Witaj na mojej stronce!

 

Pantera:

Isengard

VIII. Listy i rozmowy

Wstawał nowy dzień. Słońce zaczynało oświetlać Nan Curunír pierwszymi promieniami; nikłymi jeszcze, lecz z wolna rozpraszającymi najdotkliwszy chłód poranka. Nie był to ani krwawy, ani nawet ponury świt, niebo było jasne i bez śladu jednej chmurki. Zapowiadał się pogodny, choć raczej zimny dzień.
Pomimo tego panującego dookoła spokoju, Rohirrim, stojący na straży w pobliżu bram, po raz osiemdziesiąty siódmy obejrzał się niespokojnie na drogę niknącą w oddali za zakrętem. Wczoraj jeden olifant, a dzisiaj może całe stado na dzień dobry... Kto wie co ten Saruman może wymyślić..?
Nagle wierzchowiec Rohirrima parsknął niespokojnie. Chwilę później nad ziemią przemknął jakiś cień. Rohańczyk odruchowo spojrzał w górę. Czarny, skrzydlaty stwór przefrunął nad obozem, na moment zawisł w powietrzu tuż przy wieży, obleciał ją dookoła i zniżył lot, znikając z pola widzenia gdzieś za szczątkami muru. Rohirrim odetchnął z ulgą. Tym razem było to jak najbardziej normalne na świecie zjawisko - poczta.

* * *

Gríma uchylił na kilka cali drzwi Orthanku. Zanim wyszedł na próg, wyjrzał ostrożnie, czujnie rozglądając się po okolicy. Wolał upewnić się, czy nigdzie nie kryją się żadni łucznicy, tylko czekający na okazję, by naszpikować strzałami pierwszą osobę, która nieopatrznie wyjdzie na zewnątrz. Rohirrimowie czasami miewali takie dziwne pomysły. Dopiero gdy przekonał się, że na pewno nikogo nie ma w pobliżu, odważył się szerzej otworzyć drzwi. Nieco niżej, na środku schodów, leżał plik korespondencji. Gríma z lekką dezaprobatą zauważył, że mało by brakowało, a po listy musiałby schodzić aż na sam dół. Nazgul, który dzisiaj dostarczał pocztę, był jakoś mało precyzyjny. Chyba mu się spieszyło.

Poranek w Orthanku wyglądał tak samo jak zwykle. I zaczął się w tym samym miejscu - w kuchni.
Gríma zawiesił imbryczek z wodą nad paleniskiem, w którym dopiero co rozniecił ogień, i zabrał się do przeglądania porannej korespondencji. Dzisiaj zebrało się jej więcej niż zwykle. Zwłaszcza niepokojąco wyglądał zielony zwój... nie, nie zwój. Liść. Prócz tego, jak zwykle, ulotki, w tym reklama sanatorium w Shire. Na szczęście było też coś jak najbardziej normalnego: nowy numer "Mordownika" - kwartalnika wydawanego przez wspólnika ze wschodu. Teraz, patrząc na okładkę pisma, z której spoglądało złowrogo czerwone oko Saurona, Gríma przypomniał sobie całe to zamieszanie, jakie nastąpiło przed wydaniem pierwszego numeru "Mordownika".
Wydawnictwo "Minas Morgul", które na owe przedsięwzięcie się porwało, a w którego dorobku znajdowało się dotychczas jedynie kilka propagandowych esejów i tomik wierszy z Mordoru (zawierający zresztą tylko jedną pozycję - wszystkim dobrze znane wersy o Pierścieniu), od początku borykało się z problemami. Kopiowanie poszczególnych egzemplarzy, w celu uzyskania tego nikłego nakładu kilkudziesięciu sztuk, było jeszcze najmniejszym problemem, chociaż techniki drzeworytu wtedy jeszcze nie znano. Daleko poważniejszym utrudnieniem stał się brak papieru, inkaustu (który nie rozpuszczałby papieru jak niedorobiony, orkowy wynalazek), autorów, czy nawet czasu, żeby pozbierać wszystkie materiały i zmieścić się w cyklu wydawniczym. Jednak ostatecznie pierwszy numer nowego czasopisma został poskładany w całość i... tutaj pojawił się kolejny kłopot. Tytuł. Jakoś nikt wcześniej o tym nie pomyślał i wersje pojawiały się rozmaite, a żadna jakoś nie pasowała wszystkim dziewięciu członkom zarządu. W końcu ktoś rzucił jedną nazwę: "Mordownik". Pomysł, zrodzony raczej z desperacji, spotkał się z aprobatą, aczkolwiek samo brzmienie takiej nazwy w niektórych kręgach potencjalnych odbiorców mogło budzić wątpliwości. Takiego właśnie zdania był Saruman, przypadkiem wciągnięty w całą imprezę (głownie przez to, że to od niego wyżebr... to znaczy, załatwiono dostawę papieru). Czarodziej, ledwie posłyszawszy ostateczną wersję tytułu, stwierdził że tym samym można zapomnieć o udanym wejściu na zachodni rynek. Taktownie nie dodał, że wydawanie choćby i kwartalnika w kraju, gdzie 99,99% obywateli nie potrafi czytać, raczej mija się z celem. Istotnie, pierwsze dwa numery "Mordownika" przeszły jakoś bez echa. Jednakże i dla tego czasopisma nadeszły czasy popularności. "Mordownik" zdobył ją w rodzimym kraju wtedy, gdy prócz propagandowych tekstów, zaczęły pojawiać się w nim rysunki, których treść dotyczyła aktualnych wydarzeń. Anonimowy autor był bardzo utalentowany. W nieskomplikowany sposób czynił wszystko tak przejrzystym, że najtępszy ork by zrozumiał. Do tego nie omieszkał doprawić jadowitym poczuciem humoru odpowiednio zilustrowanego każdego potknięcia wroga (pomijając przy tym porażki rodzimego kraju). A że ilustracje, choć dość proste, były bardzo wymowne, nieliczne egzemplarze "Mordownika" obecne na rynku, wydzierano sobie z rąk i pazurów. Komiks pod tytułem: "Melodramat na mostku", dotyczący oczywiście miłosnych wyznań elfiej księżniczki Arweny i niejakiego Aragorna, pretendującego do tronu Gondoru, przeszedł do historii. Saruman otrzymywał swój egzemplarz za darmo, posiadając od pierwszego numeru dożywotnią prenumeratę. Czasopismo przesyłano mu nie do końca bezinteresowne i Czarodziej doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jakby nie patrzeć, była to mordorska propaganda. W związku z tym Saruman pilnie baczył, by jego "Mordownik" nie trafiał przypadkiem do rąk podwładnych. Na próżno. Choć Urukowie byli za tępi na lekturę czegokolwiek, to wśród orków zawsze krążyło kilka cudem zdobytych egzemplarzy, czytanych zachłannie (tak jest, u Sarumana niektórzy orkowie poznali tę trudną sztukę) w starannym ukryciu przed wzrokiem Czarodzieja.
Gríma przeglądał czasami egzemplarz Sarumana, korzystając z chwili wolnego czasu podczas porannego przygotowywania herbaty. Jedno było pewne - gdyby rzeczywistość wyglądała tak, jak opisywano to w "Mordowniku", to nie można by podnieść pokrywki garnka bez ryzyka, że wyjrzy stamtąd oko Saurona - do tego zapewne na szypułce.

