Spis treści:
Wstęp
Rozwinięcie
Zakończenie
Wstęp
Mroczna Puszcza... "cicho wszędzie głucho wszędzie co to będzie co to będzie". Ten oto młody elf co porabia? Młody elf struga flet dla swojej elfki z opadłej gałęzi. (Elfy nie ścinają drzew, drzewa same dają im swoje gałęzie kiedy o to poproszą.)
359 letnia elfka (naprawdę młoda jeszcze) przechadza się po lesie słuchając śpiewu słowików.
Spotykają się wieczorem nad szemrzącym strumykiem, gdzie przy świetle gwiazd on wręcza jej prezent. Elfka nic nie mówiąc, z uśmiechem bierze z jego rąk instrument i oddala się w lekkich podskokach. Po chwili zza drzew dobiega go słodki śmiech i trel fletu...
- Dzięki, miły elfie - owionął go, wraz z podmuchem wiatru, cichy szept...
- Poczekaj, on jest... - zaczął elf, lecz urwał znienacka, a potem zwalił się na ziemię. Z pleców sterczała mu wbita głęboko strzała. - On jest, on jest... - charczał klękając z wbitą w plecy strzałą - mój! To mój skarb! Dałem Ci go tylko potrzymać!
I skonał.
Elfka rzuciła się do panicznej ucieczki, ale było za późno. Łucznicy orków wzięli ją na cel...
Złowrogo zadźwięczały spuszczane cięciwy...Wtem, pchnięta mocnym ramieniem, poturlała się po ziemi wpadając w niewielką jamę. Uratowało jej to życie, gdyż strzały orków przeleciały nad nią i ugodziły w leżący pień. Zza drzewa wyskoczył złotowłosy elf i zaczął strzelać z łuku z taką szybkością i precyzją, że nie mogła mieć wątpliwości kim jest jej wybawca - to syn króla, piękny Legolas, marzenie wszystkich elfek w królestwie - to jemu zawdzięczała życie.
- Uratowałem ci życie wieśniaczko (bo była to elfka z ubogiego stanu elfów zbieraczy, trudniącego się zbieraniem jagód i grzybków, które potem trafiały na stoły elfiego króla). - Oddaj mi flet, a będziemy kwita - powiedział złotowłosy.
Elfka uczyniła co zażądał. (Nie odmawia się bowiem książętom elfickim). Uklękła nad martwym elfem i rzewnie zapłakała intonując przez łzy pieśń:
- Straciłam cię już na zawsze tak jak i wszystko co od ciebie dostałam... - lecz w tym momencie przez łzy dojrzała drobną figurką która wysuwała się z jego torby... niestety gdy ją wyjęła okazało się, że jest złamana, gdyż pod wpływem ciężaru jego ciała pękło delikatne drewno, z którego została wykonana.
- No, też coś! Jak można upaść tak niezgrabnie! Sierota... - wyrzekając tak pod nosem, elfka zabrała figurkę ze sobą - może da się ją skleić. Muszę tylko ugotować klej z mąki i będzie jak nowa - pomyślała i pocieszona tą myślą pobiegła w podskokach do domu.
Tymczasem dumny Legolas, licząc jedną nogą trupy orków, oglądał fujarkę zabraną dziewczynie. Nie domyślał się on, że miała ona pewną magiczną właściwość - gdy się na niej zagrało, w sercu rozpalała się miłość ku osobie, która miała ją ostatnia w ręku... królewski syn podniósł do ust fujarkę i cichutko zagrał na niej. Po czym trącił nogą ciało młodzieńca i powiedział pod nosem:
- Plebs! Nawet nie umie się obronić przed orkami. Nu, niech cię sabaki zeżrą.
I poszedł do pałacu. A trup zabitego elfa gnił sobie nie pochowany, bo dziewczyna o nim zapomniała.
Niestety moc fujarki była tak wielka że rozpalała żar miłości nawet u umarłych...
Piękny Legolas nie wiedząc jeszcze co się z nim dzieje (jako królewski syn był strasznie samotny i nie poznał jeszcze tego uczucia jakim jest miłość) zamiast w stronę pałacu, zaczął przemierzać las w kierunku, w którym chodził bardzo rzadko (gdyż chciał unikać spotkania z wieśniakami z tamtejszej wioski).
Szedł dość szybko i mimo iż chciał zawrócić, serce podpowiadało mu że powinien iść dalej.
Swym szybkim krokiem wspiął się na pagórek i jego wysokości z łatwością (jako że miał swój bystry elfi wzrok) ujrzał zjawę młodzieńca. Nie była to zjawa w dosłownym tego znaczeniu (gdyż takowych elfy nie posiadają) a powtórna reinkarnacja z mocy fletu, której nawet Valarowie oprzeć się nie mogą.
Tymczasem elfka wróciła do domu. Nie była to właściwie zła dziewczyna tylko bardzo młoda i lekkomyślna. Skleiła figurkę i opowiedziała przy kolacji swemu ojcu i braciom całą historię. Ci, po zastanowieniu poszli i pochowali elfa usypując niewielki kurhan, bo równy był z niego gość.
Ścierwa orków ubitych przez "panicza" przeciągnęli na skraj rewiru wielkich pająków, żeby i one miały uciechę, a poza tym polanka ze strumykiem była ulubionym miejscem spotkań młodzieży z całej okolicy.
Z biegiem lat kurhan porósł gęstą trawą i został zaadoptowany na amfiteatr Amatorskiej Trupy Teatralnej Zbieraczy Jagód i Poziomek - wystawiana była jedna sztuka co miesiąc i odbywały się w nim rokrocznie wybory Miss Elfek.
Tymczasem Legolas wybrał się w podroż do Szarej Przystani, jako ze Thranduil wysłał go do Cirdana z prośbą o radę: jak budować rzeczne statki. Pomiędzy Bruinen a Bree wypadło mu nocować w lesie.
