
- Dokąd idziesz? - zapytał Radagast, odrywając się od dzielenia się swoim posiłkiem z stadkiem ptaków.
- Gdzieś, gdzie jest więcej przestrzeni.
"I mniej wilków" - dodał w myśli.

Dwaj Istari mieli też różne zapatrywania odnośnie kwestii noclegów.
- Czyżbyś miał coś przeciwko nocowaniu na łonie natury? - zapytał Aiwendil ze zdziwieniem.
- Owszem - odparł Curumo. - Zdecydowanie bardziej wolałbym spędzić noc pod dachem.
- Ale szum wiatru wśród liści, cykanie świerszczy wśród traw, gwiazdy na atramentowoczarnym niebie....
- Jak dla mnie to jest to lodowaty wiatr i pełno robactwa. Z tego wszystkiego tylko gwiazdy są do rzeczy. O, spójrz! Widzę samotną chatę.
- Chata? Na tym odludziu? Nie wydaje ci się to dziwne...?
- Z tego co widzę, to jest to dość solidna konstrukcja. I to mi wystarczy. Spróbujemy się wproś.... to znaczy: zapytamy się, czy by nas nie mogli przenocować.
- Jesteś pewien, że przyjmą dwóch obcych wędrowców?
Curumo spojrzał z ukosa na drugiego Istari i nieco zwątpił w swój dar przekonywania. Faktycznie, Aiwendil mógł nie budzić zaufania wśród postronnych, prostych Edainów... Swojej dostojnej powierzchowności Curumo oczywiście nie brał pod uwagę.
- Ja będę mówił - rzekł Curumo. - A ty... ekhm... postaraj nie rzucać się w oczy. Dotarli do chaty. W szparach pomiędzy okiennicami dało się dostrzec przesączający się na zewnątrz blask światła, więc mieszkańcy najwyraźniej jeszcze nie spali. Cóż, pora nie była jeszcze tak późna.
Curumo podszedł zdecydowanym krokiem do drzwi i zastukał w nie laską.
Cisza.
Zastukał ponownie.
- Precz!
- Słucham? - zdziwił się Czarodziej. Nie takiej odpowiedzi odczekiwał.
- Powiedziałem: precz! Głusi jesteście? Handlarzom obnośnym dziękujemy.
- Nie chcemy niczego sprzedawać - warknął Curumo. - Za to możemy pozbawić kogoś głowy za niegrzeczne potraktowanie.
Drzwi uchyliły się na cal. Zerkał zza nich człowiek, najwyraźniej właściciel chaty.
- Nie macie nic wspólnego z krasnoludami..? - zapytał.
- Zdecydowanie nie - oświadczył Curumo.
- Ale te brody...
Curumo zazgrzytał zębami i odrzucił na ramię płaszcz podróżny tak, by biel jego szat była lepiej widoczna.
- Przyjrzyj się nam, człowieku. Chyba widać wyraźnie, że mamy nieco więcej niż po cztery stopy wzrostu w hełmie? Czy naprawdę wyglądamy tak, jakby naszym codziennym zajęciem było rycie w ziemi i praca w kuźni?
- I handlowanie. Krasnoludy handlują - stwierdził człowiek zza drzwi dość dziwnym tonem.
- Może być i handlowanie - zgodził się Curumo. - To znaczy - nie może. My po prostu szukamy noclegu.
- Taaak... - rzekł z namysłem człowiek i Curumo już miał nadzieję, że zostaną wpuszczeni, gdy tamten podjął na nowo osobliwą konwersację przez drzwi. - A skąd mam wiedzieć, czy nie jesteście zbójcami?
Curumo zatkało. Aiwendila zresztą też.
- A co, teraz nas bierzesz za Dunedainów?
- No... nie, ale nachodzicie mnie po nocy, o mało co drzwi nie rozwalicie...
- Zbójcy, jak wiadomo, powszechnie oznajmiają swoją obecność? - zapytał zgryźliwie Curumo. Zaczynał już mieć dość tej rozmowy.
Ich rozmówca zamilkł, ale drzwi nie zatrzasnął. Curumo spojrzał taksująco na szparę pomiędzy futryną a krawędzią odrzwi i rzekł szeptem do Aiwendila:
- Masz jeszcze tego węża?
- Nie.
- Szkoda - westchnął Curumo.
- Kazałeś mi go zostawić...
- W tym momencie żałuję, że mnie posłuchałeś, Aiwendilu.
- Powiedziałeś do niego: Aiwendilu? - zapytał człowiek z nagłym ożywieniem. - Macie coś wspólnego z elfami?
- Prawie.
- Kiedy na elfów wyglądacie jeszcze mniej niż na krasnoludy...
Curumo szlag trafił ostatecznie.
- Dość tego! Jeżeli nam zaraz nie otworzysz to wysadzę drzwi tak, że przelecą na drugą stronę chaty!
- Curumo, spokojnie...
- No dobrze, to już wchodźcie. Chyba nie jesteście zbójcami - oni są mniej wytrwali...