- Po nocy zawsze nadchodzi świt... a po świcie dzień... - mruczał do siebie Saruman, szukając w zakamarkach swojej szaty woreczka z zielem fajkowym. - A przecież świt dla ludzkości miał już nie nadejść... Coś mi tutaj nie pasuje... - pokręcił ze zniechęceniem głową. Znalazłszy ziele zabrał się z kolei do szukania fajki, którą wczoraj zostawił gdzieś na swoim biurku, i tak właśnie zastał go Gríma, który wszedł do komnaty z herbatą i poranną pocztą.
- Ale z drugiej strony... - myślał dalej na głos Saruman. - Gdyby wyrazić to wzorem... w którym przyjąć za wysokość wschodzącego słońca kąt 0°51'...
- Panie mój?
- A, to ty... - mruknął Saruman na widok sługi. Odnalazł w końcu fajkę i zabrał się do nabijania jej zielem.
- Przyniosłem herbatę... I, oczywiście, dzisiejszą pocztę.
- Doskonale. Mów, co dzisiaj słuchać w szerokim świecie, bo co się u nas dzieje to wiem aż za dobrze - rzekł Saruman, odbierając od sługi filiżankę i siadając na krześle, stojącym tuż przy zagraconym biurku.
Gríma rozpoczął segregację poczty.
- Jest jeden list... ale nie ma nadawcy. Jednak, sądząc po charakterze pisma na kopercie i jej wyglądzie to...
Saruman uniósł jedną brew.
- Sądzisz, że to od...
Gríma skinął twierdząco głową.
- Później przeczytam - rzekł Saruman. - Co dalej?
- Przyszedł jeszcze nowy "Mordownika"...
- To już jest kolejny numer? Chyba przyspieszyli cykl wydawniczy. Daj, to przejrzę od razu... Cóż za zmiany widzę, zwiększyli objętość do całych ośmiu stron!
Saruman zabrał się do lektury czasopisma, od czasu do czasu popijając łyk herbatki.
- Coś jeszcze? - zapytał, przeglądając pobieżnie doniesienia z frontu, zatytułowane: "Na Zachodzie bez zmian".
- Jest jakiś anonim - rzekł po chwili Gríma z lekkim wahaniem, patrząc na zwinięty w rulon, duży, zielony liść, przewiązany sznureczkiem ze splecionych włókien. Bez nadawcy.
- Przeczytaj.
Gríma rozwinął liść. Na środku, dużymi, topornymi literami zapisano:

Ziemia drży,
Niebo grzmi,
Kamień pęka,
Las jest u twoich drzwi.

Zemsta cię nie minie, morderco drzew!

Gríma odczytał tą ubogą, ale jakże wiele mówiącą treść i podniósł wzrok znad listu, by zbadać reakcję Czarodzieja.
Saruman przez chwilę ćmił fajkę bez słowa, puszczając regularne kółeczka jasnego dymu, po czym ponownie nabił ją zielem, dość mocno ugniatając zasuszone rośliny.
- Żałosne rymy - oświadczył wreszcie z pogardliwym uśmieszkiem. - Aleee się boję...
- Kto to mógł napisać? - zapytał Gríma ostrożnie. - Elfowie?
- Elfowie by ułożyli na ten temat epopeję wierszem i to trzynastozgłoskowcem, na co najmniej dwanaście ksiąg, z obowiązkowym epilogiem - rzekł zgryźliwie Saruman. - Oczywiste jest, że ten tak zwany anonim, pochodzi z Fangornu.
- Ale... to już chyba teraz nie ma sensu, kiedy... - Gríma ugryzł się w język, bo prawie wspomniał o jednym z trzech tematów zakazanych.
- Miało sens... Zanim... Właśnie - mruknął Saruman, przygryzając cybuch fajki. - Ale w Fangornie wszystko działa, jak widać, szybko inaczej. Nawet poczta idzie pół roku... Nieważne w każdym razie. Jest coś jeszcze interesującego?
- Nie. Chyba że jesteś, panie, zainteresowany osiemdziesięciu dwu częściowym zestawem porcelany.
- Co takiego?
- Ulotka przyszła - odrzekł Gríma. - Są dostępne cztery wzory na modłę Śródziemia...
- A isengardzki jest? - zapytał z nagłym zainteresowaniem Saruman.
- Nie ma. Tylko gondorski, rohański, elficki i z Shire.
- Dyskryminacja - oświadczył lodowatym tonem Czarodziej.

