Fanfik rozbrykany, bez tytułu


Autorzy: Adan  Adiemus  Avari  Beleg  Dorti  Firiel  Nairael  Nifrodel  Thoronnil  Vainamoinen
Fanfik poniższy pisany był siłami wyżej pomienionych Fanatyków Dobrej Zabawy pomiędzy 1 a 25 stycznia 2003 roku na Forum Tolkienowskim. Mam nadzieję, że czytając będziesz mieć równie dobrą zabawę, jaką ja miałem pisząc :)
W nawiasach kwadratowych [ ] miejscami występują komentarze odautorskie, które uznano za niezbędne.

Część Druga. Ostatnia.

Tymczasem zakochana w Legolasie trollica ponownie odzyskała trop zgubiony gdzieś w Lindonie i po przejściu Gór Mglistych kierowała się prosto na Mroczną Puszczę. Od czasu do czasu przygrywała sobie na flecie dla animuszu, co miało niebagatelny wpływ na miejscową zwierzynę, która pałając miłością do trollicy szła za nią. Uformowało się po pewnym czasie spore stadko ciągnących saren, jeleni, zajęcy, dzików, lisów, wilków i innej pomniejszej zwierzyny. Dzielna Gundula, nie zważając na obiektywne trudności, takie jak głód i niesprzyjające warunki pogodowe, podążała za głosem swego serca.

Zostawmy teraz naszą trollicę na jej drodze ku przeznaczeniu i wróćmy do Mrocznej Puszczy.
Po słowach Legolasa Lorgfirtz rzucił się w kierunku jaśniejącej blaskiem postaci. A może to umysł orka dodawał to jasne światło? Chyba tak, bo przecie ta romantyczna muzyka nie mogła dobiegać z drzew.
Biegł długo, łapczywie przełykając ślinę.
Ona spojrzała w stronę Lorgfirtza i wrzasnęła przeraźliwie.
Muzyka się urwała.
- Aaaaaaaaaaaa! Potwór! - pisnęła Ona.
Lorgfirtz stanął jak wryty, patrząc na Jej ucieczkę. Potem siadł na trawie, kryjąc twarz w dłoniach.
- Chciałbym nigdy jej nie zobaczyć. Chciałbym, żeby to wszystko się nie wydarzyło.
Poczuł na ramieniu dłoń Aragorna i usłyszał jego głos.
- Idź na zachód, do Rhosgobel. Tam mieszka wielki czarodziej, Radagast Bury. Słynie z operacji plastycznych. On ci pomoże.
Lorgfirtz wstał. Spojrzał na człowieka.
- Spasiba - szepnął.
Rozpacz ogarnęła serce biednego orka... płakał. Kochał elfkę, a ona okazała się zbyt niska, żeby docenić jego miłość. Lorgfirtz postanowił jednak pójść do Radagasta. Powiedział sobie:
- Stary jesteś SPOKO! Wystarczy tylko porobić maseczki żeby wygładzić zmarszczki, trochę popracować nad manierami, uczesać moja cool czuprynę! I spoX! Wszystkie elfki świata u moich stop! A ta głupia niech sie odwali!
Z takimi oto myślami zaczął swoją wędrówkę. Trzeba jeszcze dodać, że Aragorn w ostatniej chwili dal Lorgfirtzowi ostatni dar: ukradzione Legolasowi lusterko. Powiedział przy tym: "to ci na przyszłość przyjacielu".
Po długiej wędrówce skrajnie wyczerpany Lorgfirtz dotarł do wielkiego domu ogrodzonego żywopłotem. Mętnym wzrokiem zobaczył otaczające go spore stadko saren, jeleni, zajęcy, dzików, lisów, wilków i innej pomniejszej zwierzyny. Zemdlał.

Ork obudził się na twardej pryczy.
-Gdzie jestem? - zapytał.
Nikt nie odpowiedział. Lorgfirtz rozejrzał się. Po prawej i lewej stronie widział szeregi drewnianych, polowych łóżek. Leżeli na nich kolejno: pisklę smoka z wysypką, zgniłe enciątko, łysy krasnolud, pająk z trzema nogami i trollica. To musiał być dom Radagasta, słynącego z tego, iż pomaga potrzebującym każdej rasy i każdej płci.
Do sali wszedł Radagast.
- Przyszedłeś tu abym ci zrobił operację plastyczną? - rzekł.
- Tak, ale skąd pan wie? - spytał Lorgfirtz.
- Istari wiedzą więcej niz myślisz, chłopcze - odparł. - Jeśli chcesz, to do operacji możemy przystąpić choćby i zaraz.
- O ile można, to chętnie - rzekł uradowany Lorgfirtz.
Operacja trwała kilka godzin. Gdy Radagast wyszedł z Ojomu, wręczył orkowi lusterko Legolasa, odebrane wraz z ubraniem.
- i jak? - spytał z dumą.
- Czy tak wyglądają elfy? - zapytał Lorgfirtz ze smutkiem, wybijając z radości Burego.
- Ech, ta dzisiejsza młodzież - powiedział Radagast. - Jeśli pragniesz być jeszcze piękniejszy, musisz iść do Sarumana Białego.
Lorgfirtz postanowił wysłuchać rady i wyruszył w drogę do Isengardu.
Po przejściu kilkuset ledwie metrów Lorgfirtz stwierdził, że ktoś za nim idzie. Poczekał chwilę i coraz wyraźniej widział zbliżającą się do niego niską, ale barczystą postać. Był to łysy krasnolud, którego widział w Rhosgobel.
- Heil Lorgfirtz! - zagadał krasnolud. - Ich bin Harch. Harch von Bruenorich.
- Nie rozumiem. Możesz mówić w Czarnej Mowie?
- Mogę, ale khuzdul jest taki... szpanerski. Słuchaj... czy ty naprawdę chcesz iść do Isengardu?
- Tak.
- Co?! Facjata się nie podoba?! Słuchaj... jeśli ktoś cię ściga, nie poznają cię teraz...
- Nie o to chodzi. Zakochałem się.
- Zakochałeś? Aahaa...
Krasnolud przysiadł na przydrożnym kamieniu.
- W młodości też się kiedyś zakochałem.
- Tak?
- Taaaaak. - Harch spojrzał mętnym wzrokiem w dal. - Byliśmy tacy młodzi. Miała dopiero osiemdziesiąt lat. Była najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem. Półtora metra wzrostu, owłosione piersi i broda do pasa...
Lorgfirtz przełknął ślinę. Czuł, że czeka go długa opowieść. Nie mylił się.
Harch długo i z detalami opowiadał dzieje swojej miłości. Minęło kilka bogatych w szczegóły godzin...
Słowotok przerwało dopiero głośne burczenie w obu brzuchach.
- Donnerwetter -zdziwił się krasnolud. -To już tak późno? Trzeba by coś zjeść...
Sięgnęli obaj do zapasów i podzielili się sprawiedliwie.
Niestety, podczas odgrzewania nad skromnym ogniskiem wegetariańskiego bigosu otrzymanego na drogę od Radagasta nastąpiły wydarzenia, których Lorgfirtz wołałby nie pamiętać.
Najpierw usłyszeli głos zwalnianych cięciw. Kilka długich, kolorowo opierzonych strzał wbiło się w palenisko, rozrzucając na wszystkie strony iskry i popiół, a jedna trafiła w kociołek i strąciła go z prowizorycznego stojaczka. Rozlewany bigos zapachniał słodko, wsiąkając w piasek.
- Halelelele!!! -rozległ się bitewny okrzyk wykonany wysokim, świdrującym w uszy głosem. Zza drzew wyskoczyło kilkanaście... kobiet uzbrojonych w łuki. Były wysokie, niedomyte, a w ich postaciach było cos, co w pierwszej chwili zaskoczyło naszego bohatera.
Nie zdążyli nawet zerwać się z miejsc -zostali szybko powaleni na ziemie i precyzyjnie powiązani w baleron.
- O, muzczizny -powiedziała jedna z wojowniczek pochylając się nad Lorgfirtzem. Teraz dopiero zrozumiał, co w ich postaciach go dziwiło: kobiety miały tylko po jednej piersi (widział to wyraźnie w wycięciu szaty). - No, dziewcziny, poużiwamy sobia dziś wieczierom...
I poużywały...
Po dwóch dniach leżenia w formie baleronu, Lorgfirtz, uzyskawszy całkiem nowe spojrzenie na pewne sprawy, westchnął cicho:
- Eeech...
- To bracie straszne, okropne! Miałem kiedyś przypadek... - leżący obok Harch zatopił się znów w melodii własnych słów, przechodząc płynnie na khuzdul... a nasz ork zaczął intensywnie myśleć nad ucieczką...
Myślał tak i myślał i nic sensownego nie przychodziło mu do głowy.
Tymczasem łysy krasnolud kontynuował w Westronie (wcześniej mówił w Czarnej Mowie którą poznał w czasie swoich kontaktów handlowych z orkami), wtrącając od czasu do czasu pojedyncze słowa z Kazadulskiego i Czarnej Mowy:
- soł mai frend, es Ai sed Ai hew hed sam bed koz .... Ai met e krasnolud Medschen łicz hed noł berd end szi olso had onli łan big cyc....
Ta przemowę przerwała by jedna z kobiet*, która podeszła i powiedziała:
- Ty łysy podobać sie mnie, Ja lubić włosy na twarz, a nie lubić włosy na głowa. Ja być wielka wojownik, ja cie chcieć ty być mój kur domowy. Ty iść ze mną.
- Nein, Nein Ich kan nicht gehen - zamruczał Krasnolud.
Lorgfirtz przekręcił się na drugi bok i znów zaczął myśleć, a krasnolud wciąż mruczał. Kobieta stała nieco skonsternowana, nie rozumiała bowiem Khazadulskiego i nie wiedziała czy oznacza to zgodę, czy sprzeciw. W razie sprzeciwu odpowiedź mogła być tylko jedna - śmierć.

