|
Pantera:
Isengard
II. Głos rozsądku
Saruman był, delikatnie mówiąc, zły.
Najchętniej sam, na własne oczy, obejrzałby uszkodzenia tamy, ale świadomość, że nie miałby jak pod nią dotrzeć (co najwyżej wpław), spowodowała, że poniechał tego zamiaru zdecydowanie. Zresztą, na tym etapie oglądanie już by nic nie pomogło. Należało skupić się raczej na rozważaniu obecnej sytuacji i wyciągnąć jakieś logiczne wnioski z tej skąpej ilości informacji, które obecnie były dostępne.
Ktoś uszkodził tamę i wszystko wskazywało na to, że stali za tym entowie. Do czego to doszło w tym Śródziemiu... Taki wandalizm... Kiedyś Istarich bardziej poważano. A obecnie..? Szkoda gadać.
"Żadnego szacunku dla Czarodzieja, który z trudem usiłuje wdrożyć swoją wizję świata i stara się działać dla dobra ogółu... Same przeciwności, same problemy, wszyscy rzucają huorunów pod nogi... A teraz jeszcze to!" - pomyślał Saruman z irytacją i powrócił do rozważań.
Nadzwyczaj dziwnym było to, że entowie tak nagle postanowili przyczynić się do gwałtownego przemodelowania rzeźby terenu w Nan Curunír. Oni i czynne działanie! Dobre sobie. I z jakiegoż powodu mieliby to uczynić? Przez parę wyciętych drzew? Bzdura. Drzewa odrastają. Ubyło im czy co? No dobrze, orkowie wykarczowali te kilka hektarów z Fangornu. Niech nawet będzie, że kilkanaście. A może kilkadziesiąt? Szczerze mówiąc, Saruman sam już nie był pewien i postanowił to później sprawdzić w dokumentacji. Na razie zostawił w spokoju hekatry, powracając do pierwotnego tematu.
I skojarzenie pojawiło się natychmiast.
Gandalf.
Tak, to mogło być całkiem trafne podejrzenie. W końcu nikt rozsądny nie stwierdziłby, że parę głupich drzewopodobnych stworów, którym powiedzenie zwrotu "dzień dobry" zajmuje tydzień, z własnej i nieprzymuszonej woli wyruszyło z Fangornu, w którym tkwiły chyba od początku świata, jeszcze nim słonce i księżyc pojawiły się na niebie; ktoś musiał ich do tego zachęcić.
Może i Gríma miał rację, sugerując, że to Gandalf za tym wszystkim stoi...
Saruman podszedł do okna i spojrzał w dal. Niestety, dal wypadła mu akurat na spokojnej toni jeziora, a to wystarczyło, aby na powrót wprawić go w podły nastrój. Odwrócił się od tego widoku i zaczął na nowo krążyć po swojej komnacie. Brakowało mu jednak tej herbaty... Ale teraz nie miał czasu na coś tak przyziemnego.
Gandalf... Czy mógł być aż tak niebezpieczny? Dotychczas ograniczał się tylko do kwestionowania zdania Sarumana przy każdej okazji (z czystej złośliwości oczywiście) i udzielania mu pouczeń (co denerwowało Białego Czarodzieja niewymownie). Zaś w świetle ostatnich wydarzeń... Ostatecznie Gandalf powrócił do tego świata (a Saruman sądził, że ma go już z głowy, stary przyjaciel, wiadomo, w szachy było z kim pograć, ale ostatnio się zrobił kłopotliwy, no i te różne punkty widzenia odnośnie tego, jak powinna wyglądać Czwarta Era), zmienił się (kto mu pozwolił rościć sobie prawa do bieli?!) i ogólnie zaczął się strasznie rządzić (jak to się może Majarowi w głowie poprzestawiać, gdy tylko zacznie porządnie się ubierać). Wszystko to razem było nad wyraz niepokojące... Nawet bardzo. Saruman poniewczasie zaczął podejrzewać, że może zbytnio zlekceważył Gandalfa... Czyżby Mithrandir przeszedł od słów do czynów?
Ostatecznie Biały Czarodziej zaniechał bezcelowego krążenia po komnacie i postanowił zasięgnąć wieści.
Tknięty złym przeczuciem, pospiesznie udał się na wyższe piętro wieży, by zajrzeć w palantír.
I to, co w nim zobaczył, wybitnie mu się nie spodobało...
Gríma postanowił usunąć się z zasięgu Czarodzieja.