* * *

- Stój gdzie stoisz, poczwaro! Nie lękam się ciebie! - wykrzyknął Legolas, celując z łuku w Nazgula, który zatrzymał się o kilkanaście kroków od obozu, bynajmniej nie przestraszony tą deklaracją elfa.
- A w kaptur chcessssz?! - zasyczał, sięgając ku rękojeści miecza, skrytej pod obszarpanym płaszczem.
Miast tego natrafił jednak na skórzaną torbę pocztową. Przypomniał sobie, że jest tutaj nie służbowo, a jako przedstawiciel Nazgul Horse Ekspress i w związku z tym nie ma czasu na przyjemności; skrócenia elfa o głowę musiał odłożyć na inną okazję. Toteż, siląc się na "ssspokojny" ton, rzekł:
- Przybywam tutaj z pocztą. I jessstem pewien, że dla ciebie nic nie mam. Bądź więc łassskaw zejśśść mi z drogi.
- Ha! To na pewno jakiś podstęp Nieprzyjaciela. Nie wierzę takim jak ty!
Elf wyglądał na upartego i zanosiło się na to, że faktycznie jest gotów przeszkodzić Nazgulowi w wypełnianiu obowiązków. Zdenerwowany tą możliwością Upiór Pierścienia był już gotów sięgnąć po miecz, aby usunąć tę irytującą przeszkodę. Potem mógłby zawsze wytłumaczyć się, że taki rozwój wypadków stał się konieczny i poprzeć to odpowiednim punktem z kodeksu NHE, a wtedy nikt nie miałby prawa mieć do niego pretensji. Jednak ostatecznie do użycia ostrych argumentów nie doszło; na szczęście dla Legolasa, w polu widzenia Nazgula pojawiły się inne osoby.
- O co chodzi? - zapytał Éomer, kolejno przenosząc wzrok z Nazgula na elfa, a potem jeszcze raz na tego pierwszego, tak na wszelki wypadek.
- Pojedynek! - ucieszył się Gimli. - Tego właśnie brakowało na dobry początek dnia!
Hobbici wyjątkowo siedzieli cicho, dobrze pamiętając swoje przygody z Czarnymi Jeźdźcami jeszcze na początku wyprawy. Natomiast Aragorn na widok Nazgula lekko pobladł, jednak bynajmniej nie z powodu doświadczeń na Amon Sul. Obieżyświat domyślał się jaki jest prawdziwy powód przybycia Upiora Pierścienia i obawiał się tego, co mogło za chwilę nastąpić. Gdyby chodziło tylko o taką drobnostkę jak atak na obóz, Aragorn zapewne odetchnąłby z ulgą.
Nazgul, korzystając z tego, że przeklęty elf się na chwilę odczepił, sięgnął do swojej torby pocztowej i wyciągnął przesyłkę, z którą tu przybywał. Nie zwlekając, rzekł głośno, tak by wszyscy obecni go słyszeli:
- Lissst od pani Arewny, czy tam Arweny z Rivendell, mniejsssza z tym, w każdym razie taka czarna i pysssskata, do Aragorna, syna Arthorna, syna Aradora i tak dalej na "A", zwanego także Obieżyśśświatem vel Łazikiem, Ssstrażnikiem, Dunadanem i Thorongilem; ressszty imion nie pomnę. Jessssst tu taki? - zapytał Nazgul, ściskając w szponiastej ręce kopertę.
Aragorn wykazał się refleksem. Ledwie posłyszawszy imię Arweny, schował się za Éomerem, nie bacząc na jego zdziwione spojrzenie; teraz syknął cicho, zwracając tym samym uwagę wszystkich zgromadzonych i zdecydowanym spojrzeniem spod ściągniętych brwi nakazał im milczenie. "Nie ma mnie tutaj, nie istnieję i w ogóle wyjechałem do Haradu" - zdawał się mówić. Zdecydowanie uciszył Merry'ego, zasłaniając mu usta, kiedy ten chciał lekkomyślnie wyrwać się z odpowiedzią, że owszem, adresat jest obecny. Puścił go dopiero, gdy upewnił się, że hobbit nie piśnie ani słówka.
Tymczasem Nazgul zaczynał tracić cierpliwość. Miał jeszcze sporo listów do dostarczenia i to do odległych krańców Śródziemia. Nazgul Horse Ekspress było porządną firma i z jej punktu widzenia każda powierzona tej poczcie wiadomość była równie istotna. Nie mógł tracić czasu na jedną z nich, a przecież jeszcze musiał stawić się na odprawie w Minas Morgul. A tutaj tymczasem wyniknęły komplikacje... Przez krótką chwilę, dość bezskutecznie, Nazgul usiłował wyłowić swoim słabym wzrokiem znaną mu z opisu wysoką i chudą postać Strażnika. Właściwie spotkał go już wcześniej, wtedy, na Amon Sul, gdy Aragorn podpalił mu szatę (swoją drogą epizod pożałowania godzien - strasznie nerwowi ci ludzie...). Ale jak wiadomo, wtedy okoliczności były niesprzyjające do przyglądania się bliżej komukolwiek. Niestety, wszyscy stojący przed nim w grupie, w jego niewidzialnych oczach zlewali się w jeden kształt o niewyraźnych, rozmytych krawędziach. Nizołka od elfa odróżniłby po wzroście. Ale człowieka od człowieka? Wszystko to takie podobne...
W końcu powtórzył pytanie.
- No to jessst tutaj ten Aragorn, czy nie?
Brak odzewu.
- A więc tak? - zapytał. - W porządku. Adresssssata nie odnaleziono.
Gdzieś zza Eomera rozległo się cichutkie westchnienie ulgi.
- Ponieważ to Isssengard był docelowym punktem dossssstarczenia listu, aby dopełnić procedury, odczytam treśśść lissstu publicznie. Będzie to równoważne z jego dossstarczeniem, wedle tego co mówi paragraf ssszósty podpunkt drugi nassszego kodeksssssu.
Zdawać by się mogło, ze nicość pod kapturem na wysokości ust uformowała się w bezcielesny, złośliwy uśmiech. Nazgul zabrał się do otwierania listu, oczywiście czyniąc to rozmyślnie powoli. Aragorn zaś w odwrotnie proporcjonalnym tempie zaczął wpadać w panikę. Nie ma co. Znalazł się między Minas Morgul a Cirith Ungol.
- Jak go odczytasz, skoro prawie nic nie widzisz? - nie wytrzymał Pippin. Musiał zadać to pytanie.
- Och, my Nazgule z bardzo blissssska widzimy dośśść dobrze... A ja ukończyłem kursss ssszybkiego czytania. Czytam całe sssiedemdziesiąt sssłów na minutę - rzekł Upiór Pierścienia, nie bez dumy w głosie. - A poza tym dysssponuję służbową lupą - wyciągnął spomiędzy fałd obszarpanego, czarnego płaszcza szkło powiększające.
Ostatnie nadzieje Aragorna, opierające się na przeświadczeniu, że krótkowzroczny Nazgul nie zdoła odczytać listu, rozwiały się.
Upiór Pierścienia otworzył już kopertę i trzymał kartkę w ręce.
- Ciekawe co tu mamy... może jakieśśśś ciekawe ssszczególiki odnośśśnie związku obecnej pary numer jeden w Śśśródziemiu. Jessstem pewien, że "Zwierciadło Gali" się tym zainteresssssssuje. Będą mieli o czym pisssać przez najbliższe pięć numerów.
Perspektywa artykułów w jednym z najpopularniejszych brukowców ostatecznie wpłynęła na decyzję Obieżyświata.
- To ja jestem Aragorn! - rzekł zdecydowanym tonem, wysuwając się przed pozostałych. Wyciągnął rękę po list.
- Śśświetnie! - ucieszył się Nazgul, zręcznie usuwając kartkę spoza zasięgu Strażnika. - Jessszcze tylko potwierdzenie dla nadawcy i to wszyssssstko.
Aragorn, zrezygnowany, podpisał papier i odebrał nieszczęsny list. Koniec z błogim życiem na wolności. Arwena trafiła na jego trop, zmuszając go do ujawnienia się. Oddalił się, aby spokojnie i bez świadków przeczytać na uboczu pokryty drobnym pismem pergamin.