Pakując się rano zapomniał o magicznym flecie, położonym poprzedniego wieczora na pniu zwalonego od starości buka... I poszedł sobie.
Pech chciał, ze dwa dni później przechodziła tamtędy pewna młoda, ale brzydka jak nieszczęście trollica imieniem Gundula. Zauważyła flet... podniosła, obejrzała... domyśliła się, do czego służy (jak na trolla, wyjątkowo inteligentna bestia z niej była), przyłożyła do krzywych, grubych warg... dmuchnęła...
Magia fletu zaczęła działać.
***
Miłość do Panicza Legolasa przepełniała serce elfki, ale on wyjechał na długie lata do Lindonu, a jej życie ciągnęło się dalej... żyła choć trudno jej teraz było się skupić na pracy, zbierała mało jagód, cały czas szukała okazji, by uciec i pomarzyć sobie na brzegu strumienia. Rodzina była bardzo zaniepokojona, postanowili więc wydać ją za mąż za 10-tysiącletniego, nieco gderliwego elfiego kowala. Kowal ów doświadczony w swoim fachu, acz jak na elfa nie urodziwy, znany był ze swych wyrobów i na dworze Elronda, i w Lorien. Ostatnio jednak z powodu względnego pokoju, który nastał po obaleniu Nieprzyjaciela miał mało zamówień z rodzaju płatnerskich i praca jego polegała głównie na robieniu ogrodzeń na zamówienia do Rivendell.
Mimo to jego interes przynosił niezłe zyski, bez porównania większe niż zbieranie jakichś tam poziomek. Nawet gdy odliczyło się prawdziwie zabójcze podatki które musiał zapłacić Królowi Lasu, mógł całkiem nieźle się urządzić i jeszcze nieco odłożyć. (Przez te jakieś 3 tysiące lat odłożył niezłą sumkę).
Nie dziwić więc powinno że rodzina elfki pomyślała żeby ją z nim wyswatać. Wysłali więc zaproszenie w którym zapraszali go na uroczyste zakończenie sezonu łowieckiego, ale otrzymali list z powrotem. w poprzek koperty biegł duży , czerwony napis: "ADRESAT NIEZNANY". Cóż było robić?
Postanowili chwycić się starej zasady głoszącej , że "w zdrowym ciele zdrowy duch" i posłali dziewczę na obóz kondycyjny do Dale. Podstawowym elementem szkolenia było pływanie w poprzek jeziora i wspinaczka na Samotną Górę.
Dziewczę w pocie czoła dotrzymywało kroku wyzwaniom i tęsknie wspominało chwile, kiedy to w ciszy i spokoju zbierało jagody, poziomki i chrust.
Romantyczna dusza i niezbyt wielka sprawność fizyczna dziewczyny, zwróciła uwagę jednego z instruktorów wspinaczki wysokogórskiej.
Stanął przed nią i zawołał:
- Ej! Ty! Mała! Jak ci na imię!???
- Nazywam się Nemis- nieśmiało powiedziała elfka
- Jeśli się nie mylę jest to piękny, malutki ptaszek żyjącej w krzakach jagód.
- Tak jest Panie.
- Cóż przywiodło cię tu, dziecinko?
- Rodzice kazali mi... - zamilkła na chwile, skrzywiła się powstrzymując łzy.
- Nemis, co ci jest?
- Najpierw chcieli wydać mnie za starego kowala - i gorzko się rozpłakała.
- Chodź no, maleńka, opowiedz mi te historię.
- ...a potem, potem wysłali mnie tu. A wszystko dlatego że zakochałam się w paniczu Legolasie.
- Toż nie wiesz dziecino, że panicz nie potrafi nikogo kochać poza sobą?
- Tak, słyszałam o tym. Moi rodzice tak powiadali i żebym wybiła go sobie z głowy... Nie ten stan i w ogóle. Moja babka opowiedziała mi smutną historię, że jej matka zakochała się w wielkim wojowniku, na imię miał Golfundel, czy jakoś podobnie.
- Może Glorfindel?
- A tak właśnie tak Glorfindel. Obiecał jej ożenek, a był to wojownik ze szlachetnego rodu (nie to co my). Jego rodzina była przeciwna. A on i tak ponad wszystko kochał wojaczkę. W końcu się dograł i zginął w walce z jakimś buldogiem, czy jakoś tak. Zresztą nie pamiętam dokładnie, ja nie kształcona w nauce dziejów.
- Balrogiem dziecino, balrogiem...
Instruktor wspinaczki wysokogórskiej westchnął głęboko i zatopił się we wspomnieniach..
Kolejna zakochana dziewczyna wysłana przez rodziców do jego krainy - miała wyszumieć się, bawić, zapomnieć..
Wszystko zaczęło się mniej więcej 3000 lat temu, kiedy w Mrocznej Puszczy na świat przyszedł dziedzic Thranduila. Pierwsze zdjęcia niebieskookiego cherubinka w miesięczniku "Elfie Dziecko i Ty", zdjęcia szczęśliwych rodziców z bobasem.. Potem było już tylko gorzej - tygodnik "Elfie Salony" uznał Legolasa za "Najlepszą Partię Śródziemia", "Najpopularniejsi Ardy" nadał mu tytuł "Najpiękniejsze Nogi w Rajtuzach", itd. itp... A biedne Elfki czytały i usychały z miłości.
- Cóż ta jest kolejna... nic pozostaje standardowy trening 7. Na początek bieg na orientację z Dale do miasta nad jeziorem, potem powrót wpław, następnie wspinaczka na Samotną Górę i zjazd z niej na nartach. Na koniec lot na orle i fechtunek z krasnoludem. To zwykle pomagało, ale czy poskutkuje i tym razem? - pomyślał dobry instruktor. - Ale ta dziewczyna jest inna.