[* Dodać należy słowem wyjaśnienia, że plemię tak niefortunnie spotkane, to kobiety z rasy ludzkiej, które jednak na skutek kontaktów z orkami i wpływów Saurona opanowały prymitywną wersję Czarnej Mowy. Zamieszkiwały one normalnie okolice na wschód od Mrocznej Puszczy, teraz jednak w jakimś celu zapuściły się w jej głąb.]

Lorgfirtz wciąż leżał i myślał, gdy uszu jego dobiegł krzyk jednej z kobiet.
- ZWEEEEEEEEERG!
Harch natychmiast przestał mówić do siebie i zaczął nasłuchiwać.
- To nasi! - szepnął.
Rzeczywiście, można już było wyraźnie usłyszeć okrzyki w języku khuzdul.
- Schalke! Hajto! - krzyczały krasnoludy.
- Gelzenkirchen! - odpowiadały inne.
Wojownicze kobiety zaczęły się przygotowywać do ewakuacji obozu. Po kilku minutach nie pozostała już ani jedna. Na trawie leżeli tylko Lorgfirtz i Harch. A krasnoludy były coraz bliżej...
Ale oto z przeciwnej strony rozległy się kolejne okrzyki.
- Lokomotiw! Dinamo! - wrzeszczały mogące być tylko orkowymi głosy.
Armie przystanęły. W odległości około stu metrów, oddzieleni pasem trawy (i leżącymi na niej postaciami) stanęły wojska krasnoludów i orków. Krasnoludy podjęły pieśń.
- Moria, Moria ueber alles,
Ueber alles in der Welt,
Wenn es stets zu Schutz und Trutze...*

Lecz zagłuszyli ich orkowie, którzy jeszcze głośniej zaśpiewali:
- Sojuz neruszymy riespublik swabodnich
Splotila nawieki krepast' Dol Guldur.
Da zdrwastjet sazdanni...**

Krasnoludy z dzikim wrzaskiem: "Khazad ai-menu!" rzuciły się do ataku. Orkowie zrobili to samo i wkrótce murawa wokół leżących jeńców wypełniła się walczącymi.
Lorgfirtz i Harch nie wiedzieli, że uczestniczą w historycznych wydarzeniach. Była to Bitwa Dwóch Armii, o której nie wspominają żadne kroniki. Zginęli w niej bowiem wszyscy wojownicy, a dwaj przypadkowi obserwatorzy woleli nikomu o niej nie opowiadać. Przecież nikt nie uwierzyłby łysemu krasnoludowi i pięknemu orkowi opowiadającym o bitwie klanu Schalke z orkami-nacjonalistami.

[* "Pieśń Krasnoludów"
** "Gimn DolGuldurskiej kriepasti"]

