Kara klacz człapała powoli skrajem wąskiej, leśnej drogi. Nieustannie potrząsała głową starając się odgonić cisnące do oczu i nozdrzy komary. Owady były nad wyraz wielkie i brzęczały stosownie do swoich rozmiarów.
Od komarów opędzał się również jadący wierzchem mężczyzna. Na twarz nasunął głęboko kaptur ciemnoszarego płaszcza. Było południe i jesienne słońce przypiekało mocno, toteż pocił się, a zapach potu przyciągał kolejne chmary robactwa.
-Rusz się żwawiej, Płotka -powiedział cedząc słowa przez zęby. -Chcesz spędzić kolejną noc w tym cholernym towarzystwie?
Klacz zastrzygła uszami i przyspieszyła kroku znając ten ton w głosie właściciela.
-No, teraz już lepiej -powiedział jeździec do swojego wierzchowca. -A jeszcze lepiej byłoby, gdyby ten las wreszcie sikończył i znaleźlibyśmy jakąś wioskę, a w wiosce karczmę, a w karczmie zimne piwo. Ty też pewnie masz już dość wody z bagnistych strumyków, co?
Klacz obróciła głowę, popatrzyła na niego przez chwilę i jakby rozumiejąc przeszła w lekki kłus.
Po dłuższej chwili ich życzenie zaczęło się spełniać - drzewa wyraźnie się przerzedziły, przy drodze pojawiły się porośnięte wysoką trawą i ziołami polany. Jeszcze później zwarty las przeszedł w zagajniki oddzielone szerokimi płatami łąk, a wreszcie w pojedyncze kępy drzew, za którymi na horyzoncie zamajaczyło coś jakby dachy dużej wioski.
-No, wreszcie wracamy do cywilizacji, Płotka -powiedział jeździec z wyraźnym zadowoleniem w głosie. Komary znikły, więc zsunął z głowy kaptur odsłaniając pociętą bliznami twarz i gęste, prawie białe włosy związane w długą kitę. -Od spotkania z tym półelfem, jakże mu było... Adamus? Adiemus? Nieważne zresztą... szósty dzień tłuczemy się po lesie i chyba nawet cieszę się na myśl, że ktoś będzie mógł odpowiedzieć na to, co do niego mówię.
Klacz znów obróciła łeb i popatrzyła na niego uważnie.
]
To nie była wioska, to było małe miasteczko zagubione wśród lasów. Białowłosy mężczyzna przejechał przez wąską bramę w wysokiej drewnianej palisadzie i znalazł się na szerokiej ulicy, wytyczonej jak po sznurku ze wschodu na zachód. Na jej końcu mógł zobaczyć podobną bramę wyjazdową.
Miasteczko było zabudowane dość luźno. Oprócz głównej ulicy nie było właściwie innych, domy stały pogrupowane w porozrzucane tu i ówdzie skupiska. Prowadziły do nich mniej lub bardziej kręte dróżki odchodzące od głownej ulicy. W głębi widać było charakterystyczne ogródki niziołków otaczające porośnięte trawą i kwiatami pagórki z wbudowanymi okrągłymi drzwiami i oknami. Przy samej ulicy stały warsztaty. Jeździec minął kuźnię, zakład szewca, dwa zakłady krawieckie i garncarza. Pracujący w nich ludzie przyglądali mu się spokojnie przez chwilę, po czym wracali do przerwanej roboty. Nikt się do niego nie odezwał, więc i jeździec nie odzywał się do nikogo.
Kierował się do stojącego pośrodku miasteczka budynku o najbardziej okazałych kształtach. Domyślał się, że będzie to najprawdopodobniej gospoda. I kiedy tam powoli dojechał, okazało się, że myślał słusznie.
-Pod Rozbrykanym Kucykiem -odcyfrował napis na zawieszonej nad obszernymi drzwiami tablicy. -Trochę innych znaków używają tutejsi, ale jakoś, jak widzisz, sobie poradziłem, Płotka. Wygląda na to, że jesteśmy na miejscu -powiedział zsiadając z konia. Rozejrzał się po okolicy i odprowadził klacz na róg budynku, gdzie stało drewniane koryto wypełnione świeżą wodą. Klacz piła długo i z wyraźną przyjemnością. Mężczyzna zanużył dłonie w korycie, odświeżył spoconą twarz i szyję.
