Witaj na mojej stronce!

 

Pantera:

Isengard

VI. Niezapowiedziane wizyty

Gríma zwinnym ruchem poderwał się z kamienia i odsunął od Rohirrimów o kilka kroków. Oczywiście nie była to wystarczająco bezpieczna odległość, ale przynajmniej nie miał ich za plecami.
Jeźdźcy ani drgnęli, spoglądając na niego zimnym wzrokiem. Nie miał wątpliwości, że go rozpoznali. A nawet jeżeli nie - w końcu nie wszyscy Rohańczycy musieli go znać z widzenia, to i tak nie dadzą mu stąd odejść. Gríma czarno widział swoją przyszłość. Znalazł się w bardzo niefortunnej sytuacji. Tym bardziej, że do trójki zwiadowców dołączyło kilkunastu Rohańczyków, otaczając go zwartym pierścieniem. Był to popisowy manewr Jeźdźców, którego wykonanie mieli doprowadzone do perfekcji. Nie sposób było wyślizgnąć się z takiej pułapki.
"Rohirrimowie? Tutaj?" - zastanawiał się gorączkowo. Pomimo tego, że za kilka minut mógł się rozstać z tym padołem, jego umysł pracował wystarczająco przytomnie, by zdołał sobie przypomnieć o przegranej bitwie w Helmowym Jarze. Można było się spodziewać, że zwycięzcy pojawią się u bram pokonanego. Prędzej czy później. Szkoda tylko, że nie wpadł na to wcześniej. Wtedy na pewno nie byłoby go na tym przeklętym kamieniu, który oczywiście znajdował się przed jedną bramą wjazdową do Isengardu (która dalej pełniła tę funkcję, nawet jeżeli została nieco zdewastowana).
Ciszę i zarazem jego rozmyślania przerwało poruszenie wśród Jeźdźców. Gríma po chwili poznał jego powód.
- A kogóż to widzimy? - posłyszał za sobą jakiś głos i obrócił się czym prędzej w kierunku, z którego on dochodził. Z tyłu, za kręgiem Rohirrimów błysnęła biel i srebro. Powoli i majestatycznie, pomiędzy wierzchowce Rohańczyków wkroczył potężny rumak, bez ogłowia i siodła, o niezwykłej, srebrzystoszarej maści. Rosłe rohańskie konie jakby przy nim zmalały. Dosiadał go jeździec w bieli. - Imć Żmijowy Język! - rzekł, spoglądając na niego bystrym wejrzeniem ciemnych oczu, podobnych do żarzących się węgli.
- Gandalf - szepnął Gríma, patrząc ze strachem na Czarodzieja. Jego obecność w Isengardzie nie wróżyła nic dobrego.
- Dobrze wiedzieć, że mnie poznajesz, Gadzi Języku - odparł Gandalf.
- Smoczy Języku - spróbował sprostować Gríma.
Czarodziej nie zwrócił na te słowa żadnej uwagi i kontynuował:
- Jak widać, los obrócił się przeciw tobie, Robaczywy Języku. Chyba nie zastałeś w Isengardzie wszystkiego w takim porządku, w jakim się spodziewałeś...
- Można by to tak nazwać... - mruknął pod nosem Gríma.
- Chyba pamiętasz, cośmy ci obiecali, jeżeli dojdzie do kolejnego naszego spotkania...
- Nie sposób byłoby zapomnieć - rzekł Gríma, powiódłszy wzrokiem po szeregu wymierzonych weń włóczni, którymi najeżony był pierścień rohirrimskich jeźdźców.
Czarodziej nie zdążył rzec nic więcej, bowiem pomiędzy wierzchowce Rohańczyków, którzy zresztą prędko i ochoczo się rozstąpili, gwałtownie wpadł jeździec na rumaku o ognistokasztanowej maści. Hełm jego wieńczyła kita białego końskiego włosia.
- Co takiego?! Smoczy Język jest tutaj? - wykrzyknął. Błysnęło ostrze dobywanego miecza. - To mnie cieszy bardziej, niż można by się spodziewać - rzekł cichym, lecz groźnym głosem Jeździec, w którym Gríma, nie bez przerażenia, rozpoznał Éomera. - Nadszedł czas naszego rozrachunku, gadzie!
Éomer natarł na niego koniem. Gríma nie miał się gdzie wycofać, chyba że na ostrza włóczni nadstawionych przez Rohirrimów. Groźny błysk w oczach Trzeciego Marszałkach Marchii sprawił, że Gríma zaczął robić pospieszny rachunek sumienia, w poszukiwaniu chociażby jednego dobrego uczynku dokonanego w całym swoim życiu.
Gandalf obserwował całą sytuację jakby z boku, nie wtrącając się. Najwyraźniej pozostawił Rohirrimom decyzję co czynić z wrogiem.
Éomer nie zastanawiał się długo. Gríma zdołał dostrzec tylko błysk ostrza i odruchowo zamknął oczy.
- Stać!
Gríma odważył się ostrożnie spojrzeć. Pierwsze co dostrzegł to sztych miecza, który zatrzymał się od jego gardła w odległości czwartej część cala.