Tak więc Lorgfirtz i Harch wykopali szybko dół i pochowali razem Krasnoludów z klanu Szalke i orkijskich nacjonalistów. W ten sposób ziemia połączyła te dwa zwaśnione plemiona. Gdy uporali się z tym zadaniem, podążyli wprost do Isengardu nucąc dla animuszu ostatni hit z Mordoru - "Nas nie dogoniat".
Tymczasem trollica wkraczała do Mrocznej Puszczy. Czuła wyraźnie woń Legolasa. Teraz nawet rozjuszone stado mumakili nie byłoby w stanie ją powstrzymać.
Nasi bohaterowie podążali za głosem przeznaczenia, trolica za zapachem Legolasa a w Mordorze działy się rzeczy dziwne i niesamowite...
Jego Jaśnie Świecące Oko, otrząsnąwszy się z zachwytu spowodowanego pomysłem wysłania komanda z Logfirtzem za granicę, zaczął żałować swojej popędliwości. Już przy śniadaniu następnego dnia zauważył, że bułeczki nie są świeże i masła jest coś mało, a talerzyk z wędliną posiadał na sobie zaschnięte resztki wczorajszych śledzi.
- Mmm... pewnie przejściowe trudności - pomyślał ugodowo - obiad będzie o wiele lepszy.
Nie miał pojęcia jak bardzo się pomylił. Na obiad podano mu jedynie resztki roztopionych lodów cebulowo-karmelowych, w których zapach cebuli grał już pierwsze skrzypce.
- Wot, niedobrze... Za bystro my pozbyli się Lorgfirtza...
Nie wiedział, że brak kucharza uderza nie tylko w jego Oko (przecież nie osobę). Lorgfirtz bowiem, ucząc się i próbując różnych przepisów karmił niezbyt udanymi potrawami pół dworu. Na stół Wielkiego Oka trafiały tylko dania całkowicie udane, zaś reszta stanowiła przedmiot nieustannych potyczek, handlu i przekupstwa dworaków.
Na korytarzach siedziby Czarnego Władcy zalęgły się poczwarki buntu, coraz głośniejsze były szepty o niezrównoważonych decyzjach Oka. Aż pewnego dnia, do komnaty Oka wpadły wierne, lecz zbielałe Usta Saurona i pełnym grozy szeptem rzuciły:
- We have big trouble, my master!
Sauronowi ręce zadrżały i sztuczna rzęsa, którą sobie właśnie przyklejał wypadła z rąk.
- Bodaj cię wszystkie elfy myślisz, że to tak łatwo przyczepić rzęsy jak oko jest bez powieki??!!! Kakija trouble ty gawarisz, my White Lips?
- Trouble, my Master. Very big trouble... - nic poza tymi słowami nie chciało wyjść z ust Ust Saurona.
- Uspokujsja ty! Imasz, zdiełaj something with twoju white lips - warknęło Oko, ciskając mu grafitową pomadkę do ust. - I gadaj normalno, nuworiszu ty!
Usta Saurona, dokonawszy szybkich poprawek w makijażu, zaczął gorączkowo szeptać w ucho swego Pana...

***

Lorgfirtz powoli miał dosyć tych przygód.
-To się zaczyna robić monotonne - powiedział sobie, kiedy Harch udał się w krzaki za potrzebą. -Przygoda za przygodą, a jak nie mogłem dojść do Orthanku za moimi sprawami, tak nie mogę... Co tu począć?
Podrapał się po głowie i chciał kontynuować monolog, ale tok myślenia przerwał mu najpierw łomot a w chwile później okropny krzyk...
Po chwili spomiędzy drzew na polankę wylazł średniej wielkości smok z gatunku zimnych. Z paszczy wystawał mu koniec krasnoludzkiej nogi...
Lorgfirtz stał na środku polany i wybałuszał oczy na smoka. Dopiero jakiś jęk dobiegający z paszczy potwora kazał mu wrzasnąć:
- A, CHOLERO TY JEDNA, PUSTI MOJEGO TOWARISZCZA AT ONCE!*
Smok znieruchomiał , zakrztusił się i wypluł Harcha. Okazało się, że nasz ork potrafi rozmawiać ze smokami.

[* - specjalny dialekt używany przez smokoustych do rozmowy ze smokami]

***

- Orkowie-sobaki, wojnu czynit - powiedziały Usta Saurona, drżąc na całej swej skąpej powierzchni. - Ha ha ha ha - zaśmiał się Oko (byłoby głośniej gdyby miał czym). - Bu ha ha ha! - Śmiech dotarł do najgłębszych fundamentów Barad-dur i sprawił, ze Orkowie znieruchomieli ze strachu i padli na twarze...śmiech potoczył się przez Gorgoroth, przez Orodruinę i pola Rohanu, i Orthank, i dotarł aż do uszu Lorgfirtza, który właśnie gadał ze smokiem:
- Sorry boss - powiedział Smok. - Nie wiedziałem, że to twój kumpel.
Harch tymczasem otrzepywał się ze śliny smoka i klnąc na czym świat stoi przeglądał uszczerbki, jakie poczyniły smocze zęby w kolczudze, którą zdarł był z jakiegoś Krasnoluda w bitwie Dwóch Armii.
-Schaisse!!! Schaisse... schaisse schaisse!!! - wrzeszczał.
Lorgfirtz spojrzał wymownie w oczy smoka:
- No kolego, będzie cię to drogo kosztowało...
Smok syknął...
- Nie mam żadnych skarbów - miałem dostać spadek po ŚP dziaduniu Smaugu, ale rozwalili go ludzie kiedy szykował sie do obiadu... i po spadku... Jestem bardzo, bardzo biednym smokiem...- dokończył patrząc zimno.
Ofkoz Lorgfirtz nie wierzył ani jednemu słowu.
- Ale mogę być twoim Body Guard - zaproponował smok.
Lorgfirtz i Harch wymienili się spojrzeniami - taka ochrona to skarb!
- Zgoda - Lorgfirtz splunął na dłoń i wyciągnął ją w kierunku smoka. - Jak cię zwą, Smoku?
- Zaraz, zaraz - wtrącił się Harch - nie będzie żadnej zgody z potomkiem Smauga! Nie zgadzam się!
Kiedy Lorgfirtz i Harch dyskutowali zawzięcie ze sobą, smok cichcem wymknął się z polany. Spotkanie z Lorgfirtzem było mu wybitnie nie na rękę. - Az jes'm Andragardabenduad*!

[*Język starodawnych smoków.]