Zwykle były to panny szlachetnych rodów, wyuczone rozmaitych sztuk i sportów przez zapobiegliwych rodziców, a ta tutaj, może bieg na orientację by przeszła ( w końcu wychowała się w lesie), ale zjazd na nartach i fechtunek z krasnoludem nie wchodziły w rachubę...
- Trzeba to załatwić inaczej... - pomrukując pod nosem, kazał dziewczynie iść z sobą.
Poszli na długi, miły spacer. Przechadzali się wśród łąk i rozmawiali o wielu ważnych rzeczach...
Instruktor nie był zwykłym elfem - był mądry mądrością wieków i wiedział o wiele więcej o świecie, niż ktokolwiek przypuszczał - inaczej jak by mógł pomagać tylu zagubionym. W czasie tego Spaceru Nemis odkryła prawdę o swoim uczuciu: to nie Legolas, syn króla, lecz jej Elf był tym którego pokochało jej serce. To wyjaśniło czemu wciąż i wciąż wracała na polanę ze strumykiem. Dowiedziała się też, że potęgą magii i miłości został on przywrócony światu i czeka na nią - tylko ona musi go odnaleźć. Rodzice wiedząc o tym wszystkim poddali ją próbie: zamarkowana próba swatania miała sprawdzić siłę jej uczucia, a ten obóz miał ją przygotować do trudów podróży jaka na nią czeka.
Dziewczę zamyśliło się... niby huragan przez jej duszę przeleciały wszystkie uczucia jakich doznała w ostatnich czasach - kiedy ucichł wiedziała już co zrobi, cel jej życia jaśniał przed nią jak gwiazda...
Uśmiechnęła się do dobrego elfa promiennie, a uśmiech rozjaśnił jej twarz.
- Wyglądasz jak Luthien - wyszeptał w podziwie...- kiedy się uśmiechasz... Idź Nemis, twa droga cię wzywa...
***
Tymczasem biedna trollica Gundula z magicznym fletem w garści podążała samotnie tropem Legolasa. Na szczęście obdarzona była ponadprzeciętnym węchem, dlatego mimo różnicy kilku dni trzymała się dokładnie drogi, którą przebył.
Po tygodniu tropienia zapachu wiedziała już wiele o Wybrańcu Swego Serca: co jada, co pija, pod jakimi drzewami siusia... Wiedziała, ze ma długie blond włosy (kilkanaście zgubionych znalazła w miejscach, gdzie używał grzebienia i owinęła sobie dookoła fletu jako talizman -kieszeni ani torebki wszak nie miała). Nie zważała na głód i pragnienie, na obrzucających ją kamieniami wieśniaków również nie zwracała uwagi. Maszerowała prosto na zachód - za głosem swego cierpiącego serca...
Nadmienić jeszcze należy, czemu Legolas nie zdziwił się gdy ujrzał wskrzeszonego młodzieńca. Nie takie rzeczy on bowiem widywał. Po prostu splunął 3 razy przez lewe ramię i poszedł swoją drogą.
Rozwinięcie
Lorgfirtz, kucharz nadworny Jego Potworności Saurona Oka Wielkiego, nie miał łatwego dzieciństwa. Urodził się w Górach Mglistych, gdzie co rusz na jego rodzinę czyhał a to krasnolud ogarnięty żądzą złota, a to jakiś szowinistyczny elf tropiący z nienawiścią każdego orka. To, że Lorgfirtz znalazł się tu na Dworze, zawdzięczał tylko szczęściu. Kiedy przyszedł na świat jego matka krzyknęła ze zgrozą:
- O żesz...!!! A tak się pilnowałam, żeby nie patrzeć na elfy jak go nosiłam! Stary!!! - wrzasnęła - spójrz jak twój synalek wygląda!!! To przez te twoje głupie "nie denerwuj się, kochanie"!!! I co teraz masz zamiar z tym zrobić?!?
"Stary" podrapał się w wyłysiałą głowę i zamruczał coś pod nosem, na co połowica rozdarła się jeszcze głośniej:
- Może być?!!! Wyrośnie!!! Tobie to mallorny polerować, a nie dzieci mieć!!! Czekaj, czekaj, jak się Oko dowie to będziesz ty inaczej śpiewał - i tak złorzecząc ruszyła korytarzem wlokąc za nogę wrzeszczącego wniebogłosy malca.
- No, głos to on ma odpowiedni - mruknęła - będzie mu Lorgfirtz, po moim ojcu, może to imię chociaż coś tu naprawi...
- On jest tak paskudnie elfio ładny... nie będzie miał łatwego życia - zawyrokował ojciec.
I dorastał sobie Lorgfirtz w mrocznych korytarzach Gór Mglistych, bacząc by co bardziej krewkim krewniakom nie wejść w drogę. Matka robiła co mogła, aby poprawić mu wygląd, od zaprzestania wszelkiego mycia po wyhodowanie mu na głowie kołtuna potężnych rozmiarów. A zrobienie go było zadaniem ciężkim i niewdzięcznym, bo złociste włosy były tak gładkie i sprężyste, że dopiero pomoc dwóch kuzynek nakłoniła je do pozostania w nadanej im formie.
Lorgfirtz, kopany i popychany przez plemię, nie miał łatwego życia - toteż już we wczesnym dzieciństwie rozwinął w sobie cechę tak perfidnej złośliwości, że rodzice przestali martwić się jego wyglądem. Wkrótce szarozłoty kołtun, gdziekolwiek się pojawił , wzbudzał wstręt połączony z bojaźnią.
