|
Pantera:
Isengard
III. Ambitne przedsięwzięcie
Południe minęło już całkiem spokojnie; a nawet, mówiąc szczerze, nudnie. Gríma znów zyskał nieco wolnego czasu, przerwanego tylko raz wezwaniem Sarumana, który zażądał Czarnej Umbarskiej Herbaty. Było to wydarzenie wprowadzające element grozy w zwyczajowym rozkładzie dnia Grímy.
Czarna Umbarska śmiało mogła pretendować do miana jednego z najgorszych koszmarów świata. Nie istniał chyba drugi równie skomplikowany przepis, zaś jego wynalazca był zapewne wrogiem ludzkości. Po prawdzie znaczny wpływ na tę opinię miały subiektywne odczucia Grímy, zwiększone dodatkowe przez fakt, że każdy dzień w Orthanku się od tej herbaty zaczynał i często też na niej kończył. Aczkolwiek Czarna Umbarska istotnie miała prawo sprawiać problemy, bowiem zarówno jej skład, jak i sposób parzenia był dość niecodzienny. Podobno przepis na nią przywiózł do cywilizowanego świata jakiś podróżnik, który wiele lat temu błąkał się po dzikich krajach południa. Jego imię jakoś się nie zachowało się dla potomności, zresztą, cóż się dziwić, skoro przywiózł ze sobą jedynie liście kilku różnych gatunków herbaty i przepis na Czarną Umbarską? Doprawdy, nie mógł się na tym południu czymś innym zająć? Na przykład pisaniem pamiętników? Inni chyba pisali... Albo sporządzaniem map odludnych obszarów? Istniało jeszcze tyle innych możliwości! Nie mógł rysować szkiców, polować na wielkie koty, ujeżdżać mumakili, zaciągnąć się na statek piratów albo zająć się tym podobnymi drobnostkami? Nie, akurat musiał się trafić jakiś miłośnik herbaty... Co Gríma sobie o nim myślał, lepiej nie precyzować.
Czarna Umbarska wymagała ściśle określonego sposobu parzenia. Nie był to właściwie jeden gatunek herbaty, a mieszanina kilku różnych rodzajów, co wybitnie podwyższało stopień trudności przygotowywania tego napoju. Gríma nigdy nie mógł spamiętać, jak należy to wszystko razem pozbierać, aby otrzymać korzystny (i oczekiwany) efekt końcowy. Problemy zdarzały się nawet wtedy, gdy przepis miał tuż przed oczami. Tyle a tyle tego, tamto zalać wrzątkiem, ale czego innego już nie można, bo liście szlag trafi, zaraz, a może to inne też było do wrzątku? Grímie zawsze ręka drżała, gdy mieszał składniki; nieustannie miał wrażenie, że doda czegoś za dużo i w rezultacie filiżanka się rozpuści. Czarna Umbarska była dosyć mocna... I te fusy przeklęte! W żadnej innej, przyzwoitej herbacie fusy się tak nie zachowywały. Część wypływa, część zostaje na dnie - normalna sprawa. Ale żeby fusy dosłownie uciekały przed odcedzaniem? A przecież w herbacie Sarumana fusów być nie może, bo fusy są obok cukru jedną z dwóch rzeczy, których Czarodziej w swojej herbacie nie toleruje. Zresztą w Czarnej Umbarskiej cukier się nie rozpuszcza, tylko pływa po wierzchu... Naprawdę, ktoś, kto wymyślił ten przepis, musiał być chyba jakiś nienormalny...
Na nieszczęście Saruman wyjątkowo upodobał sobie tę akurat herbatę. Dlaczego nie mógł wybrać Czerwonej? Nic tylko Czarna Umbarska i Czarna Umbarska, jakby już żadnej innej na świecie nie było. W zasadzie po tak długim czasie Gríma powinien znać już przepis na pamięć. Jednak nawet wtedy nie poważyłby się na parzenie tej przeklętej herbaty bez listy składników pod ręką. Za duża odpowiedzialność.
Perypetie z tą herbatą zdarzały się nieziemskie. Gríma szczególnie dobrze pamiętał jedno z takich wydarzeń.
Pewnego razu Saruman zażyczył sobie Czarnej Umbarskiej. Gríma zaparzył ją oczywiście i podał. Należy wspomnieć, że akurat nie znajdował się w najlepszej formie, bo raz, że miał za sobą podróż z Edoras, a dwa, że była to pora, o której normalni ludzie śpią.