- To ty przyjacielu nie taki młody jak mówisz- Lorgfirtz ostro popatrzył na smoka, bowiem nie wiadomo jakim cudem zrozumiał co smok powiedział.
- Gut nehme - wymamrotał po krasnoludzku łysy Harch- interesant nehme! - a do Lorgfirtza powiedział tak, żeby smok nie słyszał (przynajmniej tak się Harchowi zdawało):
-Druhu moj, nie wierzysz przecież temu... ekhm... aschowi!
Lorgfirtz milczał.
- Do cholery jasnej przecież nie chcesz zdać NAS na JEGO "opiekę"!
Lorgfirtza zatkało... nie był wstanie nawet połknąć śliny, a to sprawiało że czuł się jeszcze bardziej nieswojo. Myślał. Rzadko mu się to zdążało, powiem wam ze nie cierpiał tego robić, wszystko mu wychodziło fuksem i z tego się cieszył...teraz nie miął wyboru... Myślał...zastanawiał się jak długo jeszcze czekać na fuksa... a na nic innego go w tej chwili nie było go stać. Zapadła martwa cisza... tylko mrożący krew oddech smoka wskazywał na to ze jeszcze KTOŚ żyje.
-Czasami ten, któremu najbardziej ufasz jest najbardziej zdradliwy - powiedział wreszcie smok - i na odwrót. Nie mam nic do stracenia, Panowie, powiedzcie tylko gdzie lecimy, i po co?
-Naprzód! - wrzasnął Lorgfirtz. Wrzask ów był przepełniony przerażeniem. - Cicho!
-Co ciiiiiiii....aaaaaaaaaaaaaa! - tylko tyle zdążył powiedzieć Harch, po czym zamarł z przerażenia po tym, co zobaczył. A zobaczył rzecz straszną - na skraj polany weszły dwa lodowe smoki, wśród nich był Andragardabenduad i jego kuzyn, Fardaardaeaeru.
Ich wzrok wskazywał na jedno - bezgraniczną żądzę zniszczenia wszystkiego co się porusza. Ich oczy zwróciły się w kierunku dwójki kompanów. Lorgfirtz i Harch spojrzeli na siebie i obydwaj głośno przełknęli ślinę. lecz nie dane im było zginąć w tej godzinie - w okolicy mieszkał wyjątkowo przedsiębiorczy królik, który wykopał wielką norę, za małą dla smoków, aczkolwiek jak w sam raz dla orka i krasnoluda. Bohaterowie wskoczyli do niej i zagłębili się tak, ze płomienie nie mogły ich dosięgnąć. Przeczekali kilka godzin, smokom w tym czasie znudziło się pilnowanie dziury i poszły sobie, aż tu nagle... Lorgfirtz się obudził! Leżał na polanie, czy to mrocznej czy to przyjaznej, nie mógł stwierdzić na pewno, czy widzi gwiazdy... był jeszcze śpiący. Z każdą chwilą coraz wyraźniejsza była rzeczywistość. Po długiej chwili stwierdził, ze nie ma żadnych smoków, nie ma Harcha, wszędzie jest spokój i cisza. Powoli zaczął się zastanawiać, co jest! Co jest prawdą a co snem? I doszedł do wniosku, że trzeba się stad wreszcie ruszyć. Więc poszedł sobie. Przez las, nie zwracając uwagi na strony świata. Tak czy inaczej, idąc wciąż przed siebie, zawsze gdzieś się dojdzie. Zwrócił uwagę tylko na to, ze las powoli staje się jakby gęściejszy.
W pewnym momencie wyszedł na małą, wąską polankę i nagle zza drzew wyskoczyło pięciu czy sześciu brodatych, barczystych drabów. Jeden z nich wyróżniał się nieco -był dość tłusty, niższy od pozostałych i nosił okulary.
- No, wreszcie, człowieku! Mamy cię! Hurra, wreszcie ktoś przyszedł! -krzyczeli jeden przez drugiego. Po czym rzucili się na Lorgfirtza...
...i wyciskali go serdecznie, całując ile wlezie.
Trwało to jakąś chwilę... wreszcie go puścili. Obtarł obślinione policzki.
- Co się z wami dzieje, ludziska? - wykrztusił z trudem.
- Cieszymy się! Z twojego nadejścia! Jesteśmy zaginioną Szkołą Kucharską im. Zbója Madeja i od sześciu lat czekamy, żeby nas ktoś wreszcie odkrył! No i stało się, odkryłeś nas, więc będziesz naszym Honorowym Kosztowaczem! Uzbieraliśmy już 11324 przepisy - i wszystkie na tobie wypróbujemy!!!
Lorgfirtz nie wiedział, czy cieszyć się z odkrycia szkoły kucharskiej...
Tak więc zabrali go do obozu. Tam postawili przed wielkim garem z wonną cieczą i kazali mieszać. Lorgfirtz zaczął mieszać, podczas gdy draby ucięły sobie drzemkę. Mieszał i mieszał, mieszał i mieszał, i mieszał. Aż w pewnym momencie patrzy i myśli - kurcze co jest? Bo oto nagle w kociołku ukazuje się napis - Middle-earth has you!. Lorgfirtz miesza dalej, ale napis nie znika! Przerażony tym co widział zaczyna uciekać. W lesie wpada niemalże na wysoką kobietę w obcisłym skórzanym ubranku. - Cześć jestem Farafity - wiem co widziałeś - musisz iść ze mną. Lorgfirtz nie opierając się idzie za przewodniczką. Ta zabiera go do chatki w lesie, gdzie spotyka Haradrimskiego czarownika, który podaje mu dwa kubeczki i mówi:
- Jeśli wypijesz z różowego kubeczka obudzisz się w swoim barłogu w Górach Mglistych, jeśli z niebieskiego - poznasz prawdę, ale nic nie będzie już takie jak przedtem.
Lorgfirtz bez wahania wziął do ręki niebieski kubek i wypił duszkiem.
- Zawsze miałem niewytłumaczalną awersję do różowego - wyjaśnił.
I wtedy...
Fatalny błąd... niestety moi drodzy czytelnicy... fatalny!!! Zniknął czarodziej, znikła kobieta, las, niebo, gwiazdy... tylko ciemność...Biedny piękny ork! Nasz Koffany Biedny Ork! Znalazł się w próżni... nic nie było wokół niego, wisiał w czarnej pustce, nie czul ciężaru, bólu...NIC nie czuł...(to jest zupełnie straszne moi drodzy, ale taki okropny Los spotkał naszego bohatera, możecie popłakać koffani, ale pamiętajcie nigdy nic nie wiadomo).
I tak oto Lorgfirtz stał (tfu, jakie stał) próżniał w próżni długo, długo. Aż nagle dobiegł go cichy szept. Przeraził się, choć szept ów nie był ani straszny, ani ohydny, po prostu nicość a w niej glos...to było przerażające.
-My little friend you have a chance to change your life!- szeptał głos we wspólnej mowie - you will a great mortal human, but... - w tej chwili glos przerwał i po chwili jeszcze bardziej stłumionym szeptem dodał - you mast do somesting for me...
"I słabo ponimat' in Westron" - chciał już powiedzieć Lorgfirtz, ale zrozumiał raz: że nie może; dwa: że wszystko doskonale rozumie...
Głos szeptał dalej.
- Middle-earth to ułuda. Musisz... musisz wrócić, żeby inni też się dowiedzieli.
Zrobiło mu się niedobrze i zwymiotował. Nagle poczuł że spada. Długo, długo spadał w otchłań, jakby bez dna. Stracił przytomność i obudził się w małym pokoiku w którym były trzy osoby. Ta w skórzanym wdzianku, czarownik i jeszcze jedna.
- Jesteś poza Middle-earth - odpowiedziała ta trzecia. - Udało się.
- Aaaaaa, to ty! - zawołał Lorgfirtz i spróbował zerwać się z pryczy, na której leżał, jednak z powodu dziwnej słabości opadł z powrotem na posłanie.
- Tak, to ja - powiedział Radagast, zrzucając wdzianko haradrimskiego czarownika - od chwili, kiedy cię zobaczyłem w Middle-earth, wiedziałem, że będziesz się nadawał...
- Do czego?! - wystękał Lorgfirtz, próbując głośno przełknąć ślinę, ale z jakiegoś powodu nie udało mu się to - co tylko napełniło go jeszcze większym niepokojem.
- Ciii - powiedziała Farafity i położyła mu rękę na czole - wszystkiego dowiesz się w swoim czasie - a teraz wypoczywaj - i pocałowała go w czoło. Lorgfirtz z błogością poczuł, że zapada się w otchłań sennej niepamięci...
-Tjaaa - mruknął Radagast nad leżącym Lorgfirtzem, który uśmiechał się śniąc o swojej Elfce. - Idealny... Powinien podołać misji zaobrączkowania Gwaihira...
- Czy myślisz, ze to naprawdę On? - zapytała drżącym głosem Farafity.
- Czuję, że tak... - odpowiedział Radagast wciągając głośno powietrze. - Ma ptasie gówno na kołnierzu.
- Och - powiedziała zafascynowana Farafity. I umilkła.