Kochany mój! Muszę przyznać, że tym swoim ostatnim zniknięciem bardzo mnie rozzłościłeś! Ładnie to tak wymykać się bez pożegnania? Nie powiedziałeś o co chodzi, tylko tak sobie odszedłeś. Jak mogłeś? I nawet nie zostawiłeś adresu! Byłam na Ciebie bardzo obrażona, dopóki nie usłyszałam, że chodzi o jakiś pierścień. Szybko domyśliłam się wszystkiego. Kiedy nasz ślub??? Ty zawsze twierdziłeś, że "możemy z tym jeszcze trochę poczekać", zupełnie tak, jakbyś to Ty należał do Eldarów, a nie ja. A tymczasem okazuje się, że ruszasz w drogę nie z jakąś opętańczą misją ratowania świata, a po pierścionek zaręczynowy! To takie urocze i romantyczne. Jesteś wspaniały! Tylko dlaczego musisz po niego iść tak daleko? Będziesz mi musiał opowiedzieć wszystko zaraz po powrocie!
Miałam trochę kłopotów ze zdobyciem Twojego adresu, ale w końcu mi się udało. Tatuś nie chciał mi nic powiedzieć. Stwierdził tylko, że ma nadzieję, że nie wrócisz prędko stamtąd, dokąd poszedłeś. W końcu Elladan się wygadał, ale nie znał dokładnego miejsca. "Teraz to go szukaj gdzieś na południowym-wschodzie" - tak mi powiedział. To nie było zbyt miłe z jego strony, nie uważasz? W końcu udało mi się dowiedzieć, że będziesz gdzieś w Isengardzie, lub w okolicy. Najpierw chciałam wysłać list używając gołębia pocztowego, ale Radagast nie chciał żadnego pożyczyć. Twierdził, że to za daleko. Co on tam wie. A tak właściwie to gdzie jest ten cały Isengard? Gdzieś pod Lothlorien, prawda? W końcu zdecydowałam się posłać list przez Nazgul Horse Ekspress. Nazgul funkcyjny nie chciał przyjąć przesyłki, coś tam kręcił, że "gdzieś w okolicach Rohanu" to nie jest żaden adres, ale go postraszyłam szklanką z wodą i w końcu się zgodził. Musiałam to wszystko zrobić potajemnie, bo Tata zawsze twierdził, że NHE to konkurencja dla naszych Elfich Szybkobiegaczy. Widzisz jaka byłam mądra?
Trochę mi się ostatnio nudzi. Ale znalazłam sobie zajęcie - szyję dla Ciebie nową tunikę. Na pewno spodobają Ci się moje hafty. Niedługo zostaniesz królem i nie możesz chodzić taki obszarpany i niedogolony.
Całuję cię, mój misiaczku-pysiaczku. Pamiętaj o mnie!

Arwena

PS. Uprzedź mnie o swoim powrocie. Specjalnie dla Ciebie upiekę ciasto, które tak lubisz.

Aragorn westchnął i złożył list.
"Dlaczego nie poszedłem z Frodem do Mordoru..?" - pomyślał ze zrezygnowaniem.

* * *

Gríma przygotowywał przedpołudniową herbatę Czarodzieja, wlewając wrzątek do imbryczka i nucąc pod nosem jedną ze znanych w Śródziemiu melodii. Dotarł właśnie do strof: "uważaj, to nie chmury, / to lecą Nazgule...", gdy przypomniał sobie jaki jest plan zajęć na dziś.
Wizyta Gandalfa.
"To musi zakończyć się katastrofą" - westchnął w duchu. - "Nie ma szans na powodzenie".