Reszta wieczoru minęła całkiem sympatycznie.
Istari zostali poczęstowani ziołowym naparem i kolacją. Nic nadzwyczajnego, ale pożywne, chociaż Curumo miał wątpliwości co do jadalności niektórych skarbów leśnego runa... Aiwendil znalazł sobie znakomitego partnera do dyskusji. Curumo nasłuchał się o różnych gatunkach ptaków więcej, niż miałby ochotę dowiedzieć się w całym swoim życiu.
Właściciel domu położonego na uboczu zwał się prowadził życie pustelnicze z wyboru. Niestety, spokój tutaj zakłócali różni nieproszeni gości. Nie było to tak zupełnie odludne miejsce jak mogłoby się wydawać.
Wyjaśnił też o co chodziło z krasnoludami.
- Są straszni. Jeżeli chcą coś sprzedać to zrobią to. Nieważne czy sam zainteresowany tego chce, czy nie.
- A dużo biorą? - zainteresował się Curumo.
- O! Potrafią nieźle przetrzepać kiesę. Ale to w większych osadach, bo tu w okolicy to tylko handel wymienny.
- Wy się chyba tym nie zajmujecie?
- Ano nie. Ja tutaj szukam odosobnienia, ani w głowie mi targowanie się, skup, sprzedaż... Ale niestety, nie pomogło tłumaczenie, że nie mam nic na handel. Zawsze coś znajdą... Na przykład ostatnio wynieśli mi podstępem patelnię.
- Patelnię? - zdziwił się Aiwendil. - A co dali w zamian za to?
- Ostrzałkę do siekiery.
- A macie siekierę..? Przecież mówiliście, że nie ruszacie żywych drzew, a ta chata już tutaj stała, kiedy przybyliście do tego lasu.
- Nie mam. Toteż sami widzicie, że to żadnego sensu nie ma...

W dalszą drogą wyruszyli następnego dnia. Przez jakiś czas szli w milczeniu. Aiwendil przyzwyczaił się już do tego, że towarzysza podróży może zainteresować co najwyżej dyskusja o warunkach pogodowych albo o rodzajach chmur na niebie. O bardziej przyziemnych rzeczach dotyczących przyrody nie chciał słyszeć. Wykazywał za to zainteresowanie różnymi okazami skał. Aiwendil nie mógł tego zrozumieć. To kamień i tamto kamień, jaka jest pomiędzy nimi różnica? Jakaś tam faktura i tekstura czy tam inny ciężar właściwy... Po co to komu? Dla niego znacznie ciekawsze były żywe rośliny i wszelkie stworzenia - duże i małe. Niestety, o tym raczej nie dało się porozmawiać z towarzyszem podróży.
Ale tym razem stało się inaczej. To Curumo pierwszy nawiązał rozmowę. Tknięty pewnym przeczuciem, zwrócił się do towarzysza:
- Aiwendilu?
- Tak? - Istari oderwał się od podziwiania drapieżnego ptaka, który wysoko nad nimi kołował na niebie.
- Naprawdę pozbyłeś się tego węża? - zapytał Curumo, patrząc na niego badawczo.
Aiwendil uciekł wzrokiem w bok.
- Wiedziałem! Gdzie go masz?
- W kieszeni.
- To niech już tam zostanie...
- Naprawdę? Mogę? Dzięki!
- Tylko trzymaj go z daleka ode mnie!
- Oczywiście. Wiesz... gdybym go wtedy zostawił, to jemu byłoby smutno...
- Taa... pewnie jeszcze zacząłby płakać.
- Kpisz sobie!
- Skądże. Wczuwam się tylko w twoją sytuację. I węża.
- Nie sądziłem, że jesteś taki uczuciowy, Curumo.
- Szczerze mówiąc, ja tez nie sądziłem...
Milczeli przez chwilę.
- A jakie jest twoje ulubione zwierzę, Curumo? - zapytał nagle Aiwendil.
Curumo wbrew własnej woli zaczął się zastanawiać nad tą kwestią.
- Kruki - rzekł w końcu. - Duże... silne. Robią wrażenie. I są dość inteligentne. Jak na zwierzęta oczywiście.
- No widzisz! Jednak lubisz jakieś zwierzęta! - ucieszył się Aiwendil.
- Trochę daleko idące wnioski, ale można ostatecznie tak powiedzieć... - mruknął pod nosem Curumo.