Czarodziej tylko spojrzał na zawartość filiżanki i rzekł jakimś dziwnym tonem:
- Gríma...
- Tak, mój panie?
- Czy jednym ze składników Czarnej Umbarskiej są krucze pióra?
- Słucham? - odparł odruchowo Gríma, sądząc, że może źle usłyszał.
- Zadałem ci pytanie.
- Nooo... nie - odpowiedział Gríma.
- To co one, na Morgotha, robią w mojej herbacie?!
Gríma oprzytomniał z miejsca, ale bynajmniej nie sprawiło to, że udzielił jakiejś sensownej odpowiedzi.
Ostatecznie skończyło się na ponownym parzeniu Czarnej Umbarskiej. Saruman musiał był chyba w wyjątkowo dobrym humorze, bo nawet dużej urazy do sługi nie żywił i ograniczył się tylko do oględnego wyrażenia wątpliwości odnośnie stanu wzroku Grímy. Szczęściem, nie podejrzewał go o próbę otrucia, bo faktycznie, trucie kogokolwiek kruczymi piórami nijakiego sensu nie miało.
Jeżeli zaś chodziło o Grímę, to jego nie przestawało dręczyć skąd wzięły się w Czarnej Umbarskiej te przeklęte, krucze pióra. Przecież same nie do niej przyfrunęły... Z krukiem chyba też nie? Żaden tak koszmarnie nie linieje, a zresztą, nawet gdyby, to na kruka by chyba zwrócił uwagę? Czysty obłęd... Gríma przemknęło przez myśl, że to orkowie postanowili mu zrobić mało wyszukany kawał. Ale brakło mu na to dowodów. A poza tym kiedy tą Czarną Umbarską parzył, to akurat żaden ork nie kręcił się w pobliżu. Ostatecznie Gríma postanowił poszukać u źródła. Przejrzał starannie wszystkie składniki, z których wtedy korzystał i, nie bez zdziwienia, ujrzał wśród nich owe nieszczęsne krucze pióra, zawinięte w jakiś papier. Na sam ten widok zgłupiał doszczętnie; jakim sposobem nie zauważył uprzednio, że nie są to ususzone liście, pozostawało dla niego tajemnicą. Chyba musiał już spać na jawie... Ale uczciwie trzeba przyznać, że takie rzeczy często mu się nie zdarzały. Bardziej przytomna część jego umysłu zajęła się dociekaniem, skąd owe krucze pióra mogły się znaleźć tam, gdzie na ogół leżała tylko herbata. Po krótkiej chwili przypomniał sobie, że kiedy parzył herbatę zabrakło mu jednego ze składników. Musiał zejść na dół, do podziemi wieży, ciemno było, przy świecy kiepsko widać, o mało co się tych na schodach nie zabił, bo jakiś kretyn zostawił na środku deskę... Cudem odzyskawszy równowagę, ominął kłopotliwą przeszkodę i kierując się bardziej tym, co pamiętał o rozkładzie i lokalizacji pomieszczeń, niż tym, co istotnie widział, dotarł do odpowiedniej komnaty i zgarnął z półki domniemaną paczkę z herbatą... a to były pióra, żeby to Nazgul kopnął... Skąd pióra w magazynie z zaopatrzeniem?! Kierunki się któremuś z orków pomyliły? Chyba musiał być kompletnie pijany... Swoją drogą, jeżeli tym ich potajemnie pędzonym bimbrem to nawet nic dziwnego.
W każdym razie widmo Czarnej Umbarskiej zostało tymczasowo usunięte na dalszy plan i poza tym nie działo się nic wstrząsającego. W końcu doszło do tego, że Gríma, próbując sobie znaleźć jakieś ambitne zajęcie, usiłował nauczyć Uruk-hai grać w szachy. Zapewne gdyby mu się ta sztuka udała, przeszedłby do historii jako ten, który dokonał niemożliwego. Niestety, jego próby zakończyły się niepowodzeniem i dlatego w kronikach nie uwieczniono nic ponad to, jak Gríma usiłował tego dokonać.