Wśród jeźdźców pojawił się król Théoden.
"Z Barad-dur pod Orodruinę" - pomyślał Gríma, ujrzawszy go. Nie śmiał spojrzeć swemu byłemu władcy w oczy.
- Co tu się dzieje? - zapytał król.
Éomer pospiesznie udzielił krótkich wyjaśnień:
- Królu mój! Wjechawszy na ziemię tego przeklętego Czarodzieja nie napotkaliśmy żadnych wrogów. Zapewne te tchórzliwe stwory skryły się w swoich plugawych norach. Ale za to natknęliśmy się na tego oto tutaj gada - sztych miecza ukłuł Grímę pod obojczykiem, tak żeby nie było wątpliwości o kogo chodzi. - Królu, pozwól mi zatem w swoim imieniu wymierzyć sprawiedliwość temu oto zdrajcy naszej umiłowanej ojczyzny...
I tak dalej w tym stylu...
"Na litość!" - pomyślał Gríma. - "Jeżeli masz mnie zabić to zabij, ale przestań wreszcie gadać..."
Jednak nim Théoden zdążył coś odpowiedzieć, w krąg jeźdźców wjechał jeszcze jeden. Wyróżniał się spośród Rohirrimów nie tylko innym ubiorem, ale i wyglądem. Gríma rozpoznał w nim Aragorna. Podobno był potomkiem Isildura, który nagle cudownie odnalazł się po latach. Grímie osobiście ta historia wydawała się mocno naciągana. Jednak akurat w tej chwili nie miało to większego znaczenia. Za bardziej istotne należało uznać to, że Aragorn odezwał się całkiem sensownie:
- Éomerze, tak się nie godzi!
Éomer spojrzał nań z wyraźnym zdziwieniem.
- Jakżesz to? Przecież to zdrajca, szpieg i...
- Owszem - przyświadczył Aragorn. - Jednakże mordowanie z zimną krwią godzi w twój honor, Éomerze.
- Mordowanie... - mruknął pod nosem Éomer. - W tym przypadku to po prostu wymierzenie sprawiedliwości, ot co.
Wśród Rohirrimów rozległy się potakujące głosy.
- W ten sposób nie będziesz lepszy od niego. Czyż potomkowi dumnego rodu Eorla przystoi zabić bezbronnego?
Éomer zerknął z ukosa na Grimę, zamyślił się na moment, po czym rzekł:
- Ten jeden raz... Mój honor jakoś to przeżyje.
Aragorn pokręcił głową.
- Jeden raz wystarczy by zejść ze ścieżki prawości.
- Ośmielę się twierdzić, że przesadzasz Aragornie. Ten gad niewiele lepszy jest od orka.
- Ale to jednak człowiek.
- Dobrze, że mi przypomniałeś - warknął pod nosem Éomer. - Bo już zdążyłem prawie zapomnieć.
- Jeden z Rohańczyków...
- Sam wyrzekł się swojego pochodzenia, idąc na służbę do tego przeklętego czaronoksiężnika! Ale cóż, w drodze wyjątku obiecuję, że nie będę się znęcać... za bardzo.
Gríma odrobinę się zaniepokoił i zerknął na Aragorna. Na jego szczęście, Strażnik nie odpuścił.
- Przecież nie zawsze był zły. A teraz, zabijając go, nie będziesz lepszym od niego. Gríma wbrew woli zastanowił się, czy powinien wziąć to za zniewagę. Po chwili jednak stwierdził, że mu wszystko jedno; byleby ujść z życiem!
- Lepszy, nie lepszy... Jeżeli jakoś to ujmie memu honorowi, to uroczyście obiecuję ten dług spłacić - rzekł Éomer. - Niejedna jeszcze bitwa przed nami.
- Tak, to prawda - zgodził się Aragorn, na chwilę odchodząc od zasadniczego tematu. - Nieprzyjaciel na wschodzie wciąż jeszcze trwa i rzuci ku nam zastępy swoich mrocznych sług. Jednak nawet gdybyś pokonał ich wszystkich sam jeden, nie zmaże to skazy na twoim honorze...
Gríma westchnął bezgłośnie, niezauważalnie odsuwając od siebie sztych miecza.
"Kolejny cierpiący na nadmiar patosu w każdej wypowiedzi" - pomyślał.
Aragornowi i Éomerowi dokończyć tej niezwykle zajmującej rozmowy, dotyczącej znaczenia honoru w życiu prawdziwego rycerza, bowiem (ku szczerej radości słuchaczy, z których część zaczynała już dyskretnie ziewać) ich dysputę przerwało nadejście kolejnych osób.
Naprzód dało się słyszeć głośne narzekanie:
- Ani jednego orka! Skandal! Liczyłem na co najmniej tuzin na rozgrzewkę, a tutaj żadnego zajęcia dla mojego topora!
- Mój drogi Gimli, w życiu liczy się jeszcze parę innych rzeczy niż ścinanie orków...
- No nie! Tylko nie zaczynaj jednego z tych swoich patetycznych wykładów o celu egzystencji, Legolasie!
