
Mam nadzieję, że nie zapomniałeś(aś) zabrać pochodni... Podróż przez te korytarze może być fascynująca, ale zarazem niebezpieczna. Nie raz zdarzy Ci się potknąć o kości śmiałków, którzy weszli tu przed Tobą ze zbyt lekkim sercem... I nigdy nie śmiej się ze smoka, póki jeszcze zipie, jak mawiał stary Bilbo.
Idziemy powoli, bo mimo pochodni jest tu ciemno... Trzymaj mnie może za rękę. Poczujesz się pewniej, a ze mną nic nie może Ci się tutaj przydarzyc.
Jest coraz duszniej i coraz mniej przyjemnie. Z każdym krokiem wzrasta ciepło otoczenia i dziwny, ostry i nie bardzo przyjemny zapach. Chcesz może wrócić?
Nie? Masz rację. Do odważnych świat należy...
Tak, ja też idę tędy pierwszy raz. Ale moje przeznaczenie nie pozwoli, aby stało się cokolwiek złego. Także i Tobie. A propos, nie wiem jeszcze, jak masz na imię i jak tu trafiłeś/aś...
-......
Miło mi. Moje imię już znasz.
Ostry zapach jest bardzo intensywny. Jeszcze jeden zakręt... niżej głowa, tu są stalaktyty... i zostajemy zauważeni przez gospodarza tej jaskini, kiedy wkraczamy do jednego z przedpokoi...
Jest coraz bliżej... Jest naprawdę ogromny. Przerażający i piękny zarazem. I zdaje się zmieniać kolory... Naprawdę, zasługuje na miano Ojca Smoków.
Wejdźmy na tę skałkę. Będzie łatwiej nam z nim rozmawiać... Wolisz zostać na dole? Jak sobie życzysz, ale trzymaj się za mną i niezbyt daleko...

No i jak Ci się tu podoba? Spójrz, zionie ogniem... Próbuje nas tylko przestraszyc, bo chociaż widzi mnie po raz pierwszy, poznał mnie już, poczuł, kim jestem i co mnie przed jego mocą chroni. I wie, że żaden z nas nie może wyrządzić drugiemu krzywdy. Na pewno uda nam się zamienić z nim kilka słów...

- Adiemus: Witaj, Ankalagonie Czarny, najwspanialszy z Wielkich Smoków.
- Ankalagon: Witaj, Adiemusie, klątwą chroniony synu Earendila. Co sprowadza ciebie i twojego kryjącego się (i słusznie) za skałą towarzysza w moje skromne progi?
- Adiemus: Chcieliśmy zobaczyć z bliska twoj potęgę, o najwspanialsza spośród wszystkich plag Morgotha Bauglira.
- Ankalagon: Pochlebca z ciebie, Adiemusie. Ale wiedz, że to nie Morgoth mnie stworzył. Nie on jeden.
- Adiemus: Co masz na myśli?
- Ankalagon: Powstałem w chwili, kiedy w Muzyce Ainurów temat Melkora zmagał się z tematem Tulkasa i Nienny. Jestem więc starszy, niż Arda, jaką znasz. Morgoth przechwalał się tylko, żem jest jego owocem... Nałożył na mnie klątwę zabraniając mi ogłosić prawdę. Teraz, kiedy nie ma go już na tym Świecie, mogę ci to opowiedzieć. Ale tylko tobie. Ty jesteś poza Prawem.
- Adiemus: A skąd się wziąłeś na Ardzie?
- Ankalagon: Kiedy został ukarany przez Mandosa trzystuletnim uwięzieniem w Nicości, gdzie i ja bytowałem nie znając Czasu ni Przestrzeni, nieopatrznie zbliżyłem się do niego... omamił mnie gładkimi słowami i obietnicami potęgi i władzy. Skusił wizją twardej ziemi pod nogami... A kiedy wrócił z Silmarilami do Thangorodrimu, wezwał mnie do siebie. Ale wówczas był ode mnie silniejszy.
- Adiemus: I został twoim władcą?
- Ankalagon: Niestety... Ale pomógł mi przybrać ciało i sprawił, że mogłem się rozmnażać... Nie da się ukryć, że jestem mu wdzięczny. Ale tylko za to. Przedtem byłem wolnym duchem, on zniewolił mnie i zmusił do ciężkiej służby kładąc swoje słowa w moją paszczę...
- Adiemus: A inne smoki?
- Ankalagon: Wszystkie są moimi dziećmi... Glaurung i Skat, Smaug, Chryzophylax... Już nawet nie pamiętam ich liczby i imion... Wszystkie je zniewolił i zmusił do pracy. I przydał im jedną cechę, której u mnie nie znajdziesz: umiłowanie złota i klejnotów. Dlatego napadały głownie na bogate miasta i siedziby krasnoludów.
- Adiemus: Taak, pamiętamy te obrazy... Pożary, zniszczenia... i olbrzymi smok ziejący ogniem, dymem i parą, aby zabić jak najwięcej i jak najwięcej skarbów zgromadzić.
- Adiemus: A teraz, co porabiasz?
- Ankalagon: No cóż, mieszkam tutaj, w tej zapomnianej przez wszystkich jaskini. Dziwię się, prawdę powiedziawszy, jak tutaj trafiłeś...
- Adiemus: Siódmy zmysł. Czułem, że cię tu znajdę. A może po prostu przeznaczenie?
- Ankalagon: Ech, Półelfie... zaczynam czuć do ciebie sympatię. Wobec tego przyznam ci się do czegoś, co do dziś było najgłębszą moją tajemnicą. Malraux! Malraux! Wyłaź! Poznasz naszego Gościa! No nie wstydź się!
- Adiemus: O!
- Ankalagon: Wiesz, myślałem, że już za stary jestem, aby mieć dzieci... A tu, proszę: ostatni smok.
- Adiemus: Przystojnego masz syna, Ankalagonie... Bardzo twarzowy kolor.
- Ankalagon: Jeszcze młody... dopiero dwieście dwadzieścia lat... Nawet nie bardzo ogniem ziać potrafi. Ale chcę go wychować na porządnego Smoka.
- Adiemus: Życzę ci tego z całego serca. Natomiast nie życzę ci, Ankalagonie, abyś kiedykolwiek musiał zobaczyć taki oto widok:
- Ankalagon: Dzięki ci, Adiemusie. Porządny z ciebie chłop... to jest, chciałem powiedzieć: półelf. Może jeszcze mnie kiedyś odwiedzisz?
- Adiemus: Na pewno zajrzę. I dzięki za gościnę.

No nie da się ukryć, sympatyczne się z niego zrobiło smoczysko... A pod czarną łapą Morgotha niezły był z niego gagatek... Ale jedno jest pewne: niewiele jest piękniejszych widoków niż o zachodzie słońca majestatycznie lecący smok...
Powrót