|
Pantera:
Isengard
V. Porządki w Isengardzie
- Widzę, że jesteś na dobrej drodze - powiedział Saruman do Grímy, tuż po tym jak Urukowie i orkowie rozeszli się do pracy. - Ile to wszystko zajmie? - zapytał z ożywieniem i wyraźnie widocznym zainteresowaniem, całkowicie nieświadomy faktu, że tym samym dobija swego nieszczęsnego sługę ostatecznie.
- No więc... - zaczął Gríma - ze wstępnych ustaleń wynika... - Przerwał i zaczął studiować pusty pergamin z godnym podziwu spokojem i możliwie dużym zaangażowaniem. Musiał przyznać, że ów nieistniejący zapis planu okazał się, jak dotychczas, bezcennym źródłem inspiracji (zapewne dlatego, że widząc pustkę w jakimkolwiek miejscu, chce się ją odruchowo zapełnić - rzecz nie dotyczy oczywiście pustelników). - Cóż, rozłożenie zadań w czasie...
- Ile? - zapytał ponaglająco Czarodziej, jednocześnie (z dość uzasadnionym niepokojem) obserwując Uruk-hai, którzy nieporadnie zabrali się do porządków, a może raczej do robienia jeszcze większego bałaganu (o ile w ogóle było to możliwe). Ich czynności polegały głownie na tym, że wszystko to, co nie zostało zabrane przez powódź, a jedynie rozrzucone dookoła, zwalali na środek drogi prowadzącej do Orthanku, co zwiastowało przyszłe problemy z komunikacją.
- Rok - powiedział Gríma.
- Słucham? - zdziwił się Czarodziej, odrywając się na chwilę od obserwowania Uruków. - Dlaczego aż tyle?!
- No, tego całego obszaru to się tak od zaraz nie uporządkuje...
- Co ty mi tutaj za głupoty opowiadasz! Przecież Uruk-hai świetnie idzie... - W tym momencie Saruman dostrzegł, co robią jego podopieczni i uznał za słuszne udzielić im łagodnego pouczenia. - GDZIE WY TO NIESIECIE?!!! NIE NA SCHODY!!! WSZYSTKIE GRUZY POD MUR PRZENOSIĆ!!! - wrzasnął w ich kierunku, o mało co nie przyprawiając Grímy o zawał serca. - Wracając do tematu - rzekł już normalnym głosem - rok jest absolutnie nie do przyjęcia. Wybij to sobie z głowy.
- Miesiąc?
- Zapomnij.
- No to może chociaż... tydzień?
- Szkoda czasu. Cóż to jest? Pozbierać te trochę kamieni, desek... Nieco podniszczony mur, ale to się da łatwo załatać. No, ale tak, ta zrujnowana brama...
- Zrujnowane budynki, zrujnowane magazyny, zrujnowana tama... - mruknął pod nosem Gríma.
- Coś ty powiedział? Czy ja coś słyszałem o tamie? - Saruman spojrzał na niego badawczo.
- Nie, nie, ja nie miałem nic takiego na myśli.
- Mam nadzieję... a więc na kamienie i deski... GRUZY POD MUR MÓWIŁEM, NIE POD BRAMĘ!!! - Saruman uznał za wskazane udzielić kolejnego pouczenia, bo druga piramida, większa, zaczęła rosnąć pod (nieistniejącą już) bramą wjazdową Isengardu. Gríma spojrzał krytycznie na Czarodzieja i cofnął się o dwa kroki.
- Co to ja mówiłem...? - zapytał sam siebie Saruman. - A, już wiem. Masz czas do zachodu słońca. I przygotuj raport, rzucę na niego okiem wieczorem. Ejże, wy dwaj tam pod wieżą! Zostawcie te piszczele, czy co to tam jest, i brać się do roboty, ofiary jedne! A co do ciebie - zwrócił się na powrót do Grímy - to pamiętaj, że to ty odpowiadasz za całość.
Czarodziej ruszył na schody i zatrzymał się jeszcze przy drzwiach, po to tylko, by odwrócić się ku Grímie i rzec groźnym tonem:
- Pamiętaj, że cię obserwuję!