Któregoś dnia matka zabrała swojego jedynaka na dłuższą wyprawę. Długo ciągnęła małego, wrzeszczącego Lorgfirtza ciemnymi korytarzami pod szczytami Gór Mglistych. Po kilku godzinach zatrzymała się przed wejściem do wielkiej pieczary, strzeżonej przez dwóch goblinów z krzywymi szablami. Spojrzała na syna i w świetle wiszącej na ścianie pochodni dojrzała jego twarz.
Lorgfirtz zaczął wrzeszczeć coraz głośniej, krzywymi rękami chwytał się za krwawiącą głowę.
"Chyba powinnam chwytać za łapę, coby mu się morda tak nie pokiereszowała" - pomyślała matka, a głośno dodała:
- Teraz pokażemy cię szefowi.
I zniknęła w wejściu do jaskini, rozsądnie ciągnąc małego orka za ręce... po wędrówce korytarzami, dotarli do komnaty Wielkiego Goblina. Siedział tam On, wielki, dostojny i w pełni odrażający przywódca.
- To ty jesteś tym plugawym, elfopodobnym orkiem? Dobrze wiesz, jak traktujemy tu takich jak ty... ale... co ja widzę... wyładniałeś. do twarzy Ci z tą blizna. Hmmm, kara jednak musi Cię spotkać. Będzie ona mała, o ile spełnisz mój rozkaz - pójdziesz nad jezioro do samego dna naszej siedziby i upolujesz mi jakąś rybkę.
W ostatniej chwili Lorgfirtz spotkał na swej drodze Gharagha, poprosił aby ten poszedł po rybę. tym samym uniknął pewnej śmierci z rak Golluma.
Gdy Wielki Goblin dowiedział się, ze rybki na obiad nie będzie, wygnał Lorgfirtza, a ten skierował się w stronę południowo wschodnią, słyszał bowiem, że gdzieś tam mieszka potężny czarnoksiężnik Oko, do którego chciał zaciągnąć się na służbę. Pech chciał jednak, że dostał się on do Mrocznej Puszczy, w której pobłądził. Pewnego dnia włóczącego się po lesie spotkał oddział elfów i wziął za zabiedzonego współplemieńca. Odział sądził, że to jakiś zabiedzony avari ze wschodu. Zabrali go do pałacu króla i umyli dokładnie. Dali mu tez nowe ciuchy.
Kiedy stanął przed lustrem, zemdlał z wrażenia.
Cucili go długo...
Po docuceniu wypróbowano jego wady i zalety. Okazało się, że nie umie ani grać na lutni, ani śpiewać, ani strzelać z luku, ani hodować kwiatów... Wysłano go więc do kuchni na stanowisko asystenta pomocnika podkuchennego. Przez rok i dwie niedziele wdrażał się w trudną sztukę obierania kartofli. A potem awansował. Jako pomocnik podkuchennego mógł już nawet te obrane kartofle postawić na ogniu i posolić.
Był bardzo zadowolony z awansu i pilnie uczył się kolejnych skomplikowanych czynności, a to:
- przebieranie kopru do zupy
- skrobanie marchewki i pietruszki
- płukanie kalafiorów
- mycie talerzy (na delikatniejsze urządzenia, na ten przykład kieliszki, okazał się za mało delikatny)
- tarcie buraków do barszczu...
I przyszedł ten wielki dzień, gdy po raz pierwszy wysłano go na zakupy.
Gdy znudzony snuł się z koszykiem po polanie, rozglądając się za kolejnymi produktami, nerwowo mruczał pod nosem:
- Dali kartkę, ale nie powiedzieli co tam napisane... miała być grzybowa? To może wziąć te czerwone z białymi kropkami...
A tu nagle, pośród tłumu kilka postaci zrzuciło płaszcze, i oczom przerażonych elfów ukazały się pokraczne sylwetki orków. Dobrani parami, gdzie jeden siedział na drugim, napastnicy błyskawicznie rozproszyli się zajmując pozycje przy wyjściach z polany. Powstało niewielkie zamieszanie, gdyż ci z orków siedzący na barkach towarzyszy, dość niechętnie schodzili na ziemię.
-To niemożliwe - szepnął nasz bohater, patrząc na zbierającego wybite zęby orka. -Myślałem że komando "Zabójcze Wykałaczki" to legenda...
Lecz owe komando nie było legendą. Był to specoddział szkolony w Mordorze w najcięższych warunkach i przygotowywany do akcji na terenie wroga. W rejestrze Nazguli miał on kryptonim: delta dwa łamane przez dziewięć. Działanie "na barana" było jedną z taktyk stosowaną w celu "wmieszania się w tłum" elfów. (Jak wiadomo orki są mniejsze niż elfy) Komando zostało wysłane do Mrocznej Puszczy w celu porwania syna królewskiego Legolasa, lecz z powodów złego rozpoznania i głupoty podkomendnych wzięto za tegoż Lorgfirtza. Kiedy już wszyscy byli daleko poza Puszczą, dowódca oddziału spytał jeńca w jednym z dialektów Czarnej Mowy:
- Kak tjebia zawud?
Lorgfirtz po chwili zastanowienia, gdyż nie znał tego dialektu, odpowiedział:
- Mjenia zawód kucharz.
- Kucharz? Nam nużny kakoj-to kucharz.
Niewiele wyjaśniając wiązali naszego kochanego orka i popędzając zabrali wraz ze sobą w długą drogę do Mordoru.
Długo biegli brzegiem Wielkiej Anduiny. Wędrując nocami, cudem nieomal mijając patrole ludzi i elfów, w niedługim czasie przybyli na Dagorlad.
- Smatri, kucharz. Eto Czarna Brama. Już blisko do Lugburza.
Młody ork uniósł głowę i ujrzał gigantycznych rozmiarów wrota.
Przełknął głośno ślinę.
Musi być wam wiadome, że Jego Jaśnie Świecące Oko lubił jadać lekko i wykwintnie.
Pozostało mu to jeszcze z czasów numenorejskich, kiedy rozkosze stołu dogadzały jego majarowym upodobaniom. Także pobyt w Eriadorze wysublimował podniebienie Saurona. Od tych czasów marzył o eflim kucharzu, tymczasem pichcąc coś niecoś dla siebie na małym, jednopalnikowym prymusie, jako że obślizgłe ściany kuchni przyprawiały go o dreszcze, posługując się wielce już leciwym i potłuszczonym egzemplarzem Kuchni ELfów.
Obecny kucharz, jak i plejada jego poprzedników, nie umiał ugotować nawet wody, która to przypadłość powodowała nieustanną rotację na stanowisku nadwornego kuchmistrza.
Kiedy więc wyczytał, Jaśnie Świecące Oko, że pojmano elfiego kucharza, kazał niezwłocznie dostarczyć go sobie, rozsiadł się na Czarnym Tronie i oddał się kulinarnym marzeniom...
Trzymając raport z nieudanej misji, marzył o pieczeni z olifanta w winnym sosie gdy przyprowadzono mu Lorgfirtza.
- Nu ja słyszu ty kucharz. Da?
- Da tawariszcz - odpowiedział Lorgfirtz, nabył już w trakcie podróży znajomość śpiewnego dialektu mordorskiego.
- Ty elf?
- Niet, ja ork
- Kak ty ork? Ty balszoj krasiwyj.
[Użycie języka rosyjskiego ma odzwierciedlać różnice językowe jakie występowały między dialektem Czarnej Mowy z Gór Mglistych, a dialektem mordorskim. Przy tym założeniu język polski odpowiada dialektowi z Gór Mglistych, a rosyjski mordorskiemu. Oczywiście sama czarna mowa nie jest w żaden sposób podobna do któregokolwiek z tych języków.]
Sauron przyglądał się Lorgfirtzowi bacznie i zaczęła mu świtać pewna myśl, niejasne wspomnienie nieledwie...
- A tancowat ty umiet?
- Nie umiet- cokolwiek skonsternowany odpowiedział Lorgfirtz.
- A wospiewat?- dodał Sauron z nadzieją...
- Nie znaju- odpowiedział drżącym głosem Ork.
- Wot i żal...zasmucił się Sauron. Piękne włosy Lorgfirtza przypomniały mu Luthien. Otrząsnął się jednak szybko z nagłej melancholii. Spojrzał groźnie jedynym okiem, przeszył go spojrzeniem, łypnął bielmem i zapytał:
- Kakoje kulinaria twoja specjalnost?
Lorgfirtz rozejrzał się przerażony po komnacie i nie znajdując znikąd pomocy, przełknął głośno ślinę.
- Gospodzin, on nie krasiwyj, on kucharz! Snaga! - przerwał ciszę jeden z orków z komanda Delta 2/9. Sauron zmierzył go lodowatym spojrzeniem.
- Legolas u was jest? - zapytał groźnie.
- Eee... niet. My... aaaaaargh. - Zaczął ork. Nie dokończył, przeszyty strzałą.
Lorgfirtz rozejrzał się po komnacie. Dopiero teraz dojrzał przyczajonego w kącie Uruka-zabójcę.
"Skurczybyki." - pomyślał. - "Jak nie zrobię tego, co każe Oko, zabiją mnie."
Lorgfirtz po dłuższej przerwie wydukał:
- Kartofelki, może kartofelki usmażę, po elficku z ziółkami?
- Kartofels - jeeh - je - Kartofels ar gud - Powiedział w łamanej wspólnej mowie Uruk. - Ai low Kartofels.
- Nikawo pytałsia tiebia sabako - odburknął gniewnie Sauron i Uruk-zabójca zwalił się na podłogę. Za jego plecami stał Uruk-sobowtór-zabójcy. Leniwie oblizał krew ze sztyletu.
- Pażałsta - zagrzmiał Sauron. - Tak budiet z sobakami!!!
Orkowie skulili się przerażeni... Wtem nagle nadleciał Nazgul i szepnął do ucha Sauronowi w tajnym języku:
- Yo men, are there any troubles, meeeen?
- Peace black brotha-odpowiedział Sauron. - The dinner time. - I zwróciwszy się do Lorgfirza, rzekł:
- Kartoszka charaszo! Wstąpiat Ty do kuchnia i pokażit szto ti znaju.
Lorgfirtz przełknął głośno ślinę i jęknął z ulgą:
-Spasiba naczelnik... kartoszku ja zrobię...
- Kartoszku, gawarisz, kartoszku... mmm... - rozmarzył się. - Nu, u nas kartoszku jest? Niet!?? - zagrzmiało Oko grożnie - nu, pagadi... - i omiotło przenikliwym spojrzeniem salę, po czym spoczęło na wygodnie opartym o ścianę Uruku.
- Ty! Idi, sjuda! - Uruk przybliżył się na miękkich, masłowatych nogach - Tobie pajechat w Nurn, za kartoszkami...
- A tobie - Oko spojrzało znienacka na Lorgfirza - idi w swoju komnatu!
Lorgfirtz nie wierzył własnym uszom i szczęście zamgliło mu spojrzenie...
Sprowadzono kartoszki z odległego kraju i w końcu nasz ork mógł przygotować danie. Po pierwszym kęsie Sauron był wniebowzięty (o ile może być wzięte w niebo coś takiego jak on,) i mianował go swym nadwornym kuchmistrzem. Tak zaczęła się kariera kulinarna Lorgfirtza. Wreszcie miał wszystko. I pożywienia pod dostatkiem i dziewki orcze, jak i ludzkie do uciechy.
Niestety Lorgfirtz nie był szczęśliwy...
Któregoś dnia Lorgfirtz siedział w karczmie "Pod Trupem Isildura". Sączył khandyjskie piwo, wpatrując się w ścianę. Nagle uszu jego dobiegł zachrypnięty głos, śpiewający w rodzinnym dialekcie...
- Rozcwietali jabłoni i gruszy
Popłyli tumany nad riekoj
Wychodiła na bierieg Katiusza...
Lorgfirtz spojrzał w stronę, z której dochodził głos i zobaczył piękną orczycę grającą na kanteli i śpiewającą, jako się rzekło, w języku Gór Mglistych.
Tradycyjnie przełknął głośno ślinę.
Otworzył usta... Słuchając tej pieśni uświadomił sobie czego, a raczej kogo mu brakuje. Złotowłosej elfki którą tylko raz ujrzał w czasie swej bytności w Mrocznej Puszczy. Niczym były w porównaniu z nią te wszystkie orczyce i kobiety które dawał mu Sauron, jak i niczym jest ta kolejna orcza kobieta. Pragnął teraz tylko tej jednej która była teraz tak daleko.
Wzdychając ciężko wyszedł z knajpy i poczłapał przez błotniste ulice w stronę swego służbowego mieszkania. Przechodził właśnie nad pełnym brudnej wody rynsztokiem, gdy nagle ktoś go pchnął tak, że zachwiał się i runął głową w błoto.
- Co do jasnej... - wrzasnął wypluwając jakieś resztki i sięgając po nóż rozejrzał się za śmiałkiem. Ku jego zdumieniu stał przed nim Uruk-morderca, który spojrzał mu głęboko w oczy i wyszeptał:
- On musi jechać do Dol Guldur i ty razem z nim...
Lorgfirtz usnuł więc misterny plan.
Wielkie Oko zaczął dostawać teraz przysmaki o jakich tylko mógł marzyć w minionych dniach w Mordorze. Borowiki smażone na maśle z przepiórkami, borówki, słodkie poziomki i to co najbardziej zniewalało - torty orzechowe. Po miesiącu delicje znikły jak nożem uciął, a jedyną odpowiedzią na wrzaski Saurona było ciche tłumaczenie.
- Przerwa w dostawach... konieczność osobistej interwencji... wszystko jest w Mrocznej Puszczy... baza Dol Guldur...
- Wezwać szefa zaopatrzenia!
Ryk Saurona przetoczył się po korytarzach, aż zadrżały garnki i kolana Logfirtza.
- Go - wrzasnął najbliższy ork.
- Go - podjął następny
Po chwili twierdzą wstrząsało donośne:
- Go, go, go, go!
Aż w końcu do sali tronowej wbiegł olbrzymi troll. Nazywał się Go, bo tylko tyle był w stanie zapamiętać ze swojego poprzedniego imienia. Przystał przed władcą i inteligentnie zapytał:
- Hę?
- Roskazał -zagrzmiało Oko. -Kartoszki są?
- Niet - odpowiedział Troll i uśmiechnął się głupkowato. Ten uśmiech kosztował go życie. Płonące ślepie przepaliło go na wylot tak, że została tylko kupa kurzu.
-My wstupiat w wojnu!!!- ryknął Sauron. - Nie budiet niepriatiel krast nam kartoszków!!!
-Nie budiet!!! - wrzasnęli orkowie (choć kartofli na oczy nie widzieli).
Tak oto cała dziedzina Saurona zawrzała, zbrojownie zabrzmiały wrzaskiem żołnierzy Oka, kłócących się o co lepsze tarcze i kolczugi, bicze dowódców świstały w powietrzu, wrzaski triumfu przeplatały się z okrzykami bólu i bulgotami wściekłości...kucharze pocili się nad wielkimi piecami wyrabiając czarne placki dla wojska (stąd osławione dymy nad Orodruiną)- jednym słowem- jak to zwykle- armia gotowała się do wojny.
Był tylko jeden malutki problem: jak Lorgfirtz, oczko w głowie Oka, miał pójść na Dol Guldur razem z armią? Jak wywabić Saurona z Mordoru?
Tu trzeba było użyć podstępu...
I wreszcie nastąpił ten piękny długo oczekiwany Dzień. Zapowiadała się piękna pogoda, czarne ciężkie chmury ledwie się utrzymywały na niebieskim sklepieniu przed runięciem prosto na głowy zakłopotanych i szczęśliwych orków. Czarne ptaki-szpiegi przed dwoma dniami wyleciały, żeby prześledzić wszystkie okolice i wybrać najbardziej spokojna drogę dla Jego Vysokosijatelnogo Velichesstva. Te oto ptaki w tej oto godzinie wróciły. Dokładnie okresliły kierunek, drogę i miejsca najbardziej niebezpieczne. Z owego powodu Czarny Mistrz niezmiernie się cieszył i postanowił zrobić sobie The Last Party, i nakazał sługom swoim przyprowadzić Wielkiego Kucharza Lorgfirtza. Nasz bohater w parę minut został wniesiony do sali tronowej, co chwilę głośno połykał ślinę (przyzwyczajenie druga natura). Nie oczekiwał czegoś takiego, wszystkie jego myśli zajmowała piękna, wymarzona elfka.
-Lorgfirtz, ja rad! Oczien rad, moj lubimyj, dorogoj, drogocennyj Kucharz! Ja rad! - wykrzyknął z niezwykłym dla Wielkiego Oka podnieceniem. - Ja rad i hoczu otprazdnovat' eto davno zabytoje czuvstvo!
Lorgfirtz połknął ślinę głośniej niż kiedykolwiek.
-Moj dorogoj ja resził sdelat' pered otjezdom The Last Party, i ty moj lubimyj dołżen...ehmm...POSTARAT'SIA- ostatnie słowa Oko wyszeptał i szept ten był tak potężny i przerażający, że biedak Lorgfirtz skulił się po czym osunął się na kolana.
-HA HA HA HA - zarechotał Sauron. - Nie umieraj tolko, jeszcze mi się przydasz. Ale się postaraj bo będzie to twoja ostatnie szansa.*
W myślach swoich Sauron ułożył straszny plan. Miał zamiar zniewolić jakiegoś elfa kucharza, bo potrawy małego Lorgfirtza już nie cieszyły jego żołądka. Po znalezieniu i zniewoleniu elfa postanowił zabić Lorgfirtza.
[* Sauron wymówił te słowa w dialekcie nie znanym nikomu]
Tak sobie myślał Sauron - "Wyślę ja oddział delta 2/9 i inne oddziały 1/9 jak i 3/9 do Mrocznej Puszczy, aby schwytali mi tylu elfich kucharzy, ilu tylko się da, a ja już sobie wybiorę stosownego."* A cóż z resztą zapytacie? Reszta, cóż reszta ... w najlepszym razie skończy w Orodruinie, a w najgorszym... lepiej nie myśleć o tym przed snem. Z kolei Lorgfirtz dumał - "Szto zdziełać na Last Party?"**
[* Sauron zawsze myślał w nieznanym nikomu dialekcie
** Lorgfirtz tak obeznał się w dialekcie mordorskim, że już w nim nawet myślał]
Pomyślał długo i obficie i postanowił zrobić Last Party jako kapitański obiad... Wspomnienie bezkresnego morza, itd... Ułożył więc menu:
- wędzony węgorz owinięty w nori,
- śledź na zielonych szparagach,
- krewetki w sosie z bazylii,
- złocista zupa rybna,
- sorbet cytrynowy,
- Polędwica wołowa na truflowym purée ziemniaczanym,
- lody cebulowo-karmelowe,
- mus czekoladowy z sosem pomarańczowym
I do każdego dania dowolna ilość kartoszków.
Napracował się, naubliżał kuchcikom, jednego skrócił o głowę, gdy ten po cichu zeżarł połowę trufli - i był gotów na Wielki Dzień.
Last Party zaczęło się o zmierzchu, goście siedzieli za stołami, Jego Wielkie Jaśnieświecące Oko spojrzało na zastawiony stół i rzekło głosem gromowładnym:
- E niu pałer is rajzing! Its wiktori...!
- Psss... Gospodin, Gospodin - szepnął ukryty pod stołem ork-sufler.
- Szto? - zapytał Sauron, zwracając swój wzrok przeszywający w stronę sługi.
- Nie ten fiiiiiilm! - szepnął dziwnie głośno sufler.
- Spasiba, snaga. Da swidanija. Kilym - odparł sucho Sauron.
Po chwili, potrzebnej na wejście czterech Uruków, wyciągnięcie suflera spod stołu i zabranie go na zewnątrz, do Saurona podszedł kolejny goblin. Szepnął Oku do ucha kilka słów i Władca zaczął przemówienie...
- Ladies and gentleman... - zaczął w dialekcie Khandu. - Chcę powiedzieć to, co myślę, a myślę po moryjsku. - przeszedł na dialekt Gór Mglistych, wywołując zdziwienie podwładnych.
- Jego babićka pohazi z Utumno. - poinformował orków Ustnik Saurona.
- ...wysłać mojego najlepszego kucharza, Lorgfirtza Smacznego, na misję zaszczytną...
Lorgfirtz otworzył usta.
-...do Dol Guldur...
Lorgfirtz zamknął usta.
- ...by zapewnić radość żołądkom naszym mordorskim. Król-Czarnoksiężnik wyhodował nową odmianę grzybów!
Przemówienie Władcy przerwał radosny okrzyk z setek gardeł, urwany przez strzały lecące w te z nich, które Melkor obdarzył największą potęgą.
- Do Dol Guldur, mój kucharzu. Ty i dziesięciu Urukuarów*. Nie zawiedźcie. Wracajcie z zapasem Grzybków z Sępnej Puszczy.
O zmroku kompania złożona z dziesięciu Urukuarów i jednego orka wyszła Czarną Bramą z Mordoru i ruszyła na północ.
[* Urukuarowie są to fanatyczni żołnierze Saurona, hodowani w khandyjskiej cytadeli Salusa]
Większa część czasu podróży minęła bez nadzwyczajnych wydarzeń. Gdy odział Urukuarów zbliżał się do Dol-Guldur, znienacka został zaatakowany przez sporą grupę wolnych koczowników zwanych Freedainami lub Wolnikami *
[* Freedaini - niepodporządkowane nikomu plemiona zamieszkujące Brunatne Pola, obszar na południe od Mrocznej Puszczy. Potomkowie Wędrowców Erunickich.]
Freedaini, będąc bitnym plemieniem, wycięli wszystkich Uruków - w końcu było ich tylko dziesięciu.
Zemdlonego Lorgfirtza długo oglądano, aż stwierdzono, że musi to być jednak jakiś zabłąkany lub porwany elf. Jasny kołtun włosów po raz kolejny uratował mu życie...
Docucony i opatrzony Lorgfirtz został odprowadzony na brzeg Mrocznej Puszczy, aby mógł iść do "swoich". Jako, że z powodu szoku nic się nie odzywał, Freedaini uznali, że będzie to najlepsze rozwiązanie, lecz nie chcieli mu towarzyszyć dalej, gdyż nigdy nie zapuszczali się do Puszczy - byli ludźmi wolnych przestrzeni i gęsto rosnące drzewa powodowały u nich niepokój.
Lorgfirtz, westchnąwszy ciężko, ruszył przed siebie, zagłębiając się pomiędzy drzewa i śpiewając pod nosem swoją ulubioną piosenkę, jakiej nauczył się w Mordorze.
- Kalinka, Kalinka, Kalinka maja, Kalinka...
Nagle tuż przed nosem przeleciała mu strzała.
Lorgfirtz stanął jak wryty i przełknął głośno ślinę. Sekundy mijały, gdy ork stał pośród drzew Mrocznej Puszczy, bojąc się poruszyć. Wreszcie usłyszał piękny, melodyjny głos zza swoich pleców.
- Mae govannen, Gollum.
Lorgfirtz zastanawiał się przez chwilę, o kogo chodzi. Wreszcie zrozumiał, że głos mówi do niego.
- Mówić po Wspólna Mowa. Ja nie rozumieć - wyjąkał w języku westron.
Nieznajomy obszedł orka naokoło i stanął przed nim. A wtedy Lorgfirtz zobaczył wysoką, szczupłą postać o obliczu jaśniejącym blaskiem i długich blond włosach. To mógł być tylko elf.
- Jestem Legolas Piękny, syn Thranduila. Książę Mrocznej Puszczy - poinformował elf.
- Lorgfirtz - przedstawił się Lorgfirtz (najlepiej jak umiał).
- Nie oszukasz mnie, Gollumie. Wiem, że to ty. Jesteś mały, brzydki i masz piękne włosy. Co prawda brzydsze od moich, ale ładne. Prawie tak opisywał cię Mithrandir.
- Ja jestem Lorgfirtz. Nie Gollum.
- Nie wierzę ci, podła istoto. Zaprowadzę cię do mojego przyjaciela Aragorna. On udowodni ci, że jesteś Gollumem.
I ruszyli. Ork i kłujący go w plecy elf. Legolas Piękny, książę Mrocznej Puszczy.
Przemierzyli już niezły kawał drogi, gdy wreszcie natknęli się na obozowisko. Przy ogniu siedział człowiek w kapturze... Lorgfirtzowi serce zamarło... czyżby jeden z Nazguli ???
- I cóż tu kot przyniósł? - odezwał się zakapturzony. - Śliczny! Coś ty znowu złapał?! Mówiłem ci jak Gollum wygląda: mały, brzydki i bez włosów!!!
- Bez? Na pewno bez? - dopytywał się zbity z tropu Książę. - A nie może być z włosami? Są prawie takie jak moje...
- Nie, nie może - krótko rzucił tajemniczy osobnik. - A coś ty za jeden?
- Lorgfirtz - wychrypiał ork, jako że z wrażenia zaschło mu w gardle.
- Dokąd to?
- Do Mrocznej Puszczy idę, serce mnie tam gna... - i tu Lorgfirtz zaczął opowiadać historię swojej miłości. Mówił długo i tak gorąco opisywał piękność elfki i mękę ich rozłąki, że Legolas i Aragorn ( bo to on był tym zakapturzonym, tajemniczym osobnikiem) łzy mieli w oczach...
Gdy skończył, Aragorn wstał, położył rękę na ramieniu orka i wzruszonym szeptem powiedział:
- Idź tam dokąd cię serce prowadzi. Przeznaczenie jest silniejsze niż to co powiedzą ludzie czy elfy. Ja też mam... - powiedział to łamanym głosem i zająknął się. - Ja też kogoś mam. Idź, biegnij!
- Co Ty Arcio, puszczasz tego zawszańca? To może być jakiś szpieg. Musimy zaprowadzić go do mojego ojca!
- Zostaw go, nie widzisz że on prawdziwie cierpi? To nie jest szpieg Saurona, ja to wiem.
- A czemu ja, elf, tego nie wiem?
Atmosfera między Aragornem, a Legolasem zaczęła się powoli robić coraz bardziej napięta. W końcu Legolas ustąpił, choć nie do końca, zmienił tylko taktykę:
- No dobrze. Oczywiście, w tym wypadku puścimy Cię wolnym. Jeśli jednak chcesz, możesz pójść z nami, do mojego ojca Thranduila. Jaką funkcje wykonywałeś przedtem? - spytał Książę.
- Byłem kucharzem, ale ja nie... - Lorgfirtz chciał powiedzieć, że nie jest elfem, tylko orkiem, ale Legoś mu przerwał.
- Nie wypieraj się, na pewno dobrze gotujesz i zostaniesz obdarzony komnatą godną największych elfich kucharzy - rzekł.
- Chodźmy więc! - rzekł Aragorn.
Ruszyli w kierunku północno - wschodnim. Legolas odszedł na bok, szczęśliwy, że wreszcie może wytrzeć rozmazany od ciepła puder (bo Legolas tak naprawdę płacze tylko wtedy, gdy zginie mu lusterko...)
Kilka dni potem szli po niewiędnącej trawie, wieczorem, przed wzejściem księżyca, gdy wtem Lorgfirtz wpadł w zachwyt, bo zobaczył najpiękniejszą z pięknych (według niego). Pędem podbiegł i...
- Uważaj!!! padnij! - Aragon rzucił się na ziemię pociągając go za sobą - A ty gdzie ???
- Do niej - z błogim uśmieszkiem wyszeptał Lorgfirtz usuwając niewiędnącą trawę z zębów - mówiłem ci o niej...
- To ona?!!! Spójrz jeszcze raz!
- Wydaje mi się, że tak - odpowiedział już mniej pewnie.
- Ho, ho, ho... to ty wysoko mierzysz... - zakpił Legolas.
- To niemożliwe, coś ci się przywidziało... zresztą i tak do niej nie podejdziesz, zastrzelą cię po pięciu krokach - ostrzegł Aragorn.
Logfirtz głośno przełknął ślinę, bardzo głośno...
- Słyszałeś Arti? Słyszałeś jak on przełyka? To jest ork!
Jesteśmy już mniej więcej w połowie. Gratulacje!
Teraz szybka decyzja:
Podoba mi się! Czytam dalej!
Badziewie. Mam dość i wracam...