-Dzień dobry, szlachetny panie -usłyszał za sobą młodzieńczy głos. Obrócił się powoli. Parę kroków od niego stał młody, rumiany niziołek. Fartuch na biodrach sugerował pomocnika oberżysty. -Jestem Nob. Czy mam odprowadzić twojego konia do stajni? Zatrzymasz się, panie, na nocleg?
-Zatrzymam się -powiedział. "O ile ceny nie będą zbyt wygórowane" -dodał w myśli. Czuł, że jego noszona w kieszeni sakiewka nie jest już zbyt ciężka.
-Witaj, szanowny panie, witaj w gospodzie "Pod Rozbrykanym Kucykiem". Moje miano Barliman, Barliman Butterbur. Prosto z drogi? U mnie możesz odpocząć spokojnie, przenocować, jeśli wola, dobrze zjeść i jeszcze lepiej wypić. Mam najlepsze piwo po tej stronie Brandywiny. A ci, co wiele podróżują, twierdzą nawet, że wcale nie ustępuje temu z gospody w Słupkach po tamtej stronie rzeki...
-Jak się nazywa to miasto? -mężczyźnie udało się przerwać potok słow jowialnego grubasa, który prowadził go od drzwi do stołu gadając przy tym nieustannie.
-Nie wiesz, szanowny panie? -zdziwił się oberżysta. -Bree. Skąd Cię prowadzą drogi, że nie dowiedziałeś się o naszym szeroko znanym w świecie mieście? Czyżby... ze wschodu?
-Zgadłeś trafnie.
-A jak cię mam nazywać, panie...?
Mężczyzna milczał przez chwilę.
-Jestem Geralt z Rivii -powiedział powoli. "A, co tam. W końcu, kto tu o mnie słyszał? Poza tym, może będzie okazja zarobić coś na utrzymanie..."
-Z Rivii? Nigdy w życiu nie słyszałem... To bardzo daleko?
-Bardzo, bardzo daleko.
-I podróżujesz, panie Geralt, sam jeden? Niebezpieczne to bardzo...
-Przywykłem. Takie mam zajęcie. Podróżuję to tu, to tam, gdzie tylko znajdzie się zapotrzebowanie na moje... usługi. Zajmuję się eliminowaniem drapieżnych stworzeń napadających na spokojnych mieszkańców wsi i miast. Takich, co porywają bydło i konie i pożerają je. Co wciągają małe dzieci między drzewa, żeby się nimi pożywić. A u was spokojnie? Nic takiego nie działo się ostatnio?
Oberżysta milczał z otwartymi ustami.
Geralt siedział w kącie gospody oparty wygodnie o ścianę. Nogi zarzucił na podnóżek. Z zadowoleniem patrzył na stojące na stole trzy puste kufle. Czwarty, trzymany w garści, oparł o udo. Przyjemnie było czuć jego chłód.
Zjadł już, umył się po podróży i złożył skromny dobytek w wynajętej na noc izdebce. Oberżysta długo przyglądał się wydobytej z sakiewki novigradzkiej koronie, ale przyjął ją, ponieważ zawierała dużo srebra. Wydał nawet kilka tutejszych malutkich srebrnych groszy, które Geralt właśnie wymieniał na kolejne kufle lekkiego, smacznego piwa. Czekał. Wiedział, że prędzej czy później się doczeka.
W pewnym momencie zrozumiał, że czekanie dobiega końca. Oberżysta rozmawiał z dwoma niziołkami i człowiekiem. Co chwila któryś z tej grupki rzucał na niego badawcze spojrzenie. Później usiedli w drugim kącie i pijąc piwo dyskutowali ze sobą... Wiedźminowi nie chciało się wysilać słuchu, wolał skoncentrować się na piwie. Zresztą dyskusje przed złożeniem zamówienia zwykle bywały podobne. Istotne było jedno: ile zażądać za wykonanie zlecenia.
Zdecydowali się i podeszli. Powoli i nieśmiało.
-Dzień dobry... Czy można przeszkodzić?
Geralt podniósł głowę i popatrzył. Zmrużonymi oczami, aby nie wystraszyć rozmówców.
-Siadajcie, miejsca dosyć. Dzień dobry.
-My względem... tego...
-Kłopoty mamy w Staddle -poparł nieśmiałego człowieka niziołek. -A Barliman mówił nam, że szanowny rycerz zajmuje się takimi... sprawami...