Wszedł do wieży, zatrzaskując za sobą drzwi i pozostawiając swego sługę w nastroju dalekim od optymizmu.
Gríma westchnął ciężko, spojrzał raz jeszcze na pożałowania godzien krajobraz kręgu Isengardu i stwierdził, że jednak trzeba było jechać na tą wojnę razem z Théodenem...
Po mniej więcej godzinie udało mu się opanować sytuację, chociaż Uruk-hai niemal przy każdym znalezionym przedmiocie mieli poważne wątpliwości co z nim zrobić. Nic dziwnego zresztą, nie byli przyzwyczajeni do samodzielnego myślenia. Komplikacje natury technicznej wywołała też konieczność rozlokowania poszczególnych przedmiotów w jako takim porządku. Toteż, aby ułatwić sobie zadanie, Gríma wprowadził w życie pewien pomysł, który, o dziwo, okazał się w praktyce całkiem nieźle funkcjonować. Aż sam się zdziwił.
- Wszystko, co z kamienia - na lewo, wszystko co z drewna - na prawo, wszystko inne tutaj na środek - zarządził, z nadzieją, że Uruk-hai przynajmniej to potrafią wykonać.
- A która to jest prawa strona? - zapytał jeden z Uruków.
Gríma z trudem powstrzymał się, aby nie złapać się za głowę, powiódł wzrokiem po Urukach, po czym zwrócił się do jednego z nich, Unkhâza.
- Wiesz, która to jest prawa strona?
Unkhâz łypnął nań spojrzeniem żółtych oczu, bez słowa sięgnął po swój krótki miecz (z którym się nigdy nie rozstawał), poważył go chwilę w dłoni, spojrzał na ostrze, po czym rzekł:
- Tak, to ta, w której trzymam miecz...
- Świetnie! - ucieszył się Gríma. - No to pokażesz kolegom.
Urukowie zajęli się układaniem szczątków, które przypominały fragmentarycznie elementy zdewastowanej bramy , a Gríma dyskretnie odetchnął, kiedy Unkhâz schował swój miecz.
Gríma zaznaczył jeszcze zdecydowanie, aby pytali się go o to, co uczynić ze znalezioną rzeczą, tylko w wypadku, jeżeli bezwzględnie nie będą mieli pojęcia co z nią zrobić. Liczył, że uda mu się w ten sposób uzyskać nieco świętego spokoju i tym samym czasu do rozmyślania nad ryżowym problemem.
Gríma miał właśnie zamiar przystąpić do dokładniejszego obejrzenia terenu, gdy nagle zauważył, że kilku orków konferuje nad czymś, co wyglądało na szczątki rusztowania. Jeden z nich kreślił coś patykiem na ziemi, dwóch innych przywlekło skądś trochę żelastwa. Gríma przez moment próbował odgadnąć, co to ma wszystko oznaczać, jednak nie był w stanie. W końcu, dostrzegłszy, że w ruch zaczynają iść narzędzia, nie wytrzymał i podszedł do grupy, chociaż wewnętrzny głos ostrzegał go, że będzie tego żałować.
- Co wy tu robicie? - zapytał.
Orkowie na chwilę oderwali się od swojego zajęcia.
- Machinę - rzekł ten, który był w trakcie kreślenia planu na ziemi.
- Na Eorla! - szepnął do siebie Gríma z przerażeniem i nieco głośniej dodał: - ale chyba nie oblężniczą?
- A gdzież tam! To nam ułatwi pracę.
"A mnie utrudni życie" - pomyślał Gríma.
- Nie możecie tego robić gdzieś indziej? Tak, żebyście nie byli tak bardzo na widoku?
Gríma miał uzasadnione obawy, że Saruman mógłby mieć pewne zastrzeżenia co do tej działalności podwładnych.
Orkowie spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Grímie się to zdecydowanie nie spodobało. Zdwoił czujność, pewien, że orkowie nie omieszkają mu zrobić jakieś drobnej złośliwości.