Tymczasem w twierdzy Saurona wrzało. czerwone i przekrwione Oko miotało się to tu to tam próbując wyśledzić, gdzież może być kucharz... Wreszcie obróciło się bielmem ku górze na znak furii..
- Nazgule!!!!! - wrzasnęło. - Come to me motherf*****!
- Yo master - odpowiedziały chórem Nazgule. - Any troubles?
- I want you to find for me Lorgfirtz. Now!
Wśród Nazguli zapanowała konsternacja. Nikomu się nie chciało opuszczać zacisznych komnatek Barad-dur.
- Eee... where should we lokin' for masta'?
- Anywhere - odpowiedział Sauron tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Game over men - szepnął zrozpaczony Nazgul nr 7 do Nazgula nr 6. - Game over... what we gonna do now?? What we gonna do???!!!
A w tym czasie Harch leżał gdzieś na murawie, zastanawiając się, co tak naprawdę się stało. Zginął, nie zginął? Umarł, nie umarł? Co to jest? Mandos? Pałac Aulego? Koniec świata już był czy jak? To nie tak miało wyglądać!

***

W tym samym czasie, poza ME, Lorgfirtz siedział pogrążony w najczarniejszych myślach. Gdzie się znalazł? Po co?
Jak na zawołanie w pokoju zjawił się Radagast.
- Już czas. Chodź ze mną. - rzekł.
Lorgfirtz posłusznie wstał i wyszedł za Czarodziejem. W sali, do której weszli, stało kilka foteli z dziwnymi przyrządami. Radagast wskazał orkowi jeden z nich. Nasz kucharz posłusznie usiadł.
- Odpręż się.
Odprężył się.
- Czekaj.
Poczekał. Krótko. Wtem znalazł się w dziwnym miejscu, gdzie niebo miało kolor dymu z isengardzkich kuźni a po długich, szarych drogach pędziły metalowe smoki. Lorgfirtz usiadł na ziemi i wydukał:
- To? To jest prawdziwy świat?
- Tak. - odpowiedział Radagast, który zgubił gdzieś brodę i stał obok w dziwacznym, brązowym ubraniu.
- Chcę wiedzieć... tylko... jedno... Czym jest Middle-Earth?
- Middle-Earth to system. Jak każdy system, jest naszym wrogiem. W Drugiej Erze Władca Ciemności Sauron stworzył ten świat iluzji dla Wolnych Ludów Śródziemia. Istnieją na świecie pola, nieskończenie wielkie pola, gdzie orkowie już się nie rodzą. Są klonowani.
- Po... po co?
- Po co? Aby zamieniać ich ciała w TO - Radagast wyjął z kieszeni fajkę i pokazał ją orkowi.
- Fajkowe... ziele?
- Tak, Lorgfirtz. Wszystko dla fajkowego ziela.
- I wszyscy... my... podłączeni do Middle-Earth?
- Nie, nie wszyscy. Istnieje na świecie ostatnie wolne miasto. Tirion. Tam przebywają wszyscy, którzy nie dali się owładnąć Ciemności.
- Czyli... elfy... nie odpływają... tylko...?
- Tak. Te wszystkie białe statki Cirdana to największy przekręt w historii Eldarów. Na środku Morza zatrzymują się i rozpoczynają procedurę odłączania.
- E... - stwierdził Lorgfirtz. Miało to znaczyć: "Za dużo jak na jeden dzień!"
- Dobrze. Teraz czeka nas mała zabawa.

***

Po dwóch godzinach spędzonych na fotelu, z wbitym w mózg szpikulcem, Lorgfirtz stwierdził: "UMIEM GOTOWAĆ!".
- Pokaż. - odpowiedział Radagast.
Ork spędził w kuchni cały dzień.

***

Rano na pokładzie "Hammurabiego" (statku, na którym się znajdowali) zjawił się nowy. Niski, krępy. Łysy.
- Harch! - krzyczał uradowany Lorgfirtz. - Jak się tu znalazłeś?!
- Hmmm... nie wiem - odpowiedział krasnolud. To była prawda.

***

W tym samym czasie dziewięciu Nazguli jednocześnie opuściło ruiny Zielonej Wieży i udało się na poszukiwanie Lorgfirtza. W swoich okręcikach podwodnych kierowali się do jednego celu: Tirionu.