Do jeźdźców dołączyli elf i krasnolud, którzy zatrzymali się obok wierzchowca Aragorna. Przyszli pieszo - elf prowadził konia o siwej maści, a krasnolud ściskał w rękach topór, uważnie lustrując teren, w nadziei, że jednak trafi się coś, co da się nim ściąć. Ujrzawszy zaistniałą sytuację skomentował:
- O, ale fajnie! Będą kogoś szlachtować?
- Gimli! - rzucił z naganą Legolas.
- No co? - zdziwił się krasnolud.
Przez chwilę panowała cisza, jednak Aragorn i Éomer nie zdołali podjąć swojej konwersacji, gdyż znów im skutecznie przeszkodzono. Tuż za Legolasem i Gimlim pojawiły się dwie małe postaci. Hobbici stanęli obok swoich towarzyszy, spoglądając na całą złożoną sytuację z żywym zainteresowaniem.
Pippin spojrzał kolejno na wszystkich zgromadzonych, a dopiero na końcu przeniósł wzrok na postać w czerni - Grímę, znajdującego się w centrum tego wszystkiego, ale wyglądającego przy tym nad wyraz niepozornie, zupełnie tak, jakby to nie od niego wszystko się zaczęło.
- Patrz Merry - rzekł Pippin do swojego kuzyna, pociągając Brandybucka za rękaw i wskazując na Grímę. - To ten miły człowiek, z którym rozmawiałem o rolnictwie!
Rzekł to oczywiście na tyle głośno, by wszyscy zgromadzeni mogli to usłyszeć. Nie bez przyczyny więc wszystkie spojrzenia skierowały się na Grímę.
"Ale obciach" - pomyślał z zażenowaniem.
- Cóż rzekłeś, niziołku? - zapytał Gandalf, podjeżdżając na Cienistogrzywym do Pippina. - Widziałeś go tu już wcześniej?
- Jego? Ależ oczywiście. Porozmawialiśmy chwilę całkiem miło. Chociaż tak po prawdzie mówiąc, nie byłem pewny czy to nie jakiś wariat... O dziwne rzeczy mnie pytał...
- Aha! - wtrącił się Éomer, piorunując Grímę wzrokiem. - Wydało się! Pewnie znów szpiegował, a od niczego nie podejrzewającego niziołka chciał zdobyć informacje o naszych działaniach!
Na szczęście dla Grímy Pippin sprostował błędne wnioski Éomera.
- Ależ skąd, porozmawialiśmy tylko o uprawach na tym terenie. Kiepsko to wygląda swoją drogą...
- Uprawach? - Gandalf spojrzał na Grímę w dość zagadkowy sposób.
Ze swojej strony Gríma najchętniej zapadłby się pod ziemię, tak gdzieś na głębokość bezdennych czeluści Morii.
- Taaak... - mruknął Gandalf, jeszcze przez chwilę mrożąc Grímę spojrzeniem, po czym nagle zmienił temat, jakby o nim zapominając. - Nasz cel jest jasny - spojrzał po obecnych, upewniając się czy wszyscy słuchają. - Z Sarumanem trzeba się koniecznie rozmówić. Żywię nadzieję, że okaże odrobinę rozsądku i posłucha dobrej rady - stwierdził stanowczo Czarodziej. - Powinniśmy natychmiast wyruszyć pod wieżę.
- A co z nim? - zapytał jeden z Jeźdźców, wskazując na Grímę, który żywił nadzieję, że może o nim zapomną.
Decyzja dotycząca tego, co uczynić z byłym doradcą, należała właściwie do Théodena, ale zanim król zdążył się zorientować, że do niego zostało skierowane pytanie, z boku posypało się kilka życzliwych propozycji.
- Zabić! Należy się gadowi!
- Wbić na pal!
- A może wykorzystać go jako cel ćwiczebny?
- Czemu nie? Jako doradca był do niczego, to może teraz by się w końcu do czegoś przydał...
- Co za prymitywna zgraja - mruknął pod nosem Legolas, z niechęcią patrząc na Rohirrimów.
- No co chcesz - powiedział Gimli z uciechą. - Od razu widać, że chłopcy potrafią się zabawić.
Wszystkie padające propozycje uciął Éomer, wypowiadając złowrogim głosem kilka słów, które się Grímie zdecydowanie nie spodobały.
- Dajcie go mnie - rzekł, jakby od niechcenia, niby przypadkiem kładąc dłoń na rękojeści miecza. - Już ja znajdę dla niego... zajęcie.
Gríma pomyślał, że to zajęcie to najpewniej dać się posiekać na plasterki.
Jednak Gandalf zadecydował inaczej.
- Nie - stwierdził Czarodziej po krótkim namyśle. - Jaszczurzy Język pójdzie z nami, może się jeszcze przydać.
Słysząc owo: "może się jeszcze przydać" Gríma nie miał najlepszych przeczuć. Wyglądało na to, że egzekucja, poprzedzona różnymi niezbyt miłymi zabiegami, tylko się odwlekła. Ale przy przewadze trzydziestu do jednego mógł tylko rozejrzeć się na boki wzrokiem schwytanego w pułapkę zwierzęcia, bez żadnych szans na wyślizgnięcie się zeń.