* * *

- Dokąd wybiera się Gandalf? - zapytał ciekawsko Pippin.
Aragorn przerwał ostrzenie miecza, westchnął i podnosząc wzrok sponad klingi, spojrzał na hobbita. W tej chwili młody nizołek wybrał sobie akurat jego jako osobę, z którą będzie prowadził konwersację i nie zanosiło się na to, że prędko go opuści.
- Idzie do Sarumana na rozmowy - odparł Strażnik, przecierając zmęczone oczy. Tym razem w nocy nie nawiedził go duch Boromira ani inne zjawy, a i tak się nie wyspał. I w dodatku ten list od Arweny... Fatalnie się zaczął ten dzień.
- Przecież już tam był - stwierdził ze zdziwieniem Pippin.
- Cóż... drugie podejście... - mruknął Strażnik.
- Kto by pomyślał, że z tym Sarumanem będzie taki kłopot. Wyglądał całkiem sympatycznie.
- Cśśś - skarcił beztrosko paplającego hobbita Aragorn. - Pozory mylą. Biały Czarodziej z pewnością nie jest sympatyczny.
- A kim jest? Jest taki podobny do Gandalfa...
- Bo on też jest czarodziejem. Jednym z Istarich. Ale obrał złą drogę i...
- Jak to złą? - wpadł mu w słowo Pippin. - Pomylił kierunki świata? A może zamiast w lewo, poszedł w prawo?
- Głupiś Pip - wtrącił gniewnie Merry, podchodząc do nich. - On jest zły i podstępny. Saruman to nie Gandalf. On nie lubi hobbitów. To przez niego ci okropni urukowie zafundowali nam "wycieczkę" po stepach.
- I zabili biednego Boromira - dodał cicho Pippin, poważniejąc. - Nigdy już go nie zobaczymy...
Aragorn gwałtownie zakaszlał i zabrał się do pilnego ostrzenia swojego noża.
- No dobrze. A kim jest ten posępny człowiek w czerni? - zapytał Merry, zwracając się do Strażnika. - Czy wiesz coś o nim, Obieżyświecie?
- To ten od ryżu - ucieszył się Pippin. - Wygląda tak, jakby rzadko wychodził na światło słoneczne, ale poza tym był całkiem miły i...
- Moim zdaniem nikt, kto służy Sarumanowi, nie może być miły - przerwał mu jego kuzyn.
- Masz sporo racji - mruknął Strażnik, krytycznie przyglądając się wyszczerbionemu ostrzu szóstego sztyletu zapasowego.
- Znasz go? - dopytywał się Pippin.
- Właściwie nie - odparł Aragorn. - Trochę słyszałem o nim od Éomera i Gandalfa, a widziałem go pierwszy raz na krótko przed jego efektownym pożegnaniem z Edoras... Éomer za punkt honoru postawił sobie zemszczenie się na nim.
- A za co? - zainteresował się młody Tuk.
- Za to że ten, Smoczym Językiem zwany, beznadziejnie zakochał się w pani Éowinie, jego siostrze. Całkiem bez wzajemności.
- Tylko za to? - zdziwił się Merry.
- Niezupełnie. Smoczy Język zdradził też króla Théodena. Był szpiegiem Sarumana na dworze w Edoras - wyjaśnił Strażnik, odrywając się od polerowania łęczyska łuku.
- O, to nie było zbyt zacne z jego strony. A tak sympatycznie wyglądał...
- Pip, gdzie ty masz oczy?! On wcale nie wyglądał sympatycznie!
- Oj tam, zawsze oceniasz wszystkich po pozorach.
- Ale przynajmniej nie twierdzę, że Nazgule to równe chłopaki! Pamiętasz co było w Shire?
- Każdy się może raz pomylić... - odparł wymijająco lekko zmieszany Pippin i zaraz zmienił temat. - A od tego Smoczego Języka miałem nadzieję wydębić... to znaczy: pożyczyć, trochę ziela fajkowego.
- A skąd on mógłby mieć ziele fajkowe?! Bredzisz, Pip.
- Wcale nie. Mógł wziąć od kogoś.
- Niby od kogo?
- Jak to od kogo? Od Sarumana...
W odpowiedzi Merry wymownie popukał się palcem w czoło.
Aragorn westchnął, przestając słuchać hobbitów, gdy stwierdził, że traci wątek. Wolał nie pytać po co Pippinowi więcej ziela fajkowego, skoro podobno w strażnicy znaleźli razem z Merrym zapas, który mógłby starczyć co najmniej na pół roku. Wypalenie wszystkiego przed kilka dni byłoby naprawdę dużą sztuką. Nie poświęcając więcej tej kwestii uwagi Obieżyświat starannie sprawdził, czy żadna z jego krótkich strzał nie ma ubytków, po czym zasznurował kołczan.
Południe zbliżało się nieuchronnie. Niedługo mieli udać się z Gandalfem pod wieżę. Aragorn ciągle zastanawiał się dlaczego Czarodziej wybrał właśnie jego. Może trzeba było zaprotestować bardziej zdecydowanie i wkopać w to zadanie Legolasa? Albo Éomera. O tak, on na pewno by się o to nie obraził.

Aragorn stał tuż przy zrujnowanej bramie, spoglądając w kierunku Orthanku. Nawet w promieniach południowego słońca, świecącego na bezchmurnym niebie, wieża sprawiała dość ponure wrażenie.
- Czy jesteś gotów? - zapytał Gandalf, stając obok niego. - Już pora.
- Tak - odparł Strażnik. - Możemy iść.
Ruszyli niespiesznie w kierunku wieży.
- Czy radziłeś się entów, Gandalfie? - zapytał Aragorn.
- Jeszcze obradują. Dopiero jutro skończą. A zresztą... stwierdzili już wcześniej, że Saruman to moja sprawa. I mają rację. Tak...
Przez chwilę szli w ciszy. Musieli nieco nadłożyć drogi, aby ominąć wielką kałużę - jedną z pamiątek po powodzi. Nagle Gandalf rzekł, bez żadnego wstępu:
- Świat się zmienił, Arathornie...
- Aragornie - poprawił go Strażnik.
- Co? A, tak, tak, Aradorze.
- Aragornie - powtórzył z lekkim naciskiem Obieżyświat. Gandalf miewał czasami problemy z tak przyziemnymi rzeczami, jak zapamiętywanie wszystkich imion.
- Jak już mówiłem, Arathornie, kiedyś to wszystko wyglądało zupełnie inaczej.
Aragorn dał za wygraną i tylko słuchał.
- Saruman był mędrcem, do którego zawsze można było zwrócić się o radę. To on był najdostojniejszym spośród nas. A teraz? Wystarczy tylko spojrzeć na to, co stało się z Isengardem... Jednak wciąż mam nadzieję, że jest dla niego szansa.
Aragorn skinął głową, taktownie nie przypominając, że po ostatniej kłótni z Sarumanem Gandalf życzył mu, by jego własna wieża zawaliła mu się na głowę. Po chwili znaleźli się u stóp Orthanku.
Nie musieli czekać.
Saruman, wyglądający tego dnia niezwykle dostojnie i dumnie, wyszedł im na powitanie.
- Zapraszam do środka - rzekł.
Weszli do wieży.