***

Nagle obrazy w jego głowie zaczęły wirować.... jeden zlewał się z drugim. w jego umyśle zapanował chaos i pustka. Ujrzał, że Nazgúle łapią go, otwierają jego teczkę z CV i ciągną z powrotem do Barad Dur. Ale jednak to nie była prawda. Nawet prawda była nieprawdą, bo to byl tylko sen.
Lorgfirtz obudził się cały spocony, krztusząc się od pyłu z nory. Obok niego leżał łysy krzat i nucił "Moria, moria uber alles".
- Smoki poszły - zagadnął.
- Ufff - westchnął Lorgfirtz.
- Dokąd teraz?- rzekł Harch.
- Nasz kierunek - Isengard - odpowiedział ork.
Szybko znaleźli drugie wyjście. Cali umorusani, poszli szukać jakiegoś wodopoju i strumyka, aby sie umyć, kiedy zobaczyli, że z południowego wschodu, około 5mil od nich nadciąga w wielkiej kurzawie oddział konny. Niewiele myśląc, zawrócili i pognali w stronę lasu przygięci wpół.
- Dlaczego uciekamy? - wycharczał Harch potykając się na korzeniu. - Znasz ich?
- Nie, ale tak będzie lepiej - Lorgfirtz miał mgliste przeczucie, że z tego spotkania może wyniknąć tylko następna bieda.
Wpadli pomiędzy drzewa i przemykając się między ich srebrzystymi pniami i posuwali się równolegle do otwartej przestrzeni, pilnie wypatrując jeźdźców. Nigdzie ich nie było widać, a i ich głosy nikły w oddali...
- No, to my im ubieżali... - z zadowoleniem stwierdził Lorgfirtz. - Nu, dawaj Harch, pajdiom.
Harch stał właśnie przy drzewie i macał je w wielkim skupieniu. Obrócił się zwolna ku Logfirtzowi, twarz miał białą jak kreda, łysinę pokryły drobne, bordowe kropki, a w brodzie zaczęły się nagle pojawiać siwe pasma...
- Nu, co ci?
- Te drzewa... to... są... te... no... jak im tam... marllony - wykrztusił z siebie wreszcie.
- No i co z tego? Marllony czy nie marllony jakie to ma znaczenie - lekceważąco zauważył Lorgfirtz - ważne żeśmy im uszli. Nie będą mnie jacyś konni znowu ganiali, ja mam misję do spełnienia!
- A cóż to za misja zawiodła cię w nasze lasy? - zapytał go melodyjny, lecz lodowato zimny głos.
Ork zmartwiał i obrócił się powoli, powolutku mocno zaciskając oczy...
Był to wysoki złotowłosy elf
- Elfopodobny stwór i łysy krasnolud, co też robią w lasach Lorien?
- Ichiemy eee- zająknął się Harch. - Do, do, do Pani Galadrieli z misją... eee... z misją od Elronda.
- W takim razie idźcie przede mną, będę miał was na oku.
Po chwili pojawiło się jeszcze dwóch elfów z wymierzonymi w nich strzałami.
Poszli tak wszyscy do Galadrieli.
Była to piękna kobieta w złotej sukni i z długimi, złotymi włosami.
- Witajcie -powiedziała i puściła do Lorgfirtza oko.
Obaj dostali po obszernym konarze Mallorna do spania, bo zmierz już zapadł.
Lorgfirtz jednak nie mógł spać. Wstał, zsunął się z gałęzi i nagle w oddali zobaczył jakby światło. Podszedł. Zobaczył Galadrielę vel Oracle stojącą nad czymś co wyglądało jak zbiornik na deszczówkę.
- Podejdź no tutaj.
Podszedł nieśmiało
- To co ci się przytrafiło to nie był sen. Middle-earth naprawdę istnieję, a my musimy go zniszczyć. Cóż, jego agenci są wśród nas. Elrond niestety też jest jednym z nich.
- Przypuszczamy, że ty jesteś The One - dodała po chwili.
- Egh, czyli to wszystko prawda - powiedział Lorgfirtz. - Myślałem, że jesteś starszą grubawą haradrimką.
- Nie oceniaj po pozorach - odpowiedziała. Zaśpiewała coś cicho i po chwili z ciemności wyskoczył młody elf - dziecko właściwie, z ogoloną całkowicie głową. Podała mu srebrną łyżeczkę.
Chłopiec usiadł na ziemi i patrzył na łyżeczkę. Po krótkiej chwili ta zgięła się to w prawo, potem w lewo, a na koniec wróciła do pierwotnej postaci.
- Łyżka nie istnieje - powiedział chłopiec.
Po chwili Galadriela zaprowadziła go do innego pomieszczenia, którym okazała się znana już Lorgfirtzowi sypialnia na Hammurabim. Z drugiego pomieszczenia wyszedł Radagast.
- Otrzymujesz misję. Początkowo mięliśmy cię zatrzymać jako kucharza, bo mięliśmy już dość tej ciapy z kraników, ale skoro Wyrocznia powiedziała, że ty jesteś The One, przydasz nam się do czegoś innego.
Lorgfirtz głośno przełknął ślinę.
- Natychmiast zostajesz wysłany do Mordoru, żeby pichcić dla Oka - Lorgfirtz znowu chciał przełknąć ślinę, ale wołał słuchać zatrważających poleceń Radagasta. - Nie martw się - pocieszył go czarodziej. - Załadujemy ci program nauki gotowania. Sauronowi nie przyjdzie już do głowy, żeby się ciebie pozbyć.
Po chwili zaprowadził orka na dobrze mu znany fotel.
- Jujitsu? - spytał Lorgfirtz - myślałem, że to sztuka walki?
- Nie, to "Kuchnia khandyjska" w tamtejszym dialekcie.
- Hmmmm, miałem zaobrączkować Gwaihira, a wysłali mnie znowu do Oka. A co porabia mój kompan Harch?
- Kelner, piwo, raz!
- Think about 'beer' or 'ale' MR??
- Hmm, nie wiem. Skibniewska źle przetłumaczyła. Co ja mowię?? No tak, Middle Earth mnie więzi i bredzę. Pora do Saurona!

Na dźwięk tego imienia karczma opustoszała zanim Lorgfirtz zdołał pomyśleć "łyżka" *, okazało się, że Sauron ostatnio nieźle namieszał wśród poddanych, a powodowała nim żądza dobrego jedzenia. Przeklinał dzień, w którym wypuścił Lorgfirtza, brakowało mu jego obiadów.
Ork skierował się w stronę wyjścia. Na niebie zbierał się obłok z Orodruiny.
- Fe!! ale smród! W Lorien było lepiej.

Gdy to powiedział, nieoczekiwanie znów znalazł się na tarasie w Caras Galadhon.
- Ach ta pamięć po 8 i pół tysiącach lat - rzekła Galadriela.
- Nastąpiła pomyłka - dodała z głupim uśmiechem. - Oczywiście, mieliśmy Cię najpierw wysłać do Gwaihira, króla orłów.

Ork Lorgfirtz znalazł się w Górach Mglistych. Była dżdżysta pogoda, zimno, nieprzyjemnie. Postanowił pójść przed siebie. W rękach trzymał obrączkę z mithrilu. Napis w czarnej mowie głosił "Nenya".
- Co to "Nenya" - pomyślał.
- Ech kto by się nad tym zastanawiał.
- Ech kto by się nad tym zastanawiał.
- deja vu - pomyślał.

[* łyżka - ta którą wyginał elf, jak i kawałek z "zabawa zgoła nieoczekiwana"]