* * *

Gandalf dotarł na szczyt schodów i podszedł do drzwi. Pociągnął za sznur dzwonka, znajdującego się po ich prawej stronie. Nie wywołało to żadnego efektu - nie rozległ się żaden dźwięk. Czarodziej zmarszczył brwi, zdziwiony.
- To nie ma sensu - poinformował Gríma ze swojego miejsca. Stał nieco na uboczu, jednakże dobrze pilnowany przez oddział Rohirrimów. Wbrew swojej woli musiał przyjść ze wszystkimi pod wieżę, a teraz nie miał szans na to, by jakoś zniknąć.
- Dzwonek jest zepsuty - udzielił dodatkowego wyjaśnienia.
Gandalf obejrzał się na niego przez ramię, zastanowił się przez moment, po czym zastukał laską w odrzwia. Chwilę odczekał, po czym zapukał ponownie z tak potężnym natężeniem, że wieża najpewniej zadrżałaby w posadach, gdyby była tylko odrobinę mniej solidnie zbudowana.
Małe drzwiczki prowadzące na balkon, znajdujący się ponad schodami, uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Wyszedł zza nich Biały Czarodziej pomrukując gniewnie: "Ani chwili spokoju! Co to znów za idiota wali tam w drzwi na dole, jakby je chciał rozwalić?".
Stanął przy poręczy, opierając się o nią i spojrzał w dół, dostrzegając całe zgromadzenie. Ogarnął je pobieżnie wzrokiem, starannie kryjąc zaskoczenie, po czym zatrzymał spojrzenie na wysokiej postaci w białych szatach, stojącej na szczycie schodów.
- Gandalf?!! - wykrzyknął ze zdumieniem - Co TY tu robisz??? Wcale ciebie nie zapraszałem! Znów chcesz coś ode mnie pożyczyć na wieczne nieoddanie?
- Przyszedłem porozmawiać, Sarumanie - odparł spokojnie Gandalf. - Musimy sobie wyjaśnić parę rzeczy, nie uważasz, że czas na to?
- Taaak... - mruknął Saruman. - A od kiedy to na pokojowe rokowania przychodzi się z całym wojskiem? - spojrzał na Rohirrimów, po czym jego wzrok zatrzymał się na Grímie.
- A ty co tam robisz? - warknął. - I ty przeciwko mnie?!
- Nigdy! - zaprzeczył gwałtownie Gríma. - Ale wyniknęły pewne okoliczności... - urwał, wymownie spoglądając na Rohirrimów, których to troskliwej opiece został powierzony.
Saruman jakoś nie wyglądał na przekonanego, ale porzucił ten temat, za pilniejsze uznając inne sprawy.
- Z tobą to sobie później porozmawiam - rzekł, piorunując Grímę wzrokiem, po czym ponownie przeniósł swoje spojrzenie na Gandalfa.
- Czy możesz łaskawie udzielić mi bliższych wyjaśnień co do swoich "pokojowych zamiarów"? - zapytał Saruman jadowicie, akcentując ironicznie ostatnie słowa.
- Owszem - odparł Gandalf, nie tracąc spokoju. - Ale tylko twarzą w twarz.
- Oszalałeś? Myślisz, że zejdę na dół po to tylko, by twoi sprzymierzeńcy naszpikowali mnie strzałami?! Chyba masz mnie za głupca!
- Nie musiałbym zniżać się do korzystania z tak nędznych sztuczek, Sarumanie, aby się z tobą rozprawić. Jednakże oferuję ci pokojową rozmowę i gwarantuję, że nic ci się nie stanie - rzekł, po czym spojrzał przelotnie na Grímę i dodał. - Jak widzisz, twój sługa wciąż żyje, choć spotkał nas na swojej drodze. Ty również będziesz bezpieczny.