* * *

Gríma trzymał się z tyłu, swoim zwyczajem czając się gdzieś w cieniu pod ścianą. Gandalf nie spuszczał oka z Sarumana, a towarzyszący mu człowiek, Aragorn, sprawiał wrażenie, jakby spodziewał się zasadzki. Jednak jeżeli oczekiwał ataku co najmniej dwudziestu Uruków, to musiał się mocno rozczarować.
Saruman nie zamierzał prowadzić rozmów pokojowych w holu wieży. Ruszył przodem, prowadząc gości do wyżej położonych komnat, gdzie przyjmował oficjalne wizyty. Tuż za nim podążył Gandalf. Aragorn pospieszył za przyjacielem. Gríma, trzymając się w pewnej odległości od pozostałych, zamykał ten pochód.

- Dobrze... - rzekł Saruman. - Ciebie, Gandalfie, zapraszam do komnat. Pan, Aragornie, będzie łaskaw zaczekać tutaj. Mój sługa dotrzyma panu towarzystwa.
Gríma zrozumiał przez to, że ma nie pozwolić na to, aby Aragorn kręcił się po wieży.
Saruman zwrócił się do swego sługi:
- Gríma, idź zaparzyć herbatę.
- Herbata? - Gandalf nie wyglądał na zachwyconego tą możliwością. Najwidoczniej nie podzielał tego zamiłowania drugiego Istari.
- A co ci się nie podoba w herbacie? - zapytał Saruman, unosząc jedną brew w zdziwieniu.
- Nie masz czegoś... no wiesz, mocniejszego?
- No niestety, moja piwniczka z winami... popłynęła.
- Ach... rozumiem... To ja poproszę herbatę cynamonową.
- Dla mnie to co zwykle - rzekł Saruman. Spojrzał pytająco na Aragorna.
- Ja dziękuję - rzekł Obieżyświat, wierny zasadzie, że w domu wroga nic do ust się nie bierze.
Gríma skłonił się tylko bez słowa i ruszył wypełnić polecenie.

Zapanowało niezręczne milczenie.
Gandalf rozpaczliwie szukał jakiegoś neutralnego tematu, który pozwoliłby na nawiązanie rozmowy i stworzył jakieś podłoże do dalszej, już bardziej dyplomatycznej części dyskusji. Rozmowy o pogodzie przezornie się wystrzegał, bo istniało ryzyko, że Saruman zrobi mu wykład z meteorologii i klimatologii. Rozejrzał się po komnacie i nagle jego wzrok padł na biurko Sarumana, widoczne za otwartymi podwójnymi drzwiami, wiodącymi do gabinetu Białego Czarodzieja. Blat był pokryty jak zwykle dziesiątkami rozmaitych przedmiotów, w całości stanowiących rzeczy niezbędne Sarumanowi do egzystencji; znajdowało się tam jednak coś, czego wcześniej tam na pewno nie widział.
- Wybacz moją ciekawość, ale co to jest? - zapytał Gandalf, wskazując dziwne urządzenie stojące na biurku Sarumana. Na cienkiej nóżce znajdował się poziomo umieszczony pręt, obciążony po obu stronach dwiema kulkami. Obracał się on w sposób niekontrolowany i bez widocznej zmiany tempa.
- Perpetum mobille - odparł Saruman, nawet nie spoglądając w tamtym kierunku. - Naprawdę działa.
Urwał na chwilę i spojrzał z ukosa na drugiego Istari, jakby coś rozważał.
- Chciałbyś może zobaczyć..? - zapytał z wahaniem.
Gandalf skinął głową.

Zanim sługa Czarodzieja powrócił z przygotowaną herbatą minęło trochę czasu. Obydwaj Istari zajęli się niezobowiązującą rozmową na tematy ogólne i nie zwracali uwagi na Aragorna. Strażnik miał okazję przyjrzeć się ponuremu, lecz niepozbawionemu majestatu wnętrzu Orthanku. W małej komnacie, w której się znajdował, nie było prawie żadnych sprzętów, nie licząc dwóch krzeseł. Był to po prostu podest pomiędzy kolejnymi piętrami. Schody prowadziły jeszcze dalej na górę. Obieżyświat wolał nie dociekać ile jeszcze pięter może znajdować się nad nimi. Pomieszczenie to nie sąsiadowało bezpośrednio z gabinetem Sarumana, do którego ten zaprosił Gandalfa. Oba te miejsca rozdzielała wysoko sklepiona komnata, do której prowadziło czworo drzwi. Aragorn zajrzał przelotnie do wnętrza, taktownie nie pchając się tam za czarodziejami. Nic specjalnego, wyglądało raczej pustawo. Czarny tron i pochodnie zapewniające skąpe oświetlenie mrocznego wnętrza, zamknięte w misternych lampionach.

W końcu pojawił się Gríma. Czarna Umbarska jak zwykle sprawiła trochę kłopotu i opóźnienia były nie do uniknięcia. Gríma zaniósł herbatę czarodziejom i zostawił obu Istarich sam na sam, starannie zamykając za sobą drzwi zarówno do głównej sali, jak i na klatkę schodową.
Spojrzał nieufnie na Aragorna, który stał nieruchomo, podpierając jedną ze ścian komnaty. Gríma na wszelki wypadek postanowił nie spuszczać go z oka. Za to strażnik zapewne wolałby nie tracić z pola widzenia Gandalfa, ale tym razem nie miał nic do gadania. Dało się zauważyć, że Dunadan od czasu do czasu rzucał niespokojne spojrzenia w kierunku gabinetu, w którym znajdowali się obaj czarodzieje. Widocznie miał podobne obawy jak Gríma - że ich spotkanie zakończy się katastrofą.
Przez chwilę stali tak sobie, nie nawiązując konwersacji. W końcu Gríma złamał się pierwszy.
- Może zechcecie usiąść, panie? - zapytał w końcu, wskazując na jedno z krzeseł.
- Dziękuję, postoję... - odrzekł Aragorn odruchowo.
"Jak sobie chcesz" - pomyślał Gríma, a na głos dodał:
- Jak wolicie... Ale to trochę... potrwa.
Aragorn nic nie odparł, najwyraźniej dopasowując to stwierdzenie do tego, co już wiedział o przebiegu zwyczajowych rozmów czarodziejów.
Tymczasem Gríma usiadł na najniższym stopniu schodów, prowadzących na wyższe piętro. Było to miejsce strategiczne, pozwalające na dogodną obserwację całego wnętrze komnaty.
- To ja może jednak usiądę... - zmienił zdanie Aragorn i podszedł do jednego z krzeseł, stojącego w kącie.
- Nie na tym krześle! - krzyknął Gríma z gwałtownym przerażeniem, podrywając się ze schodów. Aragorn zatrzymał się w pół kroku i spojrzał nań zaskoczony tą reakcją. - Na tamtym - dodał już spokojniej Gríma, wskazując drugie krzesło.
- Ale co to za różnica? - zapytał Dunadan.
- Bo tamto jest... eee... trochę rozklekotane - wyjaśnił Gríma wymijająco, ponownie siadając na schodach.
Aragorn, przezornie nie dziwiąc się już więcej, bez protestu spoczął na wskazanym krześle.