-Zajmuje się -powiedział Geralt starając się, by brzmiało to uprzejmie. -Ma się rozumieć, nie za darmo. Co się dzieje, giną ludzie czy zwierzęta?
-Na początku tylko zwierzęta... A to osiołek jakiś, owca czy krowa... Ale cztery dni temu zabiło Teda, młodszego syna Sama Hornfoota... straszny był widok, gdy go znaleźli...
-Widział kto potwora? A rany, jakie zadaje?
-Potwora nikt nie widział... Napada na Mokrych Łąkach, w pobliżu bagniska. Bo to, wiecie, Staddle na wielkiej polanie między bagnami stoi. A na Mokrych Łąkach, pod samym lasem, najlepsza trawa... to wiadomo, że tam sie zwierzynę pasało... Ale odkąd my zaczęli znajdować trupy...
-Dawno się to zaczęło? -Wypytywał cierpliwie Geralt.
-Ze dwa miesiące będzie. Jak duża grupa pilnuje zwierząt, spokojnie jest. Ale pójdzie stado pod las bez opieki, długo nie trwa, a spłoszone do obejścia biegną. A jednej sztuki brakuje. Potem się znajduje, na kraju bagniska. A wygląda, aż strach mówić...
-Głowa rozgnieciona, jakby wielkim kamieniem -włączył się do rozmowy milczący do tej pory młodszy z niziołków. -A oczy wydłubane. I mózgu nie miał... I cały był podrapany, jakby w jeżyny wpadł.
-To właśnie Sandy znalazł Teda -objaśnił pierwszy niziołek. -A zwierzęta wyglądały podobnie. Bez oczów, bez mózgu i z rozgniecionym łbem...
-Ciekawe... -powiedział powoli Geralt. Nie spotkał się jeszcze ze stworzeniem, które w ten sposób kaleczyłoby swoje ofiary. Rosła w nim ochota sprawdzenia, co to mogło być. Nawet za umiarkowane pieniądze. -A kiedy atakuje, w dzień czy w nocy? I jak często, co ile dni?
-Szanowny rycerzu, w nocy nikt nie idzie na wypas... Wieczorem najczęściej, przed zgonieniem do zagrody.
-Ale Teda w południe zabiło. Matka spuściła go z oka i poszedł z kucykiem za bramę... Kucyk wrócił, a małego pod wieczór znaleźli. A jak często... co dni kilka...
-Jak daleko do waszej wioski?
-Śniadanie spożywszy przed podróżą na południe kucykami będziemy.
-Jeszcze jedno. Moje usługi do tanich nie należą. Za zabicie tego stwora zapłacicie mi... tyle, co za cztery dobre kuce. A jeśli w pierwszy wieczór bydlę się nie pokaże, potrzebny mi będzie nocleg i strawa. Ja teraz wyjdę zobaczyć, czy mój koń dobrze oporządzony. A wy się zastanówcie, czy przyjmujecie warunki -powiedział Geralt wstając.
Tamci wstali również.
-My się już zastanowilim -powiedział starszy niziołek.
]
Wiedźmin siedział nieruchomo w krzakach owinięty szczelnie płaszczem dla ochrony przed komarami. Oddychał powoli, powoli też biło jego serce. Nie wiedział, jak długo będzie czekał w zasadzce, toteż użył mikstury, której ubocznym skutkiem było zdrętwienie palców i twarzy. Nie było przyjemnie, ale miał świadomość, że to minie natychmiast, kiedy we krwi pojawi się adrenalina.
Wyostrzony przez miksturę słuch pozwalał odróżnić nawet, kiedy pasąca się w odległości dziesięciu kroków przynęta w postaci tłustego, wypożyczonego od niziołków kucyka chrupała w zębach łodygę szczawiu. Hobbici szybko przystali na dodatkowy warunek po argumencie, że lepiej stracić jeszcze jednego kucyka i mieć problem z głowy, gorzej zaś, gdy z zasadzki nic nie wyjdzie, a głodny stwór wejdzie po odjeździe wiedźmina do wsi i porwie dziecko z podwórka. Trudniej było wytłumaczyć im, jak mają postępować, gdyby Geralt po zachodzie słońca nie wrócił. "Mam nadzieję, że nie pomylą flaszek i nie wleją do rany tej, która ma być do wypicia" -pomyślał. Przygotował obie na wierzchu stojącego tuż za nim kuferka. Obok kuferka leżał też srebrny miecz, na wypadek gdyby okazał się niezbędny. A Płotka została we wsi.