- Dlaczego jakoś mnie to nie przekonuje? - mruknął pod nosem Saruman. Chciał jeszcze dodać: "A los tego nędznika mnie mało obchodzi", ale przypomniał sobie, kto codziennie zaparza mu poranną herbatkę (a potem kilka kolejnych w ciągu dnia) i ugryzł się w język.
Tymczasem Gandalf nie rezygnował.
- Ostatni raz cię proszę Sarumanie - zejdź, a nie pożałujesz. To twoja ostatnia szansa... - w głosie Czarodzieja pojawiła się groźna nutka.
- Ho, ho, ale się boję - zadrwił Saruman. - Gadaj zdrów, mam lepsze rzeczy do roboty niż rozmowa z niedorobionym Białym Czarodziejem. Zmiana koloru szat nie wystarczy, żeby awansować, zawsze ci to powtarzałem, no ale ty oczywiście nigdy nie chciałeś mnie słuchać - rzekł z wyrzutem. - A teraz do widzenia i proszę mi nie robić sztucznego tłoku na schodach! - rzucił na odchodnym i zszedł z balkonu, trzaskając drzwiami.
Zapanowała konsternacja.
- Nie do wiary. Po prostu sobie poszedł - stwierdził po chwili Aragorn ze zdumieniem.
- Sarumanie, ja jeszcze nie skończyłem! - rzekł Gandalf w przestrzeń, lekko zdenerwowany.
Bezskutecznie. Na balkonie nikt się pojawił.
Éomer podjechał do Théodena i rzekł, wyraźnie rozzłoszczony:
- Królu, Gandalfie, czy nie widzicie, że on nas znieważa? Jak można się z tym godzić?! Powinniśmy rozprawić się najpierw z tym gadem - posłał Grímie mordercze spojrzenie - a potem z tym diabelskim czarnoksiężnikiem!
- No, prawda... jego zachowanie nie było zbyt miłe - stwierdził król z wahaniem.
- Powinniśmy z nim skończyć! - krzyknął Éomer. - Do boju Rohirrimowie! Forth Eorlingas!
Jeźdźcy wydali okrzyk bojowy.
W jaki sposób Rohańczycy chcieli konno zaszturmować wieżę pozostaje tajemnicą, gdyż ostatecznie do tegoże ataku nie doszło. Drzwi prowadzące na balkon otworzyły się znienacka i wyszedł z nich Saruman, wyraźnie zdenerwowany.
- Czy ten idiota długo jeszcze będzie się tak wydzierać?! - warknął.
Éomer zamilkł urażony, a Gandalf prędko skorzystał z okazji, że istnieje możliwość kontynuowania rozmowy.
- Sarumanie, to nie są żarty. Nie odejdziemy stąd, dopóki wszystkiego sobie nie wyjaśnimy.
- To sobie tam długo postoicie... A zresztą, co ty chcesz jeszcze wyjaśniać?! Przegrałem w tej partii i koniec, finito - rzekł Biały Czarodziej z dezaprobatą. - A teraz możecie sobie już iść i dać mi święty spokój.
- Odejdziemy, ale naprzód musisz zejść i ze nami porozmawiać - rzekł Gandalf.
Saruman namyślał się przez chwilę, która trwała około trzech minut.
- W porządku - wzruszył ramionami i zszedł z balkonu.
Wszystkim opadły szczęki, nie wyłączając Grímy.
Nawet Gandalf nie podejrzewał, że pójdzie mu w istocie tak łatwo.