Tymczasem, za zamkniętymi drzwiami, rozpoczęły się rozmowy na wysokim szczeblu. - Zechciej spocząć, Gandalfie - rzekł Saruman, wskazując wolnostojące krzesło. Sam stanął za swoim biurkiem i sięgnął po różdżkę, opartą o jego krawędź.
Gandalf na ten widok poderwał się gwałtownie, unosząc swoją magiczną laskę.
Saruman, odstawiając swoją różdżkę pod ścianę, posłał mu zdziwione spojrzenie. Jego czarodziejska laska blokowała mu uprzednio dostęp do krzesła i bez przemieszczenia jej, nie zdołałby go odsunąć.
Gandalf dyskretnie odetchnął z ulgą i, aby pokryć zmieszanie, upił łyk herbatki. Faktycznie, była całkiem dobra. Kto by pomyślał, że ten Smoczy Język się jednak do czegoś nadaje.
Obydwaj milczeli przez chwilę.
- A więc... - zaczął Gandalf i przerwał.
Saruman skinął głową zachęcająco.
- ... chciałeś rozmawiać.
- W rzeczy samej - potwierdził Biały Czarodziej.
Gandalf najchętniej zapytałby go od razu, czy oznacza to, że Saruman się poddaje, ale zdawał sobie sprawę, że mogłoby to przyczynić się do gwałtownego zakończenia rozmów. Lepiej było zacząć łagodniej.
- Rozumiem, że przemyślałeś swoje... położenie i jesteś skłonny do rozmów ugodowych. Ku zdziwieniu Gandalfa Saruman nie uniósł się gniewem, ani nie wyrzucił go z wieży, a jedynie rzekł spokojnie:
- Tak, pragnę pokoju.
Gandalf zakrztusił się herbatą.
- Mógłbyś powtórzyć?

Gríma postanowił przerwać ciszę panującą w komnacie.
- Podobno jesteście, panie, zaginionym potomkiem Isildura? - zapytał.
- Taaa... - mruknął Aragorn bez entuzjazmu.
- Zdaje się, że niezbyt się radujecie z tego powodu? - drążył dalej Gríma, nie bacząc na taktowne wyczucie.
- A z czego tu się cieszyć? I tak nikt to w to nie wierzy. Mam przez to tylko same kłopoty. Tylko jedna taka się na to narwała. Zawsze chciała wyjść za mąż za króla no i masz... Ubzdurała sobie, że ją kocham i teraz się nie chce odczepić...
- A, pani Arwena z Rivendell - rzekł Gríma, najwyraźniej całkiem nieźle zorientowany w całej sprawie.
Obieżyświat spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- A ty skąd o tym wiesz?
Gríma już chciał powiedzieć, że przeczytał w "Mordowniku", ale na szczęście w porę się powstrzymał.
- Coś mi się obiło o uszy - mruknął, po czym westchnął i zmienił temat. - Nie wy jedni, panie, nie macie lekko w życiu...
- Niech zgadnę... Masz zapewne na myśli siebie? - zapytał Aragorn.
- Nie inaczej - skinął głową Gríma. - Nie znalazłem zrozumienia ani tutaj, ani tym bardziej w moim ojczystym kraju i cóż...
- I z tego powodu trzeba było od razu zdradzać? - zapytał sceptycznie Obieżyświat.
- Któż od razu mówi, że zdradzać? - zdziwił się Grima. - Wyniknęły pewne okoliczności... No i ostatecznie znalazłem się tutaj. Nawet gdybym teraz chciał odejść to i tak nie mogę, bo wiąże mnie tutaj dożywotni kontrakt.
- To faktycznie nie brzmi dobrze - stwierdził ze zrozumieniem Aragorn.
- W istocie.
- Ale zapewniam cię, że i tak nie chciałbyś być na moim miejscu. Pierwszy z brzegu przykład: nie jestem mile widziany w Gondorze...
- A ja w Rohanie.
Milczeli przez chwilę. W końcu Aragorn odezwał się znowu:
- Każdy czegoś ode mnie chce, a i tak, kiedy coś zrobię to nigdy nie jest dobrze.
- Brzmi znajomo. A ja muszę spełniać wszystkie rozkazy Sarumana i nawet nie mogę zaprotestować... Moje zdanie nic nie znaczy.
- Mnie też nikt nie słucha. Do czasu, aż trzeba dowodzić jakąś bitwą. Oczywiście stojąc w pierwszej linii.
Gríma skinął głową, uznając, że Aragorn chyba jednak go przelicytował.
- Jednakowoż nie masz problemów, panie, z szaleńcem, który chciałby skrócić cię o głowę.
- To rekompensuje niechciana narzeczona, która znalazłaby mnie nawet w Haradzie.