Czekanie przedłużało się i usta zdrętwiały zupełnie. "Będzie kłopot, gdy ten stwór przed walką zechce pogadać" -pomyślał Geralt. Spróbował uśmiechnąć się do tej myśli, ale twarz odmówiła posłuszeństwa. Zaswędziała i zamrowiła tylko mocniej.
Niebo zaczęło się czerwienić. "No, już niedługo" -pomyślał i w tym momencie usłyszał jakąś zmianę w śpiewie ptaków. Nie był pewien, ale wydawało mu się, że komary też jakby zabrzęczały inaczej...
Medalion drgnął.
Geralt powoli rozprostował palce zaciśnięte do tej pory na materii płaszcza. Zabolały, bo nie pozwolił sobie jeszcze na wyrzut niezbędnej porcji hormonu. Czekał. Ale był już gotowy, gdyby coś zaczęło się dziać.
Po ośmiu uderzeniach serca zaczęło się dziać.
Zawieszona na szyi głowa wilka ostrzegła po raz drugi. Prawa dłoń wiedźmina zsunęła z głowy kaptur pozostając przy uchu. Lewa ujęła pas miecza. Nogi sprężyły się do powstania z ziemi, a źrenice rozszerzyły, żeby widzieć więcej. Mrowienie znikło. Coś zbliżało się od strony bagna, jeszcze niewidzialne i niesłyszalne.
Kucyk spokojnie chrupał trawę. I szczaw.
Geralt skoczył na nogi w momencie, kiedy w stronę zwierzęcia wyciągnęła się długa gałąź i szybko oplotła je w pół. Lewa dłoń pociągnęła za pas, rękojeść miecza wsunęła się sama do przygotowanej prawicy. Ostrze wydobywane z pochwy przecięło ze świstem powietrze.
Kilka szybkich kroków i kolejny świst. Szamocący się kucyk odbiegł razem z oplatającą go wciąż resztką gałęzi. Dopiero teraz zarżał rozpaczliwie. A wiedźmin odskakując po zadaniu ciosu miał okazję ocenić przeciwnika. I zdziwił się bardzo.
Stworzenie przypominało drzewo. Coś pośredniego między wiązem, a topolą, wysokie na trzech chłopa. Ale z całą pewnością drzewem nie było, bo zaburczało gniewnie po odcięciu gałęzi, wyciągając jednocześnie pięć czy sześć następnych w stronę Geralta. A potem ruszyło w jego kierunku. Dość szybko.
Dwa ciosy, dwie następne gałęzie wijące się po ziemi. I odskok.
Poruszało się suwając po ziemi korzeniami.
Uderzył znakiem Aard. Nie pomogło. Drzewny stwór nie zatrzymał się, posypały się tylko liście i suche gałązki. W tym momencie zobaczył jego oczy. Przypominały miejsca po sękach. Świecił w nich jakiś niedobry ognik. Jakby próchno.
Stwór burczał i próbował dosięgnąć Geralta. Wiedźmin błyskawicznie uskakiwał, kiedy gałęzi wysuwało się więcej, jeszcze szybciej uderzał, kiedy próbowała go chwycić tylko jedna. Ale wciąż było ich zbyt wiele. A stwór nie rezygnował.
"Tu byłaby lepsza banda krasnoludów z siekierami" -pomyślał Geralt ponownie odskakując. Potem padł na ziemię i przeturlał się, bo "drzewo" wyrzuciło w jego kierunku osiem czy dziewięć gałęzi na raz, na różnych wysokościach. "Szybko się uczy, paskudztwo..."
Świst klingi. Odskok.
Pechowy.
Prawa noga Geralta do połowy łydki wpadła do króliczej nory. Stracił na moment równowagę. Na zbyt długi moment.
Oplotły go trzy gałęzie. Jedna w pasie, druga przez pierś, trzecia zablokowała prawicę z mieczem. Szarpnęło go i podniosło w górę, na poziom oczosęków, jak gdyby stwór chciał się przyjrzeć wiedźminowi z bliska, zanim ostatecznie go wykończy.