Samo wzbudzenie przejściowego zainteresowania wśród Uruk-hai mógł sobie poczytywać za pewien sukces. Co prawda po niespełna półgodzinie pozostał już tylko jeden, który wykazał chęć uczestniczenia w tej umysłowej rozrywce, ale Gríma uznał, że to i tak nieźle. Reszta Uruków jedynie spoglądała nieufnie na szachownicę i ograniczyła się do stwierdzenia, że Smoczy Język znów ma jakieś dziwne pomysły; próbowali też ukraść jedną figurę, aby sprawdzić jak daleko doleci, jeżeli wyrzuci się ją przez okno wieży - na szczęście Gríma zdążył im ją odebrać nim przeszli od słów do czynów. Urukom niezbyt się to spodobało. Ale Gríma od wielu lat musiał sobie radzić z większymi i silniejszymi od siebie, zaś w kontaktach z Urukami miał już spore doświadczenie; toteż, nie tracąc głowy, zasugerował im, aby poszli na parter wieży, sprawdzić czy ich tam nie ma. Urukowie, zaintrygowani tą kwestią, natychmiast zapomnieli o szachach. Gríma pozbył się ich nie bez ulgi, bo zaczynali już stawać się denerwujący z tymi ich komentarzami typu: "Smoczy Język znów musi pokazywać, że jest mądrzejszy od nas!" albo "To istnieją gry, do których nie są potrzebne sztylety?". Ostatecznie w komnacie pozostali tylko on i Gurzuk, który był drobinę inteligentniejszego od reszty jego pobratymców - dziwne, ale nie niemożliwe, bowiem, jak powszechnie wiadomo, wyjątek potwierdza regułę.
Uczciwie trzeba przyznać, że w dość krótkim czasie do Gurzuka dotarło, że figurki Rohańskich Jeźdźców na koniach nie są w żadnym wypadku propagandowym symbolem znienawidzonych Rohirrimów, a jedynie wizją artysty (chociaż i tak kosztowało to szachownicę poważne pokiereszowanie jednej z figur). Niestety, pomimo tak obiecującego początku, ze skomplikowanymi zasadami ruchów już tak łatwo nie poszło.
Całe to wydarzenie, przedstawione w formie krótkiego monologu, wyglądało tak:
- W pierwszym rzędzie ustawione są piony. Widzisz? To jest pion. Coś takiego jak szturmowe oddziały, te złożone z najmniejszych orków. Zawsze idą na pierwszy ogień i raczej mało który z nich wraca w jednym kawałku. Pion może się poruszać... Gurzuk, przestań się bawić tym mieczem i słuchaj! Zaraz! Co się tak na mnie patrzysz?! Zostaw ten miecz! Bo powiem Sarumanowi, kto mu te bazgroły z Płomiennym Okiem na murach wieży wymalował! Jasne? Wiesz, że on bardzo nie lubi tej mordorskiej propagandy... Dobrze, jak widzę możemy kontynuować. Jak już mówiłem, pion może się poruszać do przodu o jedno, albo o dwa pola. Inne figury zbija na skos. Tak, zbija to znaczy mniej więcej to samo co zabija. Ale nie! W grze figur się nie niszczy, tylko odstawia na bok. Odstawia, nie rzuca! Chcesz stół rozwalić?! Jakieś pytania? Co to są pola? Nie, nie chodzi o pola Rohanu. Pola na szachownicy to są te kwadraty, które tutaj widać. Co to są kwadraty? No widzisz przecież, że to te płaskie figury na szachownicy, na przemian występują, raz jasne, raz ciemne... Nie! Wcale nie mówiłem, że ty jesteś ciemny! To pole jest ciemne. Siadaj i słuchaj! Co? Czy to znaczy, że jednak mam powiedzieć Sarumanowi o tych murach..? Nie? Tak myślałem. Coś jeszcze? Jak to? Nie wiesz ile to jest dwa? Czy wy w ogóle liczyć nie umiecie? Co za... Ejże, przecież ja nic takiego nie powiedziałem! Nie unoś się tak od razu! Jakby ci to wytłumaczyć... O, już wiem. Jeśli jeden machniesz mieczem i zetniesz głowę, to jest to jedna głowa, a jak jeszcze raz machniesz, to