- Posłuchaj mnie, mój... przyjacielu - Saruman nieco zawahał się przy tym niezwykle trudnym zwrocie, ale po chwili gładko kontynuował - jestem skłonny do pewnych ustępstw. Ale z drugiej strony oczekuję również tego samego.
- Co dokładnie proponujesz? - zapytał Gandalf.
- Na początek wyno... to znaczy, odjeżdżacie z Isengardu, oczywiście zabierając ze sobą entów. A potem pomyślimy...
- No tak, to jest do zaakceptowania... - zgodził się Gandalf w pierwszym momencie, po czym zreflektował się natychmiast. - Jak to "potem"?
- Nie zgadzam się na rolę jeńca - w oczach Sarumana przez moment dało się dostrzec błysk gniewu, jednak znikł on tak szybko, że sam Gandalf nie był pewien czy go istotnie widział.
Gandalf postanowił spróbować ostatni raz:
- Teraz, gdy poniosłeś porażkę, twoi dawni sprzymierzeńcy odwrócą się od ciebie. My, w przeciwieństwie do nich, nie pragniemy twojej klęski, chociaż twoje działania przyniosły szkodę wielu ludziom. To wszystko to kwestia porozumienia. Czy jesteś teraz gotów, by spróbować naprawić zło, które wyrządziłeś? - mówiąc to Czarodziej bacznie obserwował reakcję swojego rozmówcy.
Jego przypuszczenia potwierdziły się. Saruman po prostu nie potrafił im zaufać. Widać to było w spojrzeniach, które rzucał, chociaż same jego oczy nie wyrażały nic. Nie był w stanie ukryć przebijającego spod maski pozornej uprzejmości zaniepokojenia. On wiedział, że jego los jest uzależniony od tego, co przeznaczą mu w udziale jego wrogowie. Wrogowie! Gandalf ze smutkiem pomyślał, że nie zasiada przed nim ten sam mędrzec, którego kiedyś znał.
Saruman westchnął, spoglądając w zamyśleniu na swoją pustą filiżankę po herbacie.
Zmarszczył brwi i Gandalf był już pewien, że odmówi, kiedy ten rzekł:
- Jestem gotów.
Gandalf naprawdę był szczerze zdziwiony. Ale też, musiał to przyznać w duchu przed samym sobą, uradowany z takiego obrotu sprawy.

Saruman i Gandalf wyszli z komnaty, przerywając tym samym rozmowę Grímy i Aragorna w momencie, gdy obaj doszli do wniosku, że ich życie jest jednakowo beznadziejne.
- Sam odprowadzę naszych gości do drzwi - rzekł Saruman do Grímy. - Zostań tutaj.
Gríma skinął głową. Wszyscy trzej poszli na dół, a on sam postanowił udać się do gabinetu Sarumana po filiżanki i trochę posprzątać. Zabierając je z biurka przesunął przez przypadek jakiś stos książek. Księgi zepchnęły coś ze stołu. Coś okrągłego, co ciężko stuknęło o posadzkę i potoczyło się prosto ku otwartym drzwiom. Gríma odwrócił się gwałtownie i dostrzegłszy czym jest ów przedmiot, poczuł jak temperatura spada mu do zera.
Palantír.
- Już nie żyję - rzekł do siebie grobowym tonem, spostrzegając, że palantír właśnie spada ze schodów, ku którym się potoczył.

Palantír nabrał prędkości, podskakując niczym piłka na kolejnych stopniach, na ostatnim zakręcie odbił się od ściany, przywalił w donicę ze zwłokami kwiatka, co dobiło ostatecznie zarówno roślinę, jak i donicę, po czym spadł Gandalfowi na odcisk w najmniej odpowiednim ku temu momencie - kiedy ten obiecał Sarumanowi, że w rozmowach z Théodenem i entami weźmie jego stronę.
Wydarzenie to miało, jak łatwo przewidzieć, opłakane skutki i wpłynęło znacząco na zmianę stanowiska Gandalfa.
- Tego już za wiele, Sarumanie! Pokoju pragniesz, a zamachy na mnie przeprowadzasz?! Przed chwilą byłeś gotów do ugody, a teraz znów skryte ataki? Jakżesz mogłem tak dać się nabrać... A przez chwilę ci wierzyłem...
- Ale...
- Żałuję, ale tym ostatecznie przekreśliłeś swoje szanse. Żegnam. A to zabieram jako wiano - Gandalf podniósł palantír i, nie oglądając się za siebie, z godnością opuścił wieżę. Aragorn, nie zwlekając, podążył za czarodziejem.
Saruman przez chwilę spoglądał za nimi, utraciwszy zdolność ruchu, myśli i mowy. Dopiero po kilku minutach dotarło do niego, że właśnie stracił ostatnią szansę ugody. I palantír. Za jednym zamachem.
Po chwili jego wzrok padł na Grímę, stojącego na półpięterku, który doskonale wiedział, że tym razem udało mu się przekroczyć pewną niewidzialną granicę. Saruman powoli uniósł swoją różdżkę, odetchnął głęboko trzy razy i nagle syknął:
- Tym razem koniec z miłosierdziem. Jak ja mogłem wziąć takiego idiotę na służbę?!!! Chyba miałem jakieś zaćmienie umysłu. Przecież za to coś ty zrobił to ja cię ukatrupię!!! Gołymi rękami!!!
- Ależ mój panie... kto ci będzie herbatę robił codziennie rano?
Saruman ruszył w jego kierunku. Gríma zaczął się powoli cofać.
- Herbatę? - zapytał Czarodziej sam siebie i zatrzymał się na chwilę, zastanawiając się. Gríma również stanął, w nadziei, że wizja braku herbaty powstrzyma Czarodzieja. Ale się przeliczył.
- Piorun bierz herbatę! - warknął Czarodziej i zaskakująco żwawo, jak na swój wiek, skoczył ku schodom.
Gríma wykazał się refleksem i zaczął zmykać.
Zajęty ratowaniem swojego życia nie myślał na razie o tym, co będzie, gdy skończą mu się schody.

c.d.n.




Odcinek 9

Strona Główna      
Z Ostatniej Chwili      
Kącik Poezji      
Teatrzyk      
Opowiadania      
Galera      
Sklepik      
Forum Romanum      
Goście Adiemusa      
Linki      
Rozbrykany Balrog      
Lista mailingowa      



:-)



Książka Skarg i Wniosków      



Ta witrynka nie wysyla
cookies. Jeżeli lubisz je
kolekcjonować, kliknij
prawym klawiszem na
poniższe ciasteczka
i zapisz je sobie
gdzieś na dysku.

bardzo lekkostrawne, tylko 8kB

Podoba Ci się
na mojej stronce?
Klikaj śmiało!
20rings - 20 najlepszych stron tolkienowskich