"Dobrze, że zdążyłem odciąć więcej gałęzi z tej strony -pomyślał wiedźmin, chwytając się ostatniej deski ratunku. -Zabrakło mu na lewą rękę..." -i złożył palce kreśląc szybko znak Igni.
Efekt przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Stwór momentalnie stanął w płomieniach, burcząc i rycząc z bólu. Geralt też zaczął ryczeć z bólu, bo gałąź, która owijała go w pasie, dostała się pod skórzany kaftan, a teraz płonęła jak wysuszony jałowiec.
Na szczęście stwór puścił go. Geralt rymnął o ziemię, podniósł się szybko i odskoczył, nie zapominając o mieczu. Z bezpiecznej odległości patrzył, jak dziwne stworzenie ginie w ogniu.
Kiedy było już po wszystkim, szybkim krokiem ruszył do krzaków, w których leżały jego płaszcz i kuferek. Pamiętał, że na samym dnie leżała reszta maści od Matki Nenneke, znakomicie i szybko gojąca oparzenia.
]
Geralt siedział w kącie gospody, ciężko oparty łokciami o stół. Nieruchomym wzrokiem patrzył w stojące przed nim dwa duże kufle, jeden do połowy pełny, drugi pusty. Miał teraz czas, aby spokojnie przemyśleć wczorajszą walkę. Drzewostwór, który sprawił mu tyle kłopotu, nie był opisany w żadnym z wiedźmińskich almanachów wiedzy. -Należałoby to uzupełnić -pomyślał wiedźmin. -Ale... dla kogo? Nie będzie już młodych chłopców w Kaer Morhen...
Z okien znikła reszta czerwieni zachodzącego słońca i w gospodzie robiło się coraz gwarniej, choć jeszcze było wiele miejsca. Przy dwóch długich, środkowych stołach bawiła się grupa niziołków. Pili piwo i swoim stałym zwyczajem opowiadali historie rodzinne gęsto przetykane długimi, genealogicznymi wywodami. W ubiorze różnili się nieco od tych, których Geralt widział poprzednio i tu w Bree, i w Staddle.
-Nob, gdzie jesteś, niedojdo! -zawołał gospodarz niosąc pełne kufle piwa do hobbickich stołów. -Rozpalaj ogień w kominku, bo ciemno się robi! A żywo! Czy ja o wszystkim sam muszę myśleć?
W kącie naprzeciwko wiedźmina prawie milcząc posilało się czterech ludzi. Wyglądali na tutejszych rzemieślników, którzy przyszli odpocząć po długim dniu pracy, przebrawszy się tylko.
Drzwi otwierały się teraz co chwilę i do gospody wchodzili nowi goście. Po dwóch, po trzech, czasem pojedynczo. Ludzie dosiadali się do ludzi, wymieniali kilka niespiesznych zdań i zamawiali piwo oraz posiłek. Niziołki hałaśliwie witały się ze swoimi, po czym połowę już opowiedzianych historii powtarzano, zamawiając kolejne kufle. Piwo, o czym Geralt się już przekonał, było smaczne i niezbyt mocne, wiele go trzeba było wypić, aby zaszumiało w głowie.
Oczywiście, każdy z nowo przybyłych zwracał uwagę najpierw na wiedźmina, przyglądając mu się przez chwilę. Potem wymieniano na jego temat kilka zdań i przestawano zwracać na niego uwagę.
-Jak te gospody są zawsze do siebie podobne -mruknął Geralt w głąb kufla i pociągnął długi łyk. Jedyną osobą, która go intrygowała, był wysoki mężczyzna, siedzący samotnie w najciemniejszym kącie sali po lewej stronie. Nogi w długich podróżnych butach wyciągnął przed siebie, na czoło nasunął głęboko kaptur szarego płaszcza. Palił małą fajeczkę o długim, prostym cybuchu, ukrywając ją w dłoni aby żar nie oświetlał jego twarzy. Ale wiedźmin i tak widział ją dokładnie. Była to szlachetna twarz o surowym wyrazie i czujnych oczach. Nienajomy zdawał się na kogoś czekać.
-Kolejny książę podróżujący incognito -mruknął Geralt dopijając piwo, po czym machnął dłonią w kierunku Noba przechodzącego obok z wiązką drewna, dając w ten sposób do zrozumienia, że chciałby wymienić któryś z pustych kufli na pełny.