- Ależ oczywiście, nie ma żadnego problemu - rzekł jeden z orków przesadnie głośno, kątem oka zerkając na kompanów.
- Niech się Smoczy Język nie martwi, dla niego zrobimy wszystko - dodał inny.
- Smoczy Język jest w porządku.
- Chociaż to człowiek.
- I w dodatku Rohirrim.
- Przeklęci koniarze! - wyrwało się któremuś, ale reszta błyskawicznie go uciszyła.
Gríma w ogóle nie zwrócił uwagi na te ostatnie słowa. Wystarczyły mu wcześniejsze wypowiedzi, by poczuć się ogłuszonym doszczętnie. Najpierw Saruman próbuje na nim dyplomacji, a teraz orkowie... I to jednego dnia. Zmówili się, czy co? Gríma spoglądał na nich z niedowierzaniem.
"Czego oni mogą chcieć?"
- Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? - zapytał jeden z orków, Nikhâz, podchodząc bliżej.
- Taa... - mruknął Gríma bez przekonania.
- A więc, przyjacielu, porozmawiajmy. Przejdźmy się.
Odeszli na bok. Gríma dalej nie wiedział co to wszystko ma znaczyć.
- Smoczy Język ma teraz takie odpowiedzialne zadanie... Prawda?
Po niezauważalnej chwili namysłu Gríma przytaknął, bo co mu szkodziło.
Nikhâz ciągnął dalej:
- Smoczy Język na pewno zna wszystkie zamysły Sharkeya... To znaczy, Białego Czarodzieja...
"Taaa... znam jego zamysły odnośnie tego jaką herbatę zaparzyć mu rano..."
- Powiedz, co on teraz planuje? Co z nami będzie?
"A, tu was mam! Więc o to chodzi" - pomyślał Gríma. Przez chwilę miał ochotę powiedzieć Nikhâzowi, że będzie się musiał nauczyć orać pole, ale powstrzymał się i rzekł:
- Cóż, przeceniacie mnie. Niestety, nie znam aż tak dobrze zamysłów Sarumana...
Nikhâz łypnął na niego okiem i w tym spojrzeniu próżno by szukać życzliwości.
- Ale... Mogę powiedzieć ci w sekrecie, że... Tylko wiesz, nikomu nie mów.
Nikhâz ochoczo przytaknął; Gríma był pewien, że za pięć minut wszyscy orkowie w Isengardzie będą sobie powtarzać jego słowa.
- On chce to wszystko odbudować. I zacząć od początku - zełgał bezczelnie Gríma.
- Naprawdę?! I znów będziemy budować machiny oblężnicze? - zapytał z ożywieniem Nikhâz.
- Może nie oblężnicze, ale machinę zapewne zbudujecie jeszcze niejedną...
Przynajmniej to można było uznać za częściową prawdę.
Nikhâz wyglądał na zachwyconego.
- Bardzo miło nam się gawędzi, ale muszę już iść... - Gríma postanowił się wycofać, przekonany, że to drobne nagięcie faktów, innymi słowy - zwyczajna plotka, puszczona w obieg, sama wszystko nakręci. Orków miał z głowy. Zajmą się porządkami, przekonani, że w ten sposób przyczyniają się do przygotowania terenu pod odbudowę swoich kuźni (isengardzcy orkowie przejawiali wyjątkowe zamiłowanie do pracy nad różnymi wymyślnymi maszynami, służącymi do robienia krzywdy innym jednostkom, w tym im samym).
Nikhâz kiwnął głową, ale nic nie odpowiedział. Widocznie w myślach już widział te machiny oblężnicze. Wyraźnie zaaferowany wrócił do pozostałych.
A Gríma zajął się swoimi sprawami.