jest to kolejna i już masz dwie ścięte głowy. Proste i logiczne. Rozumiesz? Dwie. Jak Dwie Wieże, chociaż nikt nie wie o które wieże naprawdę chodzi.... Dobrze, to przejdźmy od razu do wież. Wież na szachownicy mówiłem. Geografii Śródziemia to niech was Saruman uczy, może wtedy ewentualnie dowiecie się, gdzie jaka wieża leży, chociaż jakoś nie widzę na to szans... Zostaw ten miecz!!! Ja nic nie sugerowałem! No dobrze, wieże poruszają się tylko prosto i na boki o dowolną ilość pól. Zrozumiałeś? Tak? Też się z tego powodu niesamowicie cieszę... Gurzuk, zabierz ten sztylet! Nie, nie uważam za zabawne tego, że mi go wpakujesz pod żebro. Tak, wbrew pozorom, sądzę że Saruman też nie byłby z tego powodu szczęśliwy. Ktoś mu tę herbatę musi parzyć. Chcesz mnie zastąpić przy tej zaszczytnej czynności? Nie? Tak sądziłem. Możemy wrócić do gry? Wspaniale. Zostawmy już te wieże... Co robi król? Król nic nie robi, król może zrobić roszadę z wieżą... Nie, roszada to nie jest coś takiego jak wypruwanie jelit. To taki ruch, ale o tym później. A królowa? Królowa jest ważniejsza od króla, ale królową zajmiemy się po gońcach... No co ja ci poradzę na to, że akurat w tym zestawie gońce wyglądają jak rycerze Gondoru?! W czarnych masz Nazgule, nie narzekaj! Grasz przecież czarnymi. Ja mam białe. Nie, to, że gram białymi, nie znaczy, że popieram politykę Gondoru, Rohanu i elfów; sądzisz, że gdybym się za nią opowiadał, to byłbym w Isengardzie? To jest tylko gra! Nie, nie mogą być dwa zestawy czarnych na jednej szachownicy... Wróćmy do zasad. Jeżeli chodzi o konie, to zakreślają one taką figurę...
Niestety, pojęcie ruchu wykonywanego przez figurę konia przekraczało poziom abstracji Gurzuka. A że nie cechowała go też cierpliwość, nauka gry została zakończona. Gwałtownie.
- Głupia gra! - warknął. - Dobra gra jest wtedy, gdy jest dużo krwi. Tu nie ma krwi, tylko mnóstwo niepotrzebnych zasad!
Wstał, chwycił swój miecz, zamachnął się i przywalił w szachownicę. Gríma wzdrygnął się. Niewiele z niej zostało. Popatrzył z dezaprobatą na Gurzuga, ale ten nic sobie z tego robił. Uśmiechnął się paskudnie, wyszczerzając kły.
- Z wroga nic nie zostało, to ja wygrałem! - oświadczył, bardzo z siebie zadowolony. - A Smoczy Język niech teraz sobie sam dalej gra!
I wyszedł z komnaty.
- Prymityw - skomentował Gríma krótko.
Popatrzył na zdewastowaną szachownicę i rzekł do siebie, wzdychając:
- Ta rasa jednak nie ma przed sobą żadnej przyszłości...
"Mam nadzieję, że Saruman nie pogniewa się o tą zniszczoną szachownicę..." - pomyślał, patrząc na jej resztki. - "Po co mu ona zresztą? Wszakże sam z sobą grać nie będzie..."
Po nieudanej próbie podniesienia poziomu intelektualnego w szeregach Uruk-hai, zakończonej dewastacją szachownicy, Gríma znów nie miał się czym zająć. Z wieży wolał na wszelki wypadek nie wychodzić. Jeszcze znów by spotkał Drzewca. Kto wie czy nie wynikłby z tego jakieś kłopoty.
W końcu postanowił udać się do biblioteki, żeby poszukać czegoś do czytania. "Krótką historię Rohanu" ominął szerokim łukiem. Podobnie "Kronikę lat". Jakoś nie miał dzisiaj ochoty na historię. Atlas Śródziemia prezentował się całkiem ciekawie, aczkolwiek format posiadał nieco nieporęczny.
Dostrzegł za to bardzo cienką księgę, zatytułowaną "Machiny oblężnicze". Nasunęło mu to pewne skojarzenia. Zaintrygowany, wyciągnął książkę z półki i zaczął ją przeglądać.