Wszyscy w napięciu oczekiwali czy Saruman w istocie wyjdzie z wieży.
Gríma zastanawiał się czy Czarodziej przypadkiem nie oszalał do reszty.
Gandalf dyskretnie upewnił się, czy Rohirrimscy łucznicy, rozstawieni tak na wszelki wypadek, dobrze się ukryli.
Théoden postanowił się nie wtrącać i pozostawić porachunki między sobą czarodziejom. Legolas i Aragorn liczyli na pokojowe rozwiązanie sporu.
Gimli miał nadzieję, że czarodzieje się nie dogadają i wywiąże się jakaś, choćby niewielka, bitka.
Éomer myślał podobnie jak krasnolud i tylko czekał, kiedy będzie miał pretekst, by wyciągnąć miecz.
Z kolei hobbici nie traktowali poważnie całego zajścia i wszystkie obserwowane wydarzenia traktowali wyłącznie jako dobre przedstawienie.
Skrzypnęły czarne wrota. Odrzwia uchyliły się nieznacznie i ukazał się za nimi Saruman. Podpierał się swoją długą, czarodziejską różdżką.
Saruman rozejrzał się uważnie, a potem, nie dostrzegłszy bezpośredniego niebezpieczeństwa, wyszedł na podest u szczytu schodów, skrycie rad z wrażenia, jakie robił - Rohirrimowie spoglądali na niego jak na czającego się węża i to wyjątkowo jadowitego.
Biały Czarodziej popatrzył na Gandalfa, stojącego u podnóża schodów.
- No i? - zapytał, z nutką zniecierpliwienia w głosie.
- Co? - zapytał zdziwiony Gandalf, jakby wyrwany ze snu. - A, tak - spojrzał na Sarumana. - Wcześniej musisz tutaj zejść, Sarumanie.
- O nie - Saruman był uparty. - Dość już tych ustępstw! Wystarczy, że wyszedłem z wieży. To ty musisz tutaj podejść!
Przez chwilę się sprzeczali i nie wiadomo jak długo by to trwało, gdyby nie wtrącił się Aragorn.
- Może po prostu stańcie w połowie wysokości schodów? - zasugerował ostrożnie.
Obydwaj Istari spiorunowało go wzrokiem, ale ponieważ pomysł był całkiem niezły, zgodzili się na to, aby wprowadzić go w życie.
- Tylko może... - odważył się dodać Aragorn - zostawcie nam swoje różdżki?
Na widok pytającego spojrzenia Gandalfa rzekł pospiesznie:
- W końcu rozmowy pokojowe winno prowadzić się bez broni w ręku, prawda?
- W zasadzie... - mruknął Gandalf bez entuzjazmu i, po krótkiej chwili wahania, oddał swoją czarodziejską laskę Aragornowi.
Saruman obserwował te poczynania w milczeniu, stojąc na środku stopni wiodących do Orthanku.
- Niech będzie - rzekł wreszcie. - Gríma - skinął na sługę.
Gríma pospiesznie podszedł do Sarumana i odebrał od niego różdżkę, a potem usunął się z drogi zarówno jednemu jak i drugiemu czarodziejowi. Wolał już zejść ze schodów i znaleźć się niebezpiecznie blisko Rohańczyków, niźli pozostać w pobliżu Sarumana i Gandalfa, gdy prowadzili swoją "przyjacielską konwersację". Znał z autopsji takie rozmowy - zazwyczaj kłótnie dwóch Istarich słychać było w całym Isengardzie. Dlatego, na widok Gandalfa zbliżającego się do Orthanku, wszyscy mieszkańcy Isengardu nagle przypominali sobie, że mają coś pilnego do załatwienia w kuźniach, albo głębokich jaskiniach. Gríma miał raz nieszczęście przebywać w Orthanku podczas wizyty Gandalfa. Wystąpiły zwyczajowe różnice poglądów, jakie prezentowali dwaj czarodzieje i w rezultacie cała wieża drżała w posadach. Nauczony doświadczeniem Gríma wolałby zawczasu poszukać jakiegoś stabilnego schronu, ale ponieważ nie miał teraz takiej możliwości, wykorzystał to, że chociaż może zejść im z drogi...
Rozmowa teoretycznie toczyła się w cztery oczy, ale i tak słyszeli ją wszyscy.
- A więc czego chciałeś? - zapytał Saruman jadowicie.
- Ustalić warunki pokoju... - odrzekł Gandalf, nie dając się sprowokować.
- Pokoju? A kto powiedział, że ja chcę pokoju? - zdziwił się Biały Czarodziej.
- Sarumanie, w twojej sytuacji...
- Musisz mi ciągle o tym przypominać?! To czysta złośliwość z twojej strony!
- O co ci właściwie chodzi? - zapytał Gandalf.
- Już ty dobrze wiesz o co!
- Ależ skąd, wytłumacz mi proszę - odrzekł Gandalf, powtarzając sobie w myśli: "spokój, równowaga wewnętrzna!".
- To by zajęło chyba całą erę - mruknął pod nosem Saruman. - Zresztą, to nie czas na pogaduchy! Gadaj, czego chcesz i wynocha!
- Bacz na swe słowa, Sarumanie! - warknął ostrzegawczo Gandalf.