Obejrzał cały teren Isengardu dokładnie i tym samym pozbył się resztek złudzeń. Ostatecznie stwierdził, że całe przedsięwzięcie sensu nijakiego nie ma. W jednym miejscu drogę zagrodziły mu gruzy, więc nie pchał się za daleko i nawet nie podchodził do bramy (a raczej jej szczątków). Przytomność umysłu odzyskał już dawno (głównie dlatego, że Saruman i jego aura grozy wrócili do wieży, orkowie przenieśli się ze swoją twórczą działalnością na tyły wieży, skąd Czarodziej nie mógł ich widzieć, a na poczynania Uruków chwilowo zaniewidził), ale poza ten rewolucyjny wniosek nie wyszedł. Oczywiście Nan Curunír nie ograniczało się tylko do powierzchni, jaką zajmował Isengard, ale całość była w stanie, delikatnie mówiąc, kiepskim. Gríma nie zapuszczał się za daleko, wystarczył mu oględny rzut oka na najbliższe okolice. Stał przy wyrwie w zrujnowanym murze, wpatrując się w dal, która wypadała ma na wielkiej kałuży na środku gościńca. Widoczność niestety ograniczała mgła. Zresztą nawet nie musiał patrzeć, doskonale pamiętał, jak to wszystko wyglądało i doskonale domyślał się, jak przedstawia się teraz. Dawniej Nan Curunír prezentowało się pod względem przydatności do rolnictwa nawet nienajgorzej. Przynajmniej na tyle, by na tych spłachetkach pól dało się coś uprawiać, plonów wysokich nigdy tutaj nie było, a o samowystarczalności można było zapomnieć. Jednak rabunkowa gospodarka zrobiła swoje. Gleby po prostu wyjałowiały. Teraz całą sprawę dobiła ostatecznie powódź, wypłukując wszystko jak leci. Nadmiar wody szkodzi tak samo jak jej brak.
A teraz ten ryż...
Wszyscy chyba tutaj zwariowali dookoła. W pierwszym rzędzie Gríma, że się nierozważnie z tym kretynizmem wyrwał, a w drugim Saruman, że się tego pomysłu uczepił. Może tylko pozornie wrócił do siebie po porannym wstrząsie? Cóż, wkrótce oprzytomnieje. Dotrze do niego, że ryż nie ma tutaj żadnych szans i wiadomo na kim się to wszystko skrupi...
Może trzeba było mu jakieś inne zboże uprawne podsunąć?
Problem w tym, że nie istnieje żadne, które chciałoby się przyjąć na glebach VI klasy...
Pokręcił ze zniechęceniem głową i poszedł w kierunku wieży.
Ani mu przez myśl nie przeszło, że był przez kogoś pilnie obserwowany...
Gríma znalazł w miarę spokojne miejsce, już oczyszczone z gruzów, wyciągnął swoje notatki, czysty pergamin, pióro, atrament w przenośnym kałamarzu i usiłował wymyślić jakiś konkretny plan.
Po pół godzinie wymyślania owego konkretnego planu Gríma zdołał wymyślić jedynie tyle, że nie ma żadnego pomysłu.
"Beznadziejna sprawa" - stwierdził ponuro po raz trzydziesty siódmy w ciągu ostatniej godziny.
Od wpatrywania się w papiery oderwał go Unkhâz.
- Smoczy Język powie co zrobić z tym, z czym my nie wiemy co zrobić - rzekł.
- Czyli z czym konkretnie? - zapytał Gríma, unosząc wzrok.
Uruk wskazał kierunek. Gríma zdębiał.
Na środku pustej przestrzeni, otoczony przez resztki gruzów i gapiących się nań Uruk-hai, leżał jakiś kształt podobny na oko do wielkiej ryby, długości co najmniej kilkunastu metrów.
- Na wszystkie Upiory Pierścienia, co to jest?!!! - jęknął. Jeszcze tego mu tylko brakowało: niezidentyfikowanego obiektu, leżącego sobie beztrosko na środku Isengardu.
"Dobrze, że nie robię inwertaryzacji bo nie wiadomo byłoby jak to zaklasyfikować" - pomyślał.
Uruk popatrzył na niego ponuro.
- Gdybyśmy wiedzieli, to byśmy się nie pytali.
- Gdzie to znaleźliście?