Z machinami oblężniczymi było tak, że każdy o ich istnieniu wiedział, w planach zostały uwzględnione, ale ostatecznie zastosowania nie znalazły żadnego, chociaż jedną nawet zbudowano. Gríma miał okazję oglądać ją na oczy. Przypominała kołowrót nabijany kolcami i szczerze mówiąc, Gríma nie miał pojęcia jak można tego używać ani nawet jak to przetransportować. Popchnąć na wrogów? Trzeba by znaleźć naprawdę bardzo pochyłe zbocze. Całość najbardziej kojarzyła mu się z kołem młyńskim, tylko że samego młyna brakowało. No cóż, nie był to jego problem. Za projekt nie on odpowiadał. Machina stała sobie pod jedną ze ścian Orthanku, psując nieco jego majestat (ale Saruman mówił, że to tylko tymczasowo).
Niby niczemu nie szkodziła, ale Gríma miał jednak pewne wątpliwości i ośmielił się je wyrazić przy najbliższej okazji:
- Ta machina... ona chyba nie spełnia pewnych norm... eee... bezpieczeństwa.
Saruman tylko spojrzał na niego koso i Gríma nagle sobie przypomniał, że ma coś pilnego do zrobienia i to w zupełnie innym miejscu.
Kiedy nieco później Gríma ponownie pojawił się w Isengardzie, po machnie oblężniczej śladu nie było. Gdy zapytał Sarumana, co się z nią stało, ten najpierw udał że nie słyszy, a potem dość ostrym tonem poradził mu, żeby zajął się swoimi sprawami. Gríma, zaintrygowany, postanowił jednak zasięgnąć języka. Zrobił rozeznanie i wkrótce najlepiej poinformowany okazał się ork Nikhâz - jeden ze starszych inżynierów, co w praktyce oznaczało, że posiadał pewne zasoby wyobraźni przestrzennej oraz zdolności manualne nieco większe niż takie, które były potrzebne do wymachiwania mieczem. Dogadali się w końcu, aczkolwiek na początku Nikhâz nie mógł skojarzyć o co dokładnie Grímie chodzi.
- Machina oblężnicza? - zapytał ze zdziwieniem, odrywając się od sprawdzania jakości liny i odkładając zwój na bok.
- No... to takie koło młyńskie, co stało pod wieżą - wyjaśnił Gríma. - To z kolcami.
- A! Myśmy to nazywali kołem tortury. Całkiem ładny projekt - Nikhâz wyszczerzył kły na samo wspomnienie tego wynalazku. - Mogło być tak pięknie... Co prawda, wyszło trochę inaczej niż to planowaliśmy, ale...
- I co się z nim stało? - Gríma, zainteresowany, zdecydowanie trzymał się pierwotnego tematu.
Nikhâz przez chwilę oglądał rozwiniętą część liny, krytycznie przyglądając się wyraźnie przetartemu fragmentowi, po czym rzekł z niechęcią:
- Staremu się nagle przestała podobać i pewnego dnia kazał ją przestawić pod sam mur. Oj, ciężko było to przetoczyć... Raz nam prawie wleciała do szybu, bo akurat jeden został otwarty... Że nie wspomnę o tym, ile razy o mało co się nie przewróciła na bok... No i tak, biedny Gârokh, który stanął po niewłaściwej stron... ekhm... to znaczy, w niewłaściwym miejscu. Trochę niedopracowany system transportu, ale to by się na pewno dało poprawić - dodał szybko Nikhâz.
Gríma pominął milczeniem te wydarzenia i w miejsce tego zauważył:
- Ale pod murem tej machiny nie widziałem.
- Ano nie. Bo jej tam nie ma. Sharkey kazał ją porąbać. Na drobne kawałki. Drewno spalić, a kolce przetopić.
- Powiedział dlaczego?
- Nie, ale... - Nikhâz rozejrzał się na boki.
- No?
- Podobno stary miał jakiś zły sen, czy coś tam... Coś z tą machiną.
- Żartujesz!
Nikhâz wzruszył ramionami i wrócił do sprawdzania liny. Wybrakowany zwój, po krótkim namyśle, dołożył do pozostałych.
Gríma pokręcił z niedowierzaniem głową. Ale nie zamierzał dalej drążyć sprawy. W tym przypadku weryfikowanie tych wiadomości u źródła mogłoby stać się nad wyraz niebezpieczne...
Gríma odstawił "Machiny oblężnicze" na półkę i zaczął się zastanawiać się nad wybraniem "Niedokończonych opowieści". Aczkolwiek książka o tytule "Akallabeth" też mogła być ciekawą lekturą. Nie zdążył się jednak namyślić. Do komnaty zajrzał Saruman i spostrzegłszy go, rzekł:
- A! Tutaj jesteś!