"Niech się na kimś innym wyładowuje" - pomyślał i postanowił znaleźć sobie jakieś zajęcie, które jednocześnie gwarantowałoby możliwie dużą odległość od Sarumana.
Wyboru wielkiego nie miał. Ostatecznie skończyło się na tym, że usiadł na schodach przed wieżą, z naprędce zmontowaną wędką w ręku, mając nadzieję na złowienie czegoś interesującego. Na ryby, co prawda, nie można było liczyć, ale za to rozrywki innego rodzaju nie brakło. Miał doskonały widok na orków, który zorganizowali strajk generalny, połączony z akcją protestacyjną. Pływali na tratwach, zbitych z resztek drewna, które ostało się po katastrofie, wprost pod oknami komnat Sarumana, tak żeby ten mógł ich dobrze słyszeć. Z treści ich okrzyków Gríma wywnioskował, że żywią głęboką urazę do Czarodzieja za zbyt dużą wilgotność klimatu i przesadne nawodnienie terenu, domagając się od niego, żeby to zlikwidował albo inaczej nie ma co liczyć na jakąkolwiek formę działalności z ich strony.
"Ciekawe co teraz zrobi Saruman? Niech on też pozna jak to jest, kiedy wszystko się sprzysięga przeciwko tobie" - pomyślał Gríma z ponurą satysfakcją.
Na chwilę oderwał się od obserwacji strajku i na powrót wbił wzrok w unoszący się leniwie na wodzie spławik. Orkowie na chwilę zamilkli - najwidoczniej zrobili sobie przerwę. Cisza panowała niemal kompletna, wyjąwszy rozlegający się od czasu do czasu chlupot wody. Nad tym, co ów dźwięk wywoływało, Gríma się nie zastanawiał. Dlatego też o mało co nie zleciał ze schodów, gdy nieopodal rozległ się donośny głos:
- Hmpf, hmpf, cóż za pochopność! Czy ty naprawdę spodziewasz się tutaj coś złowić?
Gríma spojrzał w kierunku, z którego dobiegła ta wypowiedź. Na lewo od schodów, tuż obok krawędzi jednego z czterech masywnych filarów, wykonanych z czarnego kamienia, które budowały wieżę, stało coś, co przypomniało sporej wielkości drzewo, ale nim z pewnością nie było, bo jak powszechnie wiadomo, drzewa się samodzielnie nie przemieszczają i nie mówią. Gríma był przekonany, że nie dalej jak przed kwadransem nic takiego tam się nie znajdowało. Teraz zdębiał kompletnie, czując, że nie jest zdolny do wykonania żadnego ruchu ani wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Tamten także się nie odzywał, jedynie uważnie obserwując go wejrzeniem niezwykłych oczu, barwy brązu usianej plamkami zieleni.
Cała ta sytuacja trwała przez długą chwilę. A nawet przez kilka długich chwil. Gdyby ktoś chciał stworzyć szkic, ilustrujący tę scenę, nie miałby problemu ze zbyt ruchliwymi modelami, z których najbardziej żywym, w tym momencie, elementem, był spławik unoszący się na wodzie.
- Hmpf, hmpf, cóż to, Smoczy Język nie znajduje tym razem żadnej odpowiedzi? - zapytał w końcu stwór.
- Skąd znasz to... to miano? - wyjąkał Gríma, odzyskując zdolność mowy.
- Och, wiem o tobie wystarczająco dużo - oświadczył po chwili przybysz, po czym umilkł, sprawiając wrażenie, jakby zamyślił się głęboko. Może konstruował kolejną wypowiedź? W międzyczasie Gríma zdążył sobie przypomnieć o czym rano (a właściwie o bladym świcie) mówił Saruman. To musiał być ent i to prawdopodobnie nie jakiś pośledniejszy z nich. Wyglądał na dość starego i dostojnego. Przynajmniej Grímie tak się wydawało. Nie miał pojęcia po czym poznaje się wiek u entów. Chyba nie po ilości gałęzi? Czyżby więc niespodziewanie znalazł się przed obliczem Drzewca?
Gríma postanowił zaryzykować pytanie, celem pozbierania dokładniejszych informacji.
"Po co ja to robię?" - przemknęło mu przez myśl. - "Słowa podziękowania przecież i tak nie usłyszę..."
- Nie dosłyszałem twego imienia - rzekł ostrożnie Gríma. - A skoro ty znasz już moje... miano, to chyba wypadałoby się przedstawić?