- Na polu leżało - odparł Unkhâz, nieco zniecierpliwiony. Według niego Smoczy Język pytał się o rzeczy oczywiste, na które udzielanie odpowiedzi było całkowicie zbędne.
- Gdzie na polu??? Wcześniej tego tam nie było.
- Było. Gruz przykrywał. Co z tym zrobić?
- A róbcie co chcecie - warknął Gríma, na powrót wlepiając wzrok w notatki. - Możecie to sobie nawet zjeść - rzucił z ironią. - Byleby był tutaj porządek do zachodu słońca.
Unkhâz wyszczerzył kły, w jego oczach pojawił się dziwny błysk.
- Nie ma sprawy - odparł krótko, zadowolony z tego co usłyszał, po czym wrócił do kompanów.
Gdy po jakimś czasie Gríma rzucił kontrolne spojrzenie na pole ponownie zdębiał.
Po dziwnej rybie, czy cokolwiek to było, nie pozostał nawet ślad. Wolał nie dociekać, co się z nią stało. Grunt, że część roboty związana z oczyszczaniem terenu była załatwiona; przynajmniej miał ją z głowy, i to na grubo przed zachodem słońca.
Nawet notatki zaczął robić. Wszystko to oznaczało, że resztę dnia miał względnie luźną.
Niestety, oznaczało to też, że Uruk-hai również nie mają już zajęcia. A kiedy Uruk-hai mają czas wolny, zaczynają, delikatnie mówiąc, lekko wariować...
Kolejne wstrząsające wydarzenie nastąpiło znienacka.
Gríma właśnie zapisywał jakiś wniosek na pergaminie, gdy posłyszał za sobą ciekawski, sympatycznie brzmiący głosik:
- Co robisz? - zapytał z zainteresowaniem.
Mało co nie podskoczył na kamieniu, na którym siedział, zaskoczony tym nagłym pytaniem. Ręka mu zadrżała, skutkiem czego końcówka pióra pojechała po pergaminie pozostawiając wielką krechę na samym środku arkusza. Chwilowo jednak nie miał czasu się tym przejmować. Obejrzał się gwałtownie.
Tuż za nim stał niski człowieczek. Gríma szybko ogarnął wzrokiem kędzierzawą, kasztanową czuprynę, kolorowe ubranko wraz z szaliczkiem zawiązanym na szyi i duże, włochate, bose stopy. Postać przyglądała mu się z zaciekawieniem w oczach, ściskając w ręku coś, co wyglądało jak miniaturowa wersja fajki Sarumana.
- Kim jesteś..? - zapytał Gríma słabym głosem, bliski zlecenia z kamienia. Gdyby stanął za nim smok nie czuł by się bardziej oszołomiony.
- To niegrzecznie zadawać pytanie, nie odpowiedziawszy wcześniej na uprzednie - odparł człowieczek z lekką urazą, ale nie czekał na odpowiedź Grímy. - Jestem hobbitem. Albo niziołkiem, jak wy, ludzie, zwykliście nas nazywać - dodał po chwili z lekką dezaprobatą, po czym puścił kółeczko dymu ze swej fajki.
"Niziołek!" - pomyślał Gríma z niedowierzaniem - "Z Shire'u! Co on tu robi, u licha???"
Tymczasem nizołek, czy też raczej hobbit, jak to sam się nazwał, ciągnął dalej:
- Zobaczył cię tam, przy murze i zainteresowało mnie co też może tutaj robić człowiek, w tych ruinach i dlatego przyszedłem, chociaż Merry, mój kuzyn znaczy się, ostrzegał mnie, że to głupi pomysł, bo wszędzie kręcą się ci paskudni Uruk-hai i to się może źle skończyć. Ale jeżeli Drzewiec mówił, że nic nam nie grozi to ja mu wierzę. Zresztą, Uruk-hai i orkowie wydają się być ciągle czymś zajęci... - i tak ciągnął dalej w tym samym stylu.