-Już się robi, szanowny panie, już, na jednej nodze -zawołał śpiewnie chłopak i z rozmachem dorzucił drew do kominka. Strzeliły iskry, w izbie zrobiło się jaśniej.
Tajemniczy mężczyzna nasunął jeszcze bardziej kaptur na twarz.
Drzwi wejściowe z rozmachem łupnęły o ścianę. Wilcza głowa na szyi Geralta obudziła się i drgnęła lekko...
-Ci przyszli tutaj szukać guza, zamiast dobrej zabawy -pomyślał Geralt i popatrzył kątem oka. Do gospody wkraczało sześciu niezbyt przyjemnie i niezbyt czysto wyglądających osobników. Klęli, hałasowali, wyglądało na to, że po drodze znaleźli do picia coś mocniejszego, niż tutejsze piwo. Przewodził im przygarbiony, nieogolony rudzielec o lekko skośnych oczach. W sali nagle zrobiło się dziwnie cicho.
-Rusz się, pokrako i dawaj nam szybko piwa! -wrzasnął na Noba i zabrał mu niesiony dla Geralta kufel. -Bo ci tak dokopię do rzyci, że cię rodzona mać nie pozna!
-Dawaj tu najlepszej pieczeni z chlebem, a szparko! -krzyknął do gospodarza drugi.
Geralt ocenił ich szybko wzrokiem, nie ruszając głową. Cała szóstka ubrana była w skórzane, wytłuszczone kurtki. Brodaty grubas o kędzierzawej czuprynie i spoconej twarzy miał przy pasie krótki, szeroki mieczyk. Dwaj inni, podobni do siebie jak bracia i jednakowo brudni - długie, zakrzywione noże za pasami. Najniższy, prawie łysy, z oczami jeszcze bardziej skośnymi od herszta, miał w ręku grubą, dębową pałkę. Dwaj pozostali nie nosili broni na wierzchu. -Pewnie mają noże w cholewach albo pod kurtką -pomyślał wiedźmin.
Rudy stanął przed stołami niziołków i popatrzył na nich.
-Dopijać swoje piwo, płacić i wynocha, kurduple zasrane -powiedział ochrypłym głosem. -Bill Ferny wrócił do miasta, a wiecie, co to znaczy?! Żaden nie śmie się pałętać po mojej gospodzie, kiedy tu jestem!
Niziołki posłusznie zaczęły wstawać i wychodzić, zostawiając grosze na stole. Jeden z nich, potrącony łokciem przez któregoś z kumpli rudzielca, potknął się i prawie wpadł do kominka. Ferny zaśmiał się i pokazał leżące na stole pieniądze.
-Opłata za ochronę, Butterbur! -zawołał. -A teraz dawaj żreć, a dobre żeby było!
-Już się robi, panie Billu Ferny -powiedział gospodarz patrząc, jak brodaty grubas zgarnia stosik monet do płóciennego woreczka.
Bill podniósł do ust kufel piwa i opróżnił go szybko, po czym głośno beknął. Kumple rozsiadający się przy stole, zarechotali.
Ferny rozejrzał się po sali i dopiero teraz zauważył wiedźmina, patrzącego w pusty kufel od piwa. Geralt poczuł jak amulet drży ponownie, tym razem silniej.
-A ty coś za jeden, siwy przybłędo? -krzyknął Bill wyciągając palec. -Skąd się tu wziąłeś w mojej knajpie?
-Przejazdem -powiedział powoli Geralt nie podnosząc głowy.
-Wstań, chamie, jak do mnie mówisz -rozdarł się Ferny. -To jest moje miasto i ja tu rządzę! Nie będzie żaden zasraniec mi się tutaj kręcił! Wynoś się z Bree i to migiem!
-Nie mam nic do ciebie, Billu Ferny, i mieć nie chcę -powiedział Geralt zimno. -A wyjadę jutro, jak się wyśpię. Za nocleg zapłaciłem.
-Tego już za wiele, gnido! -krzyknął Ferny i wyciągając długi nóż z rękawa rzucił się w stronę Geralta. -Ja ci pokażę kto tu rzą...
Zrywający się z ław kumple rudzielca zobaczyli tylko, jak białowłosy kocim ruchem wyskakuje zza stołu sięgając za głowę do wystającej stamtąd rękojeści miecza... potem było słychać dwa krótkie świsty klingi zlewające się prawie w jeden... potem na podłogę upadła dłoń Ferny`ego wciąż zaciśnięta na nożu... potem jego głowa... a na końcu zwaliła się reszta ciała.