Tymczasem na dole całą rozmowę na bieżąco komentowano.
- Oho, ostro pojechał - mruknął Gimli.
- Ciekawe który pierwszy zrzuci drugiego ze schodów - zastanawiał się Legolas.
- Całe szczęście, że udało im się zabrać te kije, bo doszłoby do różdżkoczynów - rzekł Aragorn, nieufnie spoglądając na magiczną laskę, którą trzymał w rękach.
Usłyszawszy to stwierdzenie, Gríma oderwał wzrok od obu czarodziejów i spojrzał ze zdziwieniem na Aragorna.
- Różdżkoczynów? - zapytał nieufnie, niepewny czy się aby nie przesłyszał.
- Tak - przyświadczył Aragorn. - Obydwaj wyglądali tak, jakby jeden drugiego zamierzał zdzielić tym kijem przez łeb. To szybsze niż rzucenie czaru...
- No, nie da się ukryć - zgodził się Gríma, spoglądając ponownie na czarodziejów.

Temperatura dyskusji wyraźnie wzrastała.
- CO??? Mam rozbroić Isengard? Mowy nie ma! Czy ty nie masz przypadkiem zbyt wysokich wymagań?
- Przypadkiem nie.
- Taaak? A może pragniesz jeszcze zdobyć klucze do Barad-dur, a także korony siedmiu królów, różdżki Pięciu Czarodziejów i moją szachownicę?
- Szachownica? W zasadzie... To znaczy, twojej różdżki na pewno nie chcę. To przestarzały model. Wziąłbym ją co najwyżej na przechowanie. Oczywiście, w zamian za dobre sprawowanie, dostałbyś ją z powrotem...
Gandalf spostrzegł, że Sarumanowi wybitnie nie spodobały się jego ostatnie słowa - nie wiadomo czy bardziej te o różdżce, czy jawne wspomnienie o warunkach. Jednak póki Saruman mu nie przerywał, Gandalf, korzystając z sytuacji, kontynuował:
- Dużo do rozbrajania to tutaj nie masz... - rzekł ze wzgardą. - Entowie dali ci nauczkę. Spójrz prawdzie w oczy Sarumanie. Isengard to jedna wielka ruina, ot co. A tak... Możesz odejść wolny, dokąd zechcesz, choćby do Mordoru, jeżeli taka jest twoja wola.
- A kto powiedział, że ja chcę stąd odchodzić?
- Do tego powinien cię skłonić choćby widok z okna.
- A może mi się taki podoba?
- Ta ruina?
- Do wszystkiego można się przyzwyczaić.
- Także do tego, że nic więcej na tej ziemi nie wyrośnie?
- Jak to? - zdziwił się Saruman. - To ryżu nie będzie? - zapytał, po czym spojrzał morderczym wzrokiem na Grímę.
Wypowiedź o ryżu wywołała konsternację wśród wszystkich, prócz Grímy, który w miejsce tego uznał, że obłoki na niebie mają bardzo interesujący kształt i zapatrzył się w nie, udając że nie dostrzega straszliwego spojrzenia Czarodzieja, do którego najwyraźniej dotarło, że dał z siebie zrobić konkursowego idiotę.
Niestety, tych kilku, skromnej wielkości obłoków, żeglujących leniwie po niebie nad Isengardem, nie dało się obserwować w nieskończoność i Gríma, chcąc nie chcąc, natrafił na lodowaty wzrok Sarumana, który nie wróżył nic dobrego.
- Sarumanie - Gandalf przerwał drugiemu czarodziejowi zabijanie wzrokiem swojego sługi - mógłbyś już przestać zajmować się tymi bzdurami i porozmawiać ze mną poważnie...
- Bzdurami? - zdenerwował się Saruman. - Dla ciebie może los Isengardu jest bzdurą, ale nie dla mnie!
- Sam doprowadziłeś do jego końca...
- Tak, najlepiej wszystko zwalić na mnie. Może od razu upadek Białej Rady to też moja wina?
- Szczerze mówiąc... - Gandalf zmarszczył krzaczaste brwi. - A zresztą, co to ma do rzeczy?
- Ma bardzo wiele!
- Jeśli o to chodzi, to ty dopuściłeś się zdrady, nie ja! A skoro już o tym mowa: kto mnie bez przerwy szpiegował?
- Masz manię prześladowczą Gandalfie! Cóż miałyby mnie obchodzić twoje poczynania?
- Tak, tak - rzucił kpiąco Gandalf - tłumacz się dalej... Że nie wspomnę o pewnym incydencie, gdy ostatnio przybyłem do ciebie z przyjacielską wizytą i prośbą o radę (łudziłem się jeszcze wtedy, żeś jest mym sojusznikiem...), a spotkałem się z niezbyt miłym przyjęciem...
- Też coś! Chciałem ci tylko pokazać jaki wspaniały widok roztacza się ze szczytu Orthanku, ale ty...
- Pokazać?! Marny byłby mój los, gdybym nie uciekł i nie ratował się desperackim skokiem z wieży..
- Raczej: potknął się i zleciał przez swoją nieuwagę - rzekł złośliwie Saruman. - Miałeś szczęście, że akurat przelatywał tędy Gwaihir, bo inaczej nie byłoby co po tobie zbierać...
- Jeślim się potknął, to tylko dlatego, żeś ty mnie popchnął. Chciałeś mej śmierci, Sarumanie!
- A nawet jeśli, to co z tego - mruknął pod nosem Saruman odrobinę za głośno, po czym zreflektował się pospiesznie. - Bzdury opowiadasz, tyle ci powiem.
- Taaak? A co było w 3002?
- 3002? - zapytał Saruman, próbując sobie przypomnieć, co trwało kilka minut. - Nie pamiętam...
- Aha, wypierasz się tego! - rzekł triumfalnie Gandalf.
- Wypieram się czego? - zapytał zdezorientowany Saruman.
- Tego, żeś przeprowadził zamach na mnie!
- Jaki zamach? Chyba coś ci się pomyliło... Doskonale pamiętam wszystkie zamachy, które... to znaczy - Saruman umilkł, odrobinę zakłopotany.
- Taaak? - Gandalf nie zwrócił uwagi na ostatnie słowa drugiego czarodzieja, uczepiwszy się pierwotnego tematu - A kto próbował mnie zepchnąć ze schodów?
- Sam się potknąłeś!
- Na specjalnie przygotowanym ku temu stopniu!
- Trzeba było patrzeć pod nogi, stary dziadygo!
- Przemądrzały ramol!
- Zgrzybiały mumak!
- Stare próchno!
- Wyleniały sęp!
- Zmurszały pień!
- Tylko nie pień! - warknął Saruman.