Nad głową zobaczył latające orły.
- Hop, hop - krzyknął i pomachał rękami, a wtedy...
Jak z pod ziemi wyrosło 100 agentów Elrondów.
- Cholera. Wiedziałem, że to deja vu nie znaczy niczego dobrego. Farafity mi zdaje się kiedyś mówiła, że to znaczy że Sauron coś zmienia w Middle-earth - pomyślał Lorgfirtz.
Agenci zbliżali się szybko. Nagle pojawiła się i Farafity. Rzuciła mu łuk i powiedziała:
- Masz, trzymaj. Elrondy co prawda potrafią uchylać się przed strzałami, ale to ich na chwilę powstrzyma. Ty zresztą też potrafisz się uchylać. Pamiętaj łyżeczka nie istnieje...
I zaczęło się.
Takiego pościgu nie było jeszcze w ME. Lorgfirtz biegał, skakał, spadał, wymykał się i wciąż strzelał i strzelał ze swego szybkostrzelnego łuku, aż wtem zatrzymał się na samym skraju przepaści... Zachwiał się potężnie, a biegnąca za nim Farafity zamiast złapać go wpół i odciągnąć, pchnęła go jeszcze mocniej tak, że zaczęli spadać w przepaść...
Spadali i spadali tak długo, że stwierdzili iż muszą być już blisko środka Ardy. Przypominali sobie wierszyki i zagadki z dzieciństwa, lecz o dziwo wszystkie były dziwnie poprzekręcane. Na ścianach tunelu, którym spadali, zawieszone były półki, na ktorych stały rozmaite rzeczy...
- Dżem truskawkowy - odczytał na głos Lorgfirtz, odkręcił go, ale w środku było tylko trochę pleśni i jeden mały boczniak - fuj!
Wstrząsnął się i odstawił słoik na którąś z kolejnych półek.
Nagle przestali spadać i wylądowali na górze suchych liści. Zleźli z niej, otrzepali się, wzięli za ręce i weszli nieśmiało do dużej sali. Była pusta tylko na środku stał szklany stolik, a na nim leżał mały kluczyk.
- Ciekawe - mruknęła Farafity i zbliżyła się do małych drzwiczek w ścianie. Były zamknięte, ale kiedy się położyła na podłodze mogła spojrzeć przez dziurkę od klucza...
- Hej! Lorgfirtz! Popatrz! Jaki piękny kraj! - krzyczała szarpiąc go za ramię. - Ja chcę tam wejść! NATYCHMIAST!!!
Wstrząśnięty, ale nie zmieszany chwycił butelkę ze stołu, wcisnął jej w rękę i rozkazał:
- Pij!!!
Farafity spojrzała na niego ze świeżo nabytym szacunkiem i wypiła z butelki jej całą zawartość. Po chwili krzyknęła wypuszczając butelkę, która roztrzaskała się o ziemie, po czym zaczęła gwałtownie maleć. Gdy stała się taka mała, że możliwe stało się dla niej przejście przez drzwiczki, przestała się kurczyć.
- Dzięki - pisnęła do Lorgfirtza, wyciągnęła spod wycieraczki mikroskopijny kluczyk, przekręciła go w mikroskopijnej dziurce i nacisnęła mikroskopijna klamkę. - Zawsze o tym marzyłam, a tak poza tym, to naprawdę mam na imię Alicja. Nara! - i znikła za lilipucimi drzwiczkami.
Lorgfirtz, zmęczony tym wszystkim, odwrócił się na pięcie i zaczął zwiedzać - gdyż w owym dziwnym miejscu znajdowały się nie tylko małe drzwiczki - był tam cały korytarz drzwi, dużych i małych.
Lorgfirtz ruszył przed siebie, aż trafił na drzwi z napisem "Lorgfirtz, ork". Przystanął zdziwiony, po chwili wahania wszedł do środka (gdyż domyślił się, ze to jest jego imię - w Mordorze chcąc nie chcąc musiał się nauczyć odczytywać menu i zaadresowane do niego polecenia Oka). W niedużym pokoju stał stolik, na którym leżała karteczka z napisem: "Nie przejmuj się, Lorg, że ci perfidni autorzy tak cię męczą - wkrótce to się zmieni (chyba)". Lorgfirtz zignorował kartkę (gdyż jak dla niego, było na niej za dużo napisane) i podszedł do stojącego w kacie łóżka. Zdjął swoje stare, zniszczone wdzianko (z nagryzmolonym na plecach słowem "frajer") i założył świeżutką, pachnąca ("brr" - pomyślał Lorgfirtz) koszulę nocną, wiszącą na wieszaczku obok łóżka. Na koszuli widniał nadruk: "Przestańcie mnie dręczyć".
Lorgfirtz położył się spać. "Mmmmm - mamrotał w półśnie. - Ciekawe, co mi się teraz przydarzy...?"
Przyśnił mu się sen...
Przyśniło mu się, że jest malutki, tyci-tyci, a wszystko wokół niego jest ogromne. We śnie podszedł do niego mały człowieczek z czerwoną czapeczką na głowie i powiedział:
- King Size dla każdego - kafebiba, zapamiętaj kafebiba.....
Nagle pojawił się oddział złożony z tycich agentów Elrondów i zabrali ich obu i wtrącili do pomieszczenia które wyglądało jak ogromny odwrócony cedzak na kluski (durszlak).
Po jakimś czasie przyszedł strażnik i powiedział:
- Samojadek chce was widzieć, idziemy!
- Ha kumotrowie! Kobiałek wam się zachciewa? Powiecie mi zaraz co, gdzie i kiedy bo inaczej na wirówkę!
Lorgfirtz obudził się cały zlany potem.
- A to zabili nam Wodza Nazguli w Pelennorze - rzekła posługaczka do Lorgfirtza, który siedział w gaciach na łóżku i nacierał bolące korzonki opodeldokiem. Obok łóżka leżała mokra od potu piżama (po obudzeniu się i śnieniu o jakichś Samojedkach) oraz równie mokry ręcznik.
- W której Pele-norze? - zainteresował się nie zaprzestając nacierania. - Ja znam dwie takie knajpy. Jedna w Barad-Durze przy ulicy Krwawego Dymu, a druga w Morannon w dzielnicy Trolli. Do żadnej z nich wole nie zaglądać po zmierzchu...
- W gazecie piszą, ze to nie knajpa, ino miejsce gdzieś za granica -powiedziała posługaczka poprawiając okulary na haczykowatym nosie. Była stara, jak na orkową kobietę, ale Lorgfirtz nie był zbyt bogatym orkiem i nie stać go było na młodszą. - Podobno w Gundorze czy gdziesik...
- No cóż, skoczę do gospody, może czegoś się dowiem - mruknął i posykując z bólu ubrał się. Wyszedł.
W gospodzie "Pod Zgniłą Muchą Mordoru" było pusto. Przy stole siedział tylko uruk Spycimir (o którym chodziły plotki, ze jest tajnym agentem policji), za lada stal szynkarz Dmuchawiec i ze znudzona mina wycierał kufle od piwa brudną szmatą. W zębach trzymał nieodłączną fajkę.
- Witajcie. Nalej mi jednego głębszego - rzekł do Dmuchawca Lorgfirtz. - Bo to w Barad-Durze maja dziś żałobę.
- Lepiej nie gadać o takich rzeczach - rzekł ponuro Dmuchawiec odkładając szmatę i zezując w stronę uruka. - Chcesz pić, to pij, byłeś płacił, a z polityką to lepiej się w dupę pocałować.
Spycimir wyraźnie nadstawiał uszu.
- Tam nad kontuarem wisiał konterfekt Jedynego Oka - powiedział w pewnej chwili pokazując brudnym paluchem na wyraźnie widoczny prostokąt na ścianie.
- A wisiał - wzruszył ramionami Dmuchawiec. - Ale muchy na niego s***ły, wiec zdjąłem, żeby się kto nie przyczepił - nalał Lorgfirtzowi.
Spycimir wyjął z kieszeni blachę. Widniał na niej znak Krwawego Oka.
- Pójdziecie ze mną, Dmuchawiec. Na komendę. Już my was oduczymy s***nia na Najjaśniejszego Pana...
Przy barze został tylko Lorgfirtz tarzający się po ladzie i jęczący zbolałym głosem
- Czemu, ja? czemu...? czemu nie kto inny...? O mamooo !!! - wraz z tym głośniejszym jękiem cała spelunka zaczęła wirować, a kiedy się zatrzymała ork odkrył, że leży na wyrku we wnęce a nad nim pochyla się stara orkowa i szepce:
- Wiedziałam, że do mnie wrócisz, synku...
Lorgfirtz znowu zapadł w sen.