Podczas całej tej przemowy Gríma gapił się w osłupieniu na nizołka, który gawędził z nim jak ze starym znajomym, chociaż nigdy wcześniej nie widział go na oczy. Zdumiewająca istota. W dodatku Gríma drugi raz w życiu nie wiedział co powiedzieć - nie sposób było przerwać ten potok słów. Niziołek mówił o wszystkim w sposób chaotyczny, przeskakując pomiędzy różnymi wydarzeniami, więc nie dało się złapać jakiegoś ogólnego sensu jego wypowiedzi. Jednak gdy Grima posłyszał imię Drzewca, przypomniał sobie swoją własną rozmowę z entem i zaczął się zastanawiać co może łączyć z nim tego tutaj stworka.
- Co oni robią? - nizołek przerwał znienacka swoją przemowę i wskazał kilku orków, zajętych jakąś grą.
Gríma rzucił kontrolnie okiem.
- Grają w piszczele - odparł krótko, po czym odwrócił wzrok i ponownie spojrzał w notatki, usiłując zignorować nizołka, bo czuł, że od słuchania go zaczyna kołowacieć bardziej niźli od dialogu z Unkhâzem.
- Chyba w kości... - rzekł z wahaniem nizołek, sądząc, że może coś źle zrozumiał.
- W piszczele - powtórzył Gríma, nie patrząc na nizołka. - To nie są takie kości, o jakich myślisz - dodał po chwili z naciskiem.
- A jakie? - zapytał niepewnie nizołek.
- Raczej czyje. Ale zapewniam, że nie chciałbyś wiedzieć - odparł beznamiętnie Gríma, usiłując jednocześnie skupić się na tekście. Jak łatwo można było przewidzieć nie bardzo mu się to udawało. Jednakowoż miał nadzieję, że niziołek się znudzi i sobie pójdzie.
Na próżno.
- Czytasz o rolnictwie? Interesujesz się tym? To twoje hobby? - nizołek zajrzał mu z zainteresowaniem przez ramię, zadając kilka pytań jednocześnie i nie czekając na odpowiedź, co najwyraźniej cechowało tę rasę.
Gríma spojrzał na niego z dezaprobatą.
- W cudze notatki się nie zagląda! A poza tym co ty możesz wiedzieć o rolnictwie?
- Samo mi się zajrzało - rzekł z urazą nizołek. - A gdybyś znał choć trochę mój lud, to wiedziałbyś, że nie ma lepszych od nas rolników. Ale jak nie to nie...
Miał zamiar odejść, ale teraz z kolei Gríma go zatrzymał, z nagła ożywiony tą informacją.
- Zaczekaj! Racz wybaczyć me ostre słowa! Twa opinia może być nieocenioną! Racz mi poświęcić jeszcze chwilę. Powiedz tylko, jak oceniasz obszar doliny pod względem przydatności do uprawy?
- Uprawy czego? - zapytał nizołek, zatrzymawszy się.
- Czegokolwiek. Najlepiej, gdyby to było jakieś zboże, ale nie mam aż tak wysokich wymagań...
Przy wzmiance o zbożu niziołek popatrzył na Grimę tak, jakby ten spadł z księżyca.
- Szczerze?
- Absolutnie.
Nizołek rzekł bez cienia wahania:
- Sądząc z tego, co widziałem... nawet chwasty wam tutaj nie urosną - podsumował. - Ewentualnie widzę tutaj szansę dla porostów, ale i to nieprędko...
- Tak jak przypuszczałem - mruknął do siebie Gríma z całkowitym zniechęceniem.
- Muszę już iść - rzekł nizołek. - Dzisiaj spodziewamy się kilku gości i...
Gríma, pogrążony w przygnębieniu, już go nie słuchał.
"Tymi wszystkimi papierami to można w piecu napalić najwyżej" - pomyślał z dezaprobatą. - "Saruman nie będzie zachwycony..."
Dla odmiany Gríma zaczął się zastanawiać jak odkręcić tą całą ryżową aferę. Wydawało się to zgoła niemożliwe - kiedy Saruman się czegoś uczepił był to definitywny koniec wszelkich pertraktacji.