Wszyscy zgromadzeni na dole zaczęli lekko tracić wątek rozmowy, bowiem dwoje Istarich zaczęło wywlekać dawne konflikty, w świetle których cała sprawa wojny o Pierścień i udziału Isengardu w niej zdawała się blednąć.
Tymczasem Éomer zaczynał się niecierpliwić. Korzystając z okazji, że nikt nie patrzy w stronę jego oraz pozostałych Rohhirimów, skinął na swój oddział.
Jeźdźcy ruszyli za Trzecim Marszałkiem Rohanu, skutkiem czego Gríma drugi raz tego dnia znalazł się, wbrew swojej woli, w środku ich zabójczego kręgu (uformowanego tym razem w dwie trzecie okręgu z konieczności, bowiem brak było miejsca, by utworzyć cały pierścień). Ku swojemu zdziwieniu stwierdził, że nie zrobiło to na nim takiego wrażenia, jak za pierwszym razem.
Czyżby zaczynał się przyzwyczajać?
Éomer najwyraźniej znów czegoś od niego chciał. Trzeba było mu przyznać, że był wyjątkowo uparty, co razem z niezwykle dobrą pamięcią tworzyło szalenie niebezpieczny zestaw.
- Posłuchaj, zdrajco... - zaczął groźnym tonem.
- O, przepraszam, tylko nie zdrajca. Ja po prostu reprezentowałem inny rodzaj polityki, o orientacji proisengardzkiej - sprostował Gríma - Tyle, że w sposób utajniony - dodał.
Twarz Éomera wyrażała kompletne zdumienie.
Na szczęście dla Grímy, nim Éomer zdążył dojść do siebie, uwagę wszystkich odwrócił nagły huk na schodach. Dwie postaci zleciały z nich gwałtownie i wylądowały u ich podnóża. Przez chwilę widać było tylko kotłującą się plątaninę białych szat, nim obaj czarodzieje pozbierali się na nogi, odskakując od siebie jak dwa kozły. Wyglądało na to, że ferworze dyskusji obydwaj rzucili się na siebie, przechodząc do rękoczynów i rezygnując z otoczki pokojowej dyskusji.
- Dość tego! Nie dam się dłużej tak znieważać! - warknął Saruman, otrzepawszy swe szaty pobieżnie - Gríma, idziemy!
Gríma chętnie spełniłby to polecenie, gdyby nie problem techniczny w postaci bandy agresywnych Rohańczyków chcących go wypatroszyć za obrazę przywódcy (przez aklamację uznano to wystarczająco poważny, chociaż w tym przypadku mocno umowny pretekst).
- Powiedziałem: idziemy! - Saruman zdenerwował się w końcu. - Dość już mojego bezcennego czasu straciłem na tej bezcelowej paplaninie.
Nie zważając na Rohirrimów, przeszedł jak gdyby nigdy nic pomiędzy nimi, korzystając z przerwy w ich kręgu, dość gwałtownie odebrał swoją różdżkę od Grímy, po czym chwycił sługę za kołnierz i pociągnął za sobą, przy okazji o mało co go nie dusząc.
- Ja potrafię sam chodzić - syknął Gríma, odzyskując przy schodach wraz z przytomnością umysłu równowagę. Tutaj zdołał wywinąć się spod ręki Czarodziejowi. Dlaczego wszystko zawsze skupiało się na nim? Miał już tego wszystkiego dosyć, ale podążył za Sarumanem. Bez wątpienia było lepsze rozwiązanie, niźli pozostanie z wrogami na zewnątrz wieży.
- To jeszcze nie koniec! Jeszcze się policzymy, gadzie! - krzyknął za nim Éomer, grożąc Grímie uniesionym mieczem.
- Wprost nie mogę się doczekać - mruknął pod nosem Gríma.
Czarodzieje nie wygłaszali już żadnych deklaracji. Aragorn pomagał otrzepać się z kurzu Gandalfowi, który z trudem powstrzymywał się, by nie miotnąć za Sarumanem jakimś zabójczym zaklęciem czy czymś w tym rodzaju.
Głośny huk zamykanych wrót wieży jasno dawał do zrozumienia, że koniec rozmów na dziś.
Sytuacja pozostała nierozstrzygnięta.

c.d.n.




odcinek 7

Strona Główna      
Z Ostatniej Chwili      
Kącik Poezji      
Teatrzyk      
Opowiadania      
Galera      
Sklepik      
Forum Romanum      
Goście Adiemusa      
Linki      
Rozbrykany Balrog      
Lista mailingowa      



:-)



Książka Skarg i Wniosków      



Ta witrynka nie wysyla
cookies. Jeżeli lubisz je
kolekcjonować, kliknij
prawym klawiszem na
poniższe ciasteczka
i zapisz je sobie
gdzieś na dysku.

bardzo lekkostrawne, tylko 8kB

Podoba Ci się
na mojej stronce?
Klikaj śmiało!
20rings - 20 najlepszych stron tolkienowskich