- Hmpf, hmpf... dość pochopne jest takie pytanie, ale istotnie, grzeczność tego wymaga - przerwał na chwilę, jakby znów się zastanawiał. Gríma czekał cierpliwie. - Hm, hm, nazywają mnie Drzewcem. Albo też Fangornem.
- A ja cię chyba już kiedyś widziałem... - stwierdził nagle Gríma, przyglądając się entowi uważniej.
- Coś takiego! - rzekł Drzewiec tonem, który można by uznać za pochopny. - A kiedyż to?
- Wczoraj... Stałeś niedaleko od murów Isengardu, teraz sobie przypominam. Spłoszyłeś mi konia - rzekł Gríma z wyrzutem w głosie.
"Chociaż z drugiej strony to i tak była złośliwa bestia" - pomyślał, przelotnie wspominając podróż, którą odbył z Edoras do Isengardu na grzbiecie konia, którego nawet przy jak najszczerszych dobrych chęciach i przy posiadaniu jak najlepszych umiejętności jeździeckich, nie można by nazwać dobrze ujeżdżonym.
- Hm, hm... mam nadzieję, że się za bardzo nie potłukłeś - rzekł Drzewiec, z błyskiem w oku, który można by uznać u człowieka za złośliwy, a u enta prawie na pewno za kpiący.
- Ależ skąd - odrzekł Gríma, nie tracąc rezonu. - Jak spadać to z wysokiego konia...
- W istocie... ale im wyżej się wejdzie, tym niżej można spaść - oświadczył ent i zamilkł, spoglądając na wieżę, szczególnie zaś w stronę balkonu nad schodami.
- Z tego co widzę - podjął po chwili Drzewiec. - Białemu Czarodziejowi nie wiedzie się ostatnio najlepiej...
- Można to tak nazwać - mruknął Gríma, zerkając w stronę orków, którzy na nowo podjęli protest, tym razem ze zdwojonym wysiłkiem.
Drzewiec postąpił powoli kilka kroków w bok, brodząc w wodzie, która jemu sięgała ledwie do kolan. Gríma spojrzał nań z obawą, nie wiedząc zrazu co ten zamierza, ale ent chciał tylko lepiej przyjrzeć się strajkowi.
- Cóż, jak widzę Saruman nie kwapi się do rozmów ze swymi podwładnymi. Sądzę, że ze mną również nie byłby łaskaw zamienić choćby słowa. Ale ja komu innemu pozostawię tę kwestię. Nie bądźmy pochopni...
Drzewiec milczał przez chwilę, obserwując orków, po czym znów spojrzał na Grímę.
- Tak, hmpf, hmpf, ale zanim pójdę, chciałbym zadać ci jedno pytanie. Wcale nie pochopne.
- Ależ proszę bardzo, tylko z góry uprzedzam, nie pytaj o dwie rzeczy: co zamierza teraz Saruman, bo o tym nie mam pojęcia, i jak się parzy tą przeklętą Czarną Umbarską Herbatę, bo ja od siedmiu lat nie mogę zapamiętać wszystkich składników... - rzekł Gríma ze zniechęceniem.
Drzewiec milczał przez chwilę, długą nawet jak na niego, pomrukując tylko pod nosem coś, co brzmiało jak: "hm, hmpf, hmpf, hm, hm, hm". Zupełnie jak Saruman, usiłujący odczytać co w liście zaadresowanym do niego nabazgrał Radagast Bury.
- Dobrze więc - rzekł wreszcie ent. - Pytanie jest bardzo proste. Dlaczegoś nie porzucił służby u Czarodzieja, kiedyś miał szansę, bo wiem, że dano ci takową?
Gríma spojrzał na niego z niedowierzaniem, bo to było ostatnim pytaniem, które spodziewał się usłyszeć. Nad tym, skąd Drzewiec miał takie dokładne informacje, nie zastanawiał się wcale.
- Jest parę powodów... - mruknął w końcu niechętnie. - Jednak jeden z nich jest ważniejszy niż wszystkie inne i kwestia ta jest całkiem nie do ominięcia...
Drzewiec czekał cierpliwie, prezentując godną podziwu niepochopność.
- Mój dożywotni kontrakt - rzekł Gríma grobowym tonem. - Wobec tego fakt, że nie miałbym gdzie się podziać, a tak w ogóle to pewnie bym już był nieżywy, to w sumie uwagi nie warta błahostka. A Saruman nie zwalnia łatwo z przyrzeczeń...