"Może mu powiedzieć, że według ostatnich danych statystycznych produkcja ryżu jest nieopłacalna? Albo powiem mu, że zgubiłem plan zagospodarowania terenu. Zaraz, jak zgubiłem? Płachtę wielkości osiem stóp na cztery? Na stole leżała... Razem ze stołem zgubiłem czy jak? To może na polu? Nie... Też źle. Każe mi zrobić następny! Może zapomni o wszystkim jak mu zejdę z oczu? Też niedobrze, za często mu schodzę z oczu ostatnio, teraz się już nie odczepi" - tak rozmyślał, patrząc na Uruk-hai, którzy grali w jakąś swoją skomplikowaną grę przy wykorzystaniu noży, sztyletów, czaszki niewiadomego pochodzenia i innych ostrych narzędzi.
Swoją drogą... Kiedyś dziwił się skąd Urukowie mają mnóstwo drobnych blizn na rękach i nogach... Teraz już się nie dziwił.
Zaczynało robić się późno. Pomimo tego, że ochłodziło się znacznie, to wśród Uruków panowała gorąca atmosfera. Wydawało się, że ich gra się wyraźnie rozkręciła, bo czaszka, a wraz z nią rozmaite ostre przedmioty, latały po całym Isengardzie. Gríma zastanawiał się czy wybiją w końcu tą czaszką któreś z okien w Orthanku, a jeżeli tak, to czy Saruman bardzo się zdenerwuje i ciekawe czy okaże się, że to też jest jego wina. Obserwując od czasu do czasu grę dziwił się tylko, że dotychczas jej centrum go ominęło. Doszedł do wniosku, że gdyby ta czaszka upadła obok niego to miałby problem z ryżem definitywnie z głowy. Nie udało mu się dostrzec żadnych logicznych zasad kierujących tą grą, ale obserwacje jednoznacznie wskazywały na to, że bezpieczniej byłoby znaleźć się w samym środku tornada - większe szanse na przeżycie z pewnością.
Z niechęcią pomyślał, że niedługo będzie musiał wrócić do wieży i uświadomić Sarumana co do bezsensowności przedsięwzięcia powstałego w akcie rozpaczy.
"Zdaje się, że nie zobaczę jutrzejszego wschodu słońca" - pomyślał ponuro.
Nagle w okolicy zrobiło się zupełnie pusto. Uruk-hai, orkowie, wargowie, wszystkich jakby nagle wymiotło. Nawet kruki umilkły. Przyczyna ku temu była całkiem uzasadniona, jednakże Gríma nie zauważył tego, nie zwracając również uwagi na to, co dzieje się w najbliższej w okolicy. Aktualnie najbardziej absorbowało go bezmyślne patrzenie się na końcówkę pióra, mocno nadwerężoną.
"Trzeba by ją naostrzyć..." - pomyślał.
Zauważył, że coś jest nie tak, gdy usłyszał za sobą jakieś ciężkie stąpnięcia, parskanie i podzwania części uprzęży i rynsztunku.
Poczuł, że robi mu się nieco niewyraźnie. Dźwięki te kojarzyły mu się dość jednoznacznie, a jeżeli byli to...
Na samą myśl o tej możliwości Grima uczył, że włosy unoszą mu się na głowie.
Wtedy wszelkie problemy, jakie miał przed chwilą, okazałby się wręcz śmiesznie nieważne.
Pełen najgorszych przeczuć, ostrożnie zerknął za siebie.
Straszliwe przewidywania sprawdziły się.
Za nim stało trzech Jeźdźców Rohanu. Wszyscy dosiadali rosłych rumaków.
"Koniec świata" - pomyślał z przerażeniem.
Wyglądało na to, że problem ryżu upadł.
c.d.n.
odcinek 6
|
|
 |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Książka Skarg i Wniosków   |
|
|
|
Ta witrynka nie wysyla cookies. Jeżeli lubisz je kolekcjonować, kliknij prawym klawiszem na poniższe ciasteczka i zapisz je sobie gdzieś na dysku.
|
|
Podoba Ci się na mojej stronce? Klikaj śmiało!
|
|