Wiedźmin złożył palce lewej dłoni w znak Aard. Skośnooki mieszaniec, który zamierzał rzucić w niego nożem, łupnął plecami i potylicą o ścianę, zostawiając na niej plamę krwi. Dopiero teraz kamraci Billa zdążyli powyciągać swe noże zza pasów i z butów. Geralt skoczył do nich, rozległo się kilka świstów i jęków i po chwili na podłodze przed kominkiem leżały cztery kolejne ciała, a płynąca z nich krew zaczęła zlewać się w jedną wielką kałużę.
Geralt schylił się i otarł klingę w spodnie brodatego grubasa, po czym schował miecz do zawieszonej na plecach pochwy. Schylił się ponownie i z kieszeni zwłok wyjął płocienny woreczek.
-Na pokrycie kosztów sprzątania -powiedział kładąc pieniądze na stół, przy którym z otwartymi szeroko ustami stał nieruchomo Barliman. -A to za moje piwo i nocleg -dodał dokładając wyjętą z kieszeni monetę z herbem Novigradu. Za jego plecami przemknęli rzemieślnicy opuszczający w pośpiechu gospodę.
-Oj, niedobrze się stało, panie Geralcie z Rivii -powiedział Butterbur odzyskując mowę. -Taki kłopot... Jak świat światem, nigdy jeszcze coś takiego nie zdarzyło się w mojej gospodzie ani w naszym spokojnym miasteczku...
-Czyżby, Barlimanie? -Geralt usłyszał za sobą cichy głos, w którego nucie brzmiały echa śpiewnego akcentu elfów. Odwrócił się. Siedzący w cieniu mężczyzna wstał i podchodził do nich powoli, pokazując otwarte dłonie na znak, że nie chce walczyć.
-Pięknie władasz mieczem, przyjacielu -powiedział nieznajomy zsuwając kaptur z głowy. Geralt zobaczył jego uszy - nie były spiczaste, a więc miał do czynienia z człowiekiem. Kątem oka zobaczył też pod rozchylonym na chwilę płaszczem rękojeść tkwiącego w pochwie długiego miecza. Była bogato zdobiona, a jelec pokrywały dziwne runy, niewątpliwie składające się na zaklęcie.
-Oczy mam bystre, a mimo to ledwo nadążałem za twoimi ruchami. Wiele lat podróżuję po świecie i wielu spotkałem znakomitych wojowników, ale jeszcze nikogo tak szybkiego, jak ty.
Geralt wzruszył ramionami. Zęby w ustach nieznajomego miały kły -na pewno nie elf. Ale ten akcent... -Nikt inny, jak tylko kolejny książę podróżujący incognito. Szkoda, że nie ma tu Jaskra -pomyślał. -Ten umie z takimi gadać.
-Barliman w jednym ma rację -kontynuował tamten, nie zrażony milczeniem wiedźmina. -Niedobrze się stało, że Ferny skończył tak wcześnie. Wiesz, istnieje stara przepowiednia... zgodnie z jej fragmentem ten łotrzyk miał wziąć w całej sprawie dość istotny udział... a według wszelakich wyliczeń Olorina miało to nastąpić w najbliższych dniach, jutro lub pojutrze. Teraz nie żyje, na własne zresztą życzenie, ale muszę ci powiedzieć, że bardzo to komplikuje sprawę, Geralcie z Rivii.
-Moje imię już znasz. Nie myślisz, że wypadałoby się przedstawić?
-Masz rację, wybacz uchybienie. Nazywają mnie tu Obieżyświatem lub Strażnikiem, jak wolisz. Mojego prawdziwego imienia wolałbym ci nie wyjawiać... na razie.
Geralt popatrzył pod nogi na trupa Ferny`ego i westchnął. Potem podniósł głowę i popatrzył w oczy wysokiego księcia. Zobaczył w nich surowość, szczerość, poczucie obowiązku i coś przyjaznego. Nie zobaczył uczucia strachu i obrzydzenia znajdowanego u większości ludzi, w oczy których zaglądał.
-Usiądźmy gdzieś przy piwie, Obieżyświecie -zaproponował wyciągając rękę. -Wydaje mi się, że musisz mi wiele wyjaśnić.
Powrót