- Kumotrze Szyszkowniku wyprowadzić więźniów.
Szyszkownik złapał Lorgfirtza za kołnierz i milcząc wyciągnął na korytarz.
Obok windy była klapa zsypu do śmieci. Nasz bohater nie miał sił się bronić... po chwili poznał smak swobodnego spadania.
- Co ja tutaj robie -powiedział sobie, spadając.
- Co ty tutaj robisz? -odpowiedziało echo. - Dwanaście ciężkich, szczerozłotych koron twoją głowę zdobi...
Lorgfirtz spadał dalej. Miedzy oczami przelatywały mu wspomnienia z przeżytego życia. Pierwsza miłość... smok... druga miłość... smoczek, ten, który nigdy dobrze nie chciał trzymać się na butelce i pół mleka wylewało się na szyję... pierwsza randka z całowaniem... pobór do wojska... kumoter szyszkownik... łysy krasnolud... Legolas z Aragornem...
- Kto mnie wpuścił w ten kanał? - zapytał głośno.
Odpowiedzi się nie doczekał, bo z głośnym chlup! wpadł do kanału. Kanał śmierdział okropnie i nie do wytrzymania. Ale płynął, i to się liczyło.
- Nic, ze droga wyboista trochę - powiedział Lorgfirtz wypluwając to, co przy chlupnięciu dostało mu się do jamy ustnej - grunt, że kierunek słuszny.
- Wszystko płynie - powiedział i rozejrzał się dookoła. Faktycznie, kanałem płynęło wszystko. Jakiś majkel z czata. Jakiś rozbrykany barłóg z indora. Nawet Haradrim w charakterystycznej zasłonie na twarz wymachujący krzywym jataganem.
W suficie kanału otwarła się klapa i wyjechała stamtąd metalowa, czteropalca łapa na giętkim, długaśnym wężu. Łapa złapała Lorgfirtza i uniosła do góry ze zgrzytem. Chwilę jechał do góry.
- To nie ten - usłyszał nad sobą autorytatywne stwierdzenie. - Spadać z nim!
Łapa otwarła metalowe palce i Lorgfirtz poleciał do kanału...
Spadł wprost do papierowej łódki i pomknął nią w głąb kanału... Niestety papier zaczął rozmakać i łódeczka zatopiła się pociągając za sobą Lorgfirtza. Opadał na dno ruchem wirującym, gdy wtem nadpłynęła wielka ryba i ... połknęła go w całości.
Długo żeglował ukryty w brzuchu ryby, gdzie było nawet całkiem przytulnie i przede wszystkim ciepło.
Pewnego dnia, jednak, ryba została złapana w sieci i zaniesiona na targ rybny. Tam kupiła ją kucharka szukająca czegoś lekkiego na obiad dla swojego państwa. Kiedy w kuchni rozkroiła brzuch ryby, Lorgfirtz wyskoczył na zewnątrz i zamarł oniemiały... Był w ogromnej kuchni, a nad nim stała kucharka-olbrzymka i głośno wrzeszczała:
- Mysz! Mysz! Mysz!
Na ten wrzask wbiegli pozostali domownicy, a pan domu, nałożywszy na nos binokle oznajmił:
-Cóż za wielce ciekawa istota, niewątpliwie żywa i może nawet rozumna. Kochanie podaj mi tamten słój, wsadzimy go do niego i zobaczymy co będzie robił...
Wsadzono Lorgfirtza do słoja i zaniesiono do pokoju. Kiedy postawili go na stole i przestało nim kołysać, stanął przy ścianie słoika i zaczął z wielką regularnością walić głową w szkło pojękując przy tym
- Za co? za co? no, za co???
Ściany szklanego słoja zaczęły się rozmazywać i Lorgfirtz otworzywszy oczy, zorientował się, że leży na własnym łóżku, a wprost na czoło kapią mu krople wody.
- Cholera, znowu dach zaczął przeciekać. Ależ miałem sen, niech to Nazgul... - pomyślał i zatrwożony rozejrzał się w koło. W tym miejscu nie można było być pewnym, nawet własnych myśli.
Rozległ się łomot do drzwi i głośne wołanie:
- Ej, kucharz! Wstawajsja! Wielikoje Oko żda na zawtrak!
- Ja wstaju! - odpowiedział Lorgfirtz i mrucząc pod nosem zabrał się do roboty.
- Żdi mienia, i ja wiernus, tolko oczeń żdi... - deklamował dla dodania sobie animuszu...
Gdy skończył pichcić wspaniałe danie dla Oka, nagle przez głowę przeleciała mu myśl - łyżeczka nie istnieje! - Jeżeli łyżeczka nie istnieję i wszystko to ME to ja mogę być kim chcę? Mogę mieć również moją elficką piękność? Z tych rozmyślań wyrwał go głos Nazgula - "k gospadinu dawaj, dawaj!" Poszedł tedy za Nazgulem.
Sauron nie miał już dość Lorgfirtza i podejrzewał że kręci coś z tymi poza ME, kazał więc agentowi Elrondowi dosypać soli do przygotowanej potrawy. Oczywiście tak aby Lorgfirtz nie widział.
- Gdy oko spróbował potrawy od razu parsknął z nieznacznym odcieniem sztuczności w głosie:
- Szto ty mi sabako tu dał? - ukatrupit sabaku!
Na rozkaz Saurona pojawiło się z nikąd 100 agentów Elrondów i otworzyło do biednego orka ogień z łuków maszynowych. Lorgfirtz padł.

Tymczasem poza ME akcję tę obserwowali Farafity i Radagast.
Farafity szeptała - Dont daj. Ju ar de łan!
A Radagast odprawiał jakieś szamańskie praktyki...

Martwe ciało orka poruszyło się po jakichś 15 sekundach (a może i dłużej) bezruchu. Lorgfirtz wstał i popatrzył na zdziwionych nazguli, Elrondów i Oko. Zaczął walczyć z wszystkimi naraz. Walczył tak jakby to była zabawa, a nie prawdziwa walka. Odpierał wszystkie ciosy, a strzały ciskane przez Elrondów się go nie imały.
Nagle - cóż to - zniknął! I wcielił się w Oko, tym samym stając się władcą ME.
Mógł od tej pory przybierać dowolną postać w całym ME i być tym kim tylko zapragnął. Tak więc pewnego dnia wcielił się w Legolasa i tak posiadł elfią księżniczkę. Szkoda tylko że kilka lat później jakiś głupi hobbit wrzucił pierścień kontrolny MR do Orodruiny, która była w rzeczywistości reaktorem jądrowym, i w ten sposób przyczynił się do wykasowania dużej zawartości programu, przede wszystkim Nazguli i samego Saurona. Było to oczywiste niedopatrzenie Lorgfritza. Mimo wszystko dzięki swym możliwościom kontrolowania ME wcielił się w samą porę (tuż przed zniszczeniem Pierścienia) w niejakiego Sama Gamgee, który był akurat wtedy najbliżej w prostej linii od Barad-Dur. Niestety wraz ze zniszczeniem pierścienia Lorgfritz utracił zdolności do kontrolowania ME. W każdym razie jakiś czas później opuścił ME wraz z Frodem (tym od Pierścienia) drogą Elfów.

The End
konec
Finito

Ufff....


Zakończenie

W Valinorze został przyjęty ciepło, wręcz gorąco.
- Nu, gospodin Lorgfirtz -zwrócił się do niego przyjaźnie Manwe. -Słyszeli my o Twoich talentach. I to dużo. Tak tiebia tiepier do kuchni nada... Ale pamni, u nas niet ME, tu wyżej gołowy nie podskoczysz. Tu jest realny Valinor i łyżki tu istnieją... Trzeba samemu nimi w kotle mieszać!
Tak wiec Lorgfirtz skierowany został do najgłówniejszej kuchni Valinoru i zaczął warzyć dla Valarow...



Powrót