- Hmpf, hmpf, zatem podpisanie tego kontraktu to musiała być straszna pochopność - stwierdził Drzewiec. - No nic, pójdę już. Muszę się napić świeżej wody ze strumienia, bo tutaj, że tak powiem, jest pozaklasowa, naprawdę, łowienie ryb w tym miejscu... hm, hm, hmpf, hmpf... - tak pomrukując ent powoli odwrócił się i ruszył w kierunku źródeł Iseny.
Gríma zaczął się zastanawiać, czy to wszystko mu się nie przyśniło. Możliwe, ze jeszcze nie obudził się do końca. Spojrzał na niebo. Słońce nie stało jeszcze w zenicie, ale ranek minął już dawno. Nie przypuszczał, że rozmowa z tym dziwnym stworem zajęła mu tak dużo czasu.
Gríma po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że lepiej Sarumanowi nic o wizycie enta nie mówić - w trosce o jego zdrowie oczywiście. Po co ma się dodatkowo denerwować?
W tym samym momencie, w którym to pomyślał, wędzisko zadrżało gwałtownie. Gríma spojrzał na znikającą pod wodą żyłkę, ciągnięta przez coś wielkiego. Podjął szybką decyzję; diabli bierz wędkę, nie wiadomo co ten Saruman trzymał w tych swoich podziemiach, może teraz to wylazło i gdzieś tutaj pływa. Puścił wędzisko i obserwował przez chwilę, jak w mgnieniu oka kij znika pod mętną wodą. W ten oto sposób stracił jedyne zajęcie, jakie pozostało mu po jakże pochopnej rozmowie z entem.
Jednak nie na tyle długo, by zdążyć się ponudzić, bowiem od strony wieży rozległ się dobrze znany wrzask:
- Grímaaaaa!
Oznaczało to, że Saruman znów czegoś chce, a Gríma, niestety, nie mógł tym razem udawać, że nie słyszy. Wzruszył ramionami, wstał, otrzepał się i udał do środka, aby wspiąć się na te osiemdziesiąt cztery (i pół) z tych siedmiuset dwudziestu jeden (i pół) kamiennych stopni, które prowadziły na sam szczyt Orthanku. Osiemdziesiąty piąty stopień (licząc w kolejności od dołu) został w niepamiętnych czasach i w bliżej nieznanych okolicznościach ukruszony. Straszył poszarpaną krawędzią utraconego fragmentu i stanowił niejako skazę na, charakteryzujących się nieskazitelną czernią gładkiej powierzchni, pięknych (aczkolwiek zdaniem wielu osób, mających sposobność przebywać w Orthanku, występujących w zdecydowanie zbyt wielkiej ilości) schodach. O dziwo, przywiązujący na ogół tak dużą wagę do majestatu i perfekcjonizmu Czarodziej, w tej kwestii wykazywał się potwornym skąpstwem i żałował na naprawę. Cóż, przynajmniej było trochę rozrywki, gdy jakiś bardziej nieuważny z orków, po otrzymaniu rozkazów od Sarumana, potykał się na szczycie schodów, na wybrakowanym osiemdziesiątym piątym stopniu, tuż za podestem znajdującym się na wysokości komnat Czarodzieja i zlatywał na pysk, aż na sam dół, przy głośnym rumorze, od którego cała wieża drżałaby w posadach, gdyby tylko ci, którzy ją budowali, mniej przyłożyli się do swojej pracy.
Gríma, nieco zasapany, dotarł na górę, ciesząc się tylko tym, że tym razem nie musi wspinać się przynajmniej na wszystkie siedemset dwadzieścia jeden (i pół) stopni. A niestety, bywało tak już nieraz, szczególnie wieczorową porą, gdy Saruman udawał się na platformę na szczycie wieży, aby obserwować gwiazdy. Dziwnym trafem zdarzało się to niemal zawsze, gdy Gríma znajdował się w Isenardzie (a za czasów, gdy pełnił służbę na dworze w Edoras, wcale nie pojawiał się w Orthanku tak często). Wtedy też Czarodziej często życzył sobie, aby mu przyniesiono herbatę, gdyż zwykł ją popijać nawet wtedy, gdy badał układy konstelacji. Lepiej mu się je wtedy oglądało czy co? Pomijając nawet kwestię wspinaczki z herbatą po schodach (miejscami bardzo krętych, zwłaszcza w przypadku górnych pięter), Gríma nie widział w obserwacji gwiazd nic fascynującego. Na szczycie wieży wiał porywisty, zimny wiatr, a wszystkie elementy krajobrazu poniżej tonęły w gęstym mroku; może to i nawet lepiej, bo do ziemi było dość daleko, a sama platforma na szczycie wieży miała bardzo małą powierzchnię; zdecydowanie nie było to najlepsze miejsce do zastanawia się na tym, czy nie ma się przypadkiem lęku wysokości. Dodatkową niechęć Grímy do tego miejsca budził fakt, że wszystkie symbole astronomiczne, wyryte na powierzchni platformy obserwacyjnej, musiały być zawsze idealnie wyczyszczone i lśniące. Łatwo się domyślić komu przypadało w udziale dbać o ich stan.