* * *

"Kiedy to było" - pomyślał Saruman. - "Inne życie...".
Odłożył książkę na bok i zabrał się do przeglądania stosu pergaminów z biurka. Po chwili jednak przerwał, bo przemknęło mu przez myśl, że powinien w końcu zajrzeć do swojego kufra. Zostawił Grímę przy biurku i udał się do drugiej komnaty, przylegającej do jego gabinetu.
Kufer, rozmiarów bez mała monstrualnych, z potężnymi, żelaznymi okuciami, stał pod ścianą. Został dokładnie zamknięty, dawno temu, i tak szczerze mówiąc Saruman sam był ciekawy co znajduje się w środku. Przez te wszystkie lata zdążył już zapomnieć. Czarodziej miał przy sobie pęk kluczy różnej wielkości, który odnalazł w szufladzie biurka. Otwierały one większość zamków w Orthanku. Dysponował jeszcze sześcioma luźnymi, znalezionym w różnych zakamarkach biurka, poza szufladą. Razem zgromadziwszy to wszystko dysponował pięćdziesięcioma czterema kluczami.
Przystąpił do otwierania.
Kufer okazał się nad wyraz odporny. Przy czterdziestym kluczu Saruman zaczął mieć pewne wątpliwości, przy pięćdziesiątym trzecim kończył właśnie tracić nadzieję, a pięćdziesiąty czwarty mu się złamał.
Saruman przez moment rozważał zrzucenie kufra ze szczytu wieży. Przez chwilę myśl wydawała mu się całkiem kusząca. Rychło jednak doszedł do wniosku, że mogłoby to nad wyraz niekorzystnie wpłynąć na zawartość kufra.
W końcu machnął na niego ręką, dochodząc do wniosku, że cokolwiek się tam znajduje, skoro przez tyle lat nie było mu potrzebne, to raczej nie jest niezbędne do egzystencji.

* * *

- Nudzi mi się - jęknął Pippin.
- Mnie też - odparł Merry.
- To co robimy?
- Nie wiem...
- A to faktycznie bardzo dużo!
- No to wymyśl coś.
- Dlaczego ja?
- Dlatego, że poprzednio ja wymyśliłem grę w zagadki.
- Ileż można grać w zagadki!
- Otóż to. Dlatego trzeba cos nowego wykombinować.
- Pójdziemy znów pomęczyć Aragorna pytaniami?
- Kiedy on gdzieś zniknął...
- To może Gandalfa?
- Lepiej go nie denerwować... Pamiętaj: "Nie drażnij czarodziejów, bo chytrzy są i skorzy do gniewu".
Milczeli przez chwilę.
- Wiesz... - odezwał się po chwili Pippin.
- No?
- Gandalf miał taką szklaną kulkę... Chciałbym ją obejrzeć z bliska.
- Ja tam się wolę mu nie narażać... - rzekł Merry, wstając ze zrujnowanego fragmentu muru, na którym dotychczas siedział. - I tobie radzę to samo. O, Gimli przyszedł. Pójdę go zapytać czym się różni granit od bazaltu albo o coś w tym stylu. On się wtedy tak śmiesznie dziwi.
Ale myśli Pippina skierowały się już ku zdobycznemu palantirowi i nic nie było go w stanie odwieść od pokusy spojrzenia w niezwykłą kulę. Trzeba było tylko zaczekać na odpowiednią okazję...

dokończenie znajduje się na




Powrót

Strona Główna      
Z Ostatniej Chwili      
Kącik Poezji      
Teatrzyk      
Opowiadania      
Galera      
Sklepik      
Forum Romanum      
Goście Adiemusa      
Linki      
Rozbrykany Balrog      
Lista mailingowa      



:-)



Książka Skarg i Wniosków      



Ta witrynka nie wysyla
cookies. Jeżeli lubisz je
kolekcjonować, kliknij
prawym klawiszem na
poniższe ciasteczka
i zapisz je sobie
gdzieś na dysku.

bardzo lekkostrawne, tylko 8kB

Podoba Ci się
na mojej stronce?
Klikaj śmiało!
20rings - 20 najlepszych stron tolkienowskich