Stanął przed Grímą, który spojrzał na niego pytająco, oczekując jakiegoś rozkazu albo czegoś w tym rodzaju, bo przynajmniej wydawało się, że takie były intencje Sarumana. Może znów chodziło o herbatę? Gríma miał tylko nadzieję, że tym razem nie o Czarną Umbarską.
- Co to ja chciałem... - mruknął pod nosem Istari.
Gríma spojrzał na niego wyczekująco.
- A już wiem - po dłuższej chwili Czarodziej przypomniał sobie, co miał powiedzieć. - Zajął byś się czymś pożytecznym! A tutaj Uruk-hai mi się skarżą, że ich deprawujesz!
- Że co ja robię?! - wykrztusił Gríma.
- Podobno Rohan propagujesz. Co to za jakieś historie o Jeźdźcach i polach?! Jeszcze mi tylko tego brakuje!
- Ależ nic z tych rzeczy! Uruk-hai mnie źle zrozumieli, tu chodziło tylko o... - chciał dodać coś jeszcze, ale przypomniał sobie o szachownicy i ugryzł się w język.
- Żeby mi się to więcej nie powtórzyło! - warknął Saruman groźnie. - Zrób coś. Przydałbyś się do czegoś. Idź moje kwiaty podlej! - rzucił niespodziewanie.
- Kwiaty? Jakie kwiaty? Przecież wszystko wykarczowałeś razem z drzewami, panie.
- W holu stoją. Na co jeszcze czekasz?
Gríma, starannie usiłując ukryć zaskoczenie, czym prędzej zszedł na dół (tym razem sto cztery (i pół) stopni - zakrętów już wolał nie liczyć). Istotnie, przy schodach stało coś roślinopodobnego. Wyglądało to jak kilka zasuszonych badyli, obsypanych zmarniałymi kwiatuszkami, bliżej nieokreślonej, brunatnoszarej barwy; zupełnie jak kolor szat Radagasta. Podlewanie nie miało już raczej sensu. Ziemia w doniczce zamieniła się w kamień, którego by i ostrzem Uruk-hai, wykutym z najtwardszej ciemnej stali, nie dało się rozłupać. Najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby wyrzucenie nieszczęsnej rośliny za okno. Gríma usiadł na ostatnim stopniu schodów, zerwał jeden z zasuszonych kwiatów i zaczął obrywać od niechcenia płatki, jednocześnie wyliczając:
"Kocha... Nie kocha... Kocha... Nie kocha..."
Kiedy siedemnasty raz wyszło mu "nie kocha", zostawił w spokoju nieszczęsną roślinę, stwierdzając, że z tym obrywaniem płatków to tylko taki głupi przesąd.
Gríma zastanawiał się właśnie jak spędzić resztę dnia, kiedy nagle posłyszał jakiś łomot dobiegając z góry, jakby coś ciężkiego spadło się ze schodów, obijając się od czasu do czasu o ściany przy mijaniu kolejnych zakrętów. Wstał pospiesznie z ostatniego stopnia i przezornie odsunął się na bok.
Nie mylił się. Z góry zleciał jeden z Uruk-hai i wylądował na samym dole z głośnym hukiem. Gríma spojrzał na niego, zastanawiając się, czy Uruk-hai sam się potknął na schodach czy też Saruman nieco mu w tym dopomógł.
Uruk-hai zauważył przyglądającego mu się Grímę i wymamrotał coś z poziomu posadzki.
- Co takiego? - zapytał Gríma z zaskoczeniem; mamrotania Uruka nie dało się zrozumieć.
- Saruman... wzywa... Smoczego Języka.
"Ani chwili spokoju" - pomyślał Gríma z dezaprobatą.
Ominął powalonego Uruka, który wciąż leżał na posadzce, i ruszył na górę.
c.d.n.
odcinek 4
|
|
 |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Książka Skarg i Wniosków   |
|
|
|
Ta witrynka nie wysyla cookies. Jeżeli lubisz je kolekcjonować, kliknij prawym klawiszem na poniższe ciasteczka i zapisz je sobie gdzieś na dysku.
|
|
Podoba Ci się na mojej stronce? Klikaj śmiało!
|
|