Teraz Gríma wsunął się ostrożnie do komnat, obawiając się, że Czarodziej wołał go jedynie po to, aby wyładować na kimś swoją furię i spuścić z tych osiemdziesięciu czterech (i pół) stopni. O nie, Gríma zachował jeszcze resztki godności; niech sobie zrzuci któregoś z tych swoich Uruk-hai!
Jednak Saruman nie sprawiał wrażenia, jakby chciał się na kimś czynnie wyładowywać. Siedział na swoim czarnym tronie z wysokim oparciem i bębnił nerwowo długimi palcami po lśniącej poręczy. Widać było po nim wyraźnie, że resztki cierpliwości stracił już dawno.
- Słyszałeś ich? - warknął, gdy tylko dostrzegł Grímę, który po wejściu do komnaty zatrzymał się niepewnie na progu.
- Trudno było nie słyszeć, strasznie się drą... - mruknął pod nosem.
Saruman posłał mu straszne spojrzenie. Gríma skarcił się w duchu za nieostrożność i rzekł, by go ułagodzić Czarodzieja:
- Trzeba by coś z tym zrobić, prawda?
- Ale co?! - zapytał z rozpaczą w głosie Saruman, która wskazywała na to, że jest on na skraju załamania nerwowego.
- Przemówić do nich - odrzekł Gríma bez wahania.
- I co im powiem? - zapytał Saruman z kompletnym zniechęceniem. Urwał na chwilę, by nabić fajkę zielem. Zapalił ją i wypuścił kółko dymu. - Mam dość zmartwień na głowie, nie mam czasu na wymyślanie przemówień i pertraktacje z podwładnymi.
- Może byś im powiedział, panie, żeby... - Gríma urwał, zastanawiając się przez chwilę. - O, wiem! Niech sprawdzą w swoich kontraktach, czy jest tam mowa o przerywaniu pracy podczas, nazwijmy to... drobnych utrudnień.
- Przecież oni nie potrafią czytać...!
- I właśnie o to chodzi!
Saruman popatrzył na niego przez chwilę w zamyśleniu, rozważając ten pomysł. A potem wstał bez słowa i zaczął krążyć po komnacie, jak zwykł to robić, gdy rozmyślał.
- A jak nie dadzą się przekonać? - zapytał po chwili Saruman, przystając.
- Sadzę, że twój dar przekonywania, mój panie, załatwi sprawę...
- Masz rację - Czarodziej wyglądał na ostatecznie zdecydowanego.
Saruman zostawił fajkę, zabrał swoją różdżkę i wyszedł na balkon, aby przemówić do orków. Gríma nie słyszał, co dokładnie powiedział im Czarodziej, ale po kilku minutach Saruman wrócił bardzo zadowolony. Zaciekawiony Gríma podszedł do okna i dostrzegł orków pospiesznie wiosłujących czym popadnie i oddalających się w szybkim tempie od wieży ku ocalałym zabudowaniom. Bardzo szybkim.
- Co im takiego powiedziałeś, panie, że tak się zerwali?! - zapytał zdumiony.
- Jak narzekali jeszcze na te kontrakty, to pogroziłem, że ześlę na nich lawinę, smoka i trzęsienie ziemi. Do tego kulę ognistą, oczywiście - odpowiedział spokojnie Saruman, dość obojętnym tonem, starannie nabijając fajkę. - I do tego niekoniecznie w tej kolejności...
- Naprawdę możesz to zrobić, panie? - zapytał Gríma ze zdumieniem.
- Nie - odparł krótko Saruman. - Ale oni nie muszą o tym wiedzieć - dodał z satysfakcją.
c.d.n.
odcinek 3
|
|
 |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Książka Skarg i Wniosków   |
|
|
|
Ta witrynka nie wysyla cookies. Jeżeli lubisz je kolekcjonować, kliknij prawym klawiszem na poniższe ciasteczka i zapisz je sobie gdzieś na dysku.
|
|
Podoba Ci się na mojej stronce? Klikaj